Zainspirowani

Autor tekstu: Wojciech Chudziński



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 12 z 2007 roku.


----------------------------------------------


Nowe utwory nieżyjących kompozytorów podyktowane mediom z zaświatów (tzw. channeling muzyczny) to jedno z najciekawszych zjawisk parapsychicznych. Najpełniej objawiło się ono w życiu Rosemary Brown, Angielki zamieszkałej w Londynie, która zmarła w 2001 roku.


Brown napisała trzy książki i wydała kilka płyt z muzyką fortepianową i orkiestrową, podyktowaną jej przez Liszta, Chopina, Beethovena i innych – w sumie ponad 400 astralnych kompozycji. Chciałoby się zapytać: czy istnieją dowody na to, że utwory te naprawdę skomponowali wspomniani zmarli twórcy?


Eksperci nie są w tej sprawie zgodni. Część muzykologów uznała, że Rosemary dysponowała samorodnym talentem muzycznym i to tłumaczy jej kompozytorską aktywność. W dzieciństwie ojciec zniechęcał ją do muzyki, jako wartości nieprzydatnej w dorosłym życiu, jednak ktoś posiadający wrodzony dar może rejestrować dźwięki w umyśle, po czym intuicyjnie imitować je, wzbogacając o własne, oryginalne wariacje. Być może tak właśnie funkcjonował fenomen pani Brown.


Ale to tylko jedna z teorii. Inni wyrażali pogląd, że nikt nie jest w stanie komponować utworów tak różnorodnych stylistycznie bez wykształcenia muzycznego. Kompozytor Richard Rodney Bennett stwierdził: – Wielu ludzi potrafi improwizować, lecz nie można wykonywać takiej muzyki bez lat ćwiczeń. Ja sam nie potrafiłbym stworzyć imitacji muzyki Beethovena.


Kim zatem była Rosemary Brown – kobieta, która przez trzydzieści lat skupiała na sobie uwagę badaczy parapsychicznych oraz muzykologów?


Urodziła się 27 lipca 1916 roku w południowo-zachodnim Londynie. Jej ojciec pracował jako elektryk, a matka wykonywała obowiązki kierownika zaopatrzenia. Ich mieszkanie mieściło się nad szkółką choreograficzną, gdzie Rosemary jeszcze jako dziecku udało się wygrać konkurs tańca.


Gdy miała 7 lat zaprzyjaźniła się z niewidzialnym Franzem Lisztem, a mówiąc precyzyjniej z duchem tego XIX-wiecznego kompozytora i wirtuoza gry na fortepianie. Zgodnie z przekazaną jej wówczas obietnicą, Liszt nie opuścił jej aż do śmierci; odwiedzał przyjaciółkę regularnie i przyprowadzał z sobą znajomych: Chopina, Beethovena, Griega, Debussy' ego, Brahmsa, Schuberta, Monteverdiego, Rachmaninowa.


Zawsze, odkąd pamiętam, miałam zdolność widzenia i słyszenia ludzi, którzy byli uważani za zmarłych – powiedziała pani Brown w wywiadzie dla Newsweeka.


W 1943 roku nabawiła się polio, co osłabiło lewą stronę jej ciała. Mając 15 lat, została zatrudniona jako urzędniczka na poczcie. Gdy pewnego dnia wracała z pracy do domu, jakiś wewnętrzny głos podpowiedział jej, by wybrała inną drogę. Trasę, którą zawsze podążała zniszczył nalot bombowy.


W 1948 roku dostała w prezencie pianino i przez rok pobierała lekcje gry. W 1952 wyszła za mąż za Charlesa Browna, naukowca, który wcześniej pracował w ogrodach króla Faruka w Egipcie. W 1961 roku jej matka i mąż nieoczekiwanie zmarli. Trzy lata później przeżyła wypadek w szkolnej kuchni, gdzie pracowała, i podczas długiej rekonwalescencji znów zaczęła grać. To właśnie wtedy Liszt powrócił, tak jak wcześniej zapowiedział. Rozpoznała go natychmiast.


Publicznie Rosemary zadebiutowała w programie telewizji BBC w kwietniu 1969 roku, wykonując utwór zatytułowany Grubelei, który podyktował jej Liszt. Znawca twórczości tego kompozytora, Humphrey Searle stwierdził później, że kompozycja ta była zgodna ze stylem dzieł Liszta powstałych w okresie ostatnich 15 lat jego życia, jednak nie nosi znamion podobieństwa do żadnego ze skomponowanych przez niego utworów.


Występ Rosemary był krótki, lecz wzbudził niebywałe zainteresowanie. Wtedy też dziennikarzom udało się ustalić kilka faktów dotyczących życia medialnej pianistki.


Brown, jak już powiedzieliśmy, odebrała powierzchowne wykształcenie muzyczne. Kompozytorzy, z którymi się kontaktowała, twierdzili, że właśnie dlatego ją wybrali. Dzięki temu nikt nie mógł utrzymywać, że to ona jest autorką utworów dyktowanych z tamtej strony.


Dlaczego jednak wielcy muzycy w ogóle przekazywali jej swe pośmiertne kompozycje? Zdaniem Rosemary był to ich sposób na przekonanie nas, że życie po śmierci to fakt nie podlegający dyskusji.


W latach 70. eksperci zbadali nuty skrupulatnie spisywane przez Rosemary podczas seansów. Niektórzy nie kryli entuzjazmu. Leonard Berstein kupiłby Rachmaninowa, genialny interpretator muzyki Chopina, Peter Katin nie miał nic przeciwko włączeniu do swego repertuaru nowych utworów Fryderyka. Większość muzyków zachowała jednak dystans, bojąc się ośmieszenia. Nie zmienia to faktu, że byli pod wrażeniem szczerości pani Brown, której nie interesowały korzyści płynące ze sławy. Chciała tylko potwierdzenia realności życia po tamtej stronie.


Sławę przyniosły jej nowe partytury utworów fortepianowych Chopina. Przekazywała też słowa polskiego kompozytora (nie znając naszego języka, zapisywała je fonetycznie, po czym tekst trafiał do tłumacza). Oto jeden z przykładów wypowiedzi poety fortepianu, jak nazywano Fryderyka: Prawdziwa muzyka, rzeczywista muzyka, wielka muzyka, jest czymś spoza tego świata i wypływa z duchowego aspektu człowieka: uświadomienia sobie wielkości i jedności z Bogiem. Muzyka jest czymś, co rodzi się w duchu i zostaje odtworzone, być może bardzo niedokładnie, w twoim świecie.


Rosemary Brown stanowiąc medialną atrakcję, regularnie pojawiała się w angielskiej i amerykańskiej telewizji. W czasie emisji programu dokumentalnego pewnej stacji pianistka, siedząc przy fortepianie, rozmawiała z kimś niewidzialnym. Prowadzący program zapytał, kim jest ta osoba. Wtedy odparła swobodnie, że to Franz Liszt. – Stoi tutaj obok – rzekła i wskazała miejsce przy instrumencie. – Widzi go pan? Sądzę, że wasza kamera nie ma dość mocy, by go sfilmować.


W swoich książkach: Niedokończone symfonie, Nieśmiertelni u mego boku oraz Spojrzenie poza dzień dzisiejszy przekazała wrażenia ze spotkań z nieżyjącymi kompozytorami. Wzbudziły one rozliczne kontrowersje. Na przykład o Liszcie napisała: – to bardzo przystojny mężczyzna o doskonałych manierach. Nie można odmówić mu wdzięku. Lecz przede wszystkim jest romantyczny. Mówi tak czarujące rzeczy, że doprawdy trudno oprzeć się myśli: „No coż, to ktoś, kto potrafi być rycerski”.


Rosemary opisywała kompozytorów dość szczegółowo. Relacjonowała, że obecnie ubierają się nie tylko w stroje, jakie nosili za życia. Czasem mają na sobie odzież współczesną, a Clara Schumann sama projektuje swe stroje w zaświatach (!).


Przyznawała, że jest platonicznie zakochana w kilku kompozytorach.


Im więcej wiem o Schubercie, tym bardziej go kocham – wyznała kiedyś. – Żywię do niego głębokie uczucie. Oczywiście nie w sensie romantycznym. To tak jak by się miało starszego brata, albo ulubionego wujka.


Chopin był kiedyś bardzo seksownym mężczyzną. Czy tak jest nadal? – zapytał ją pewnego razu Leonard Bernstein. Rosemary bez chwili namysłu odparła: – Nie sądzę. Nie zauważyłam. Ale teraz w żadnym razie nie byłby seksowny. Seks jest fizycznym aspektem życia, który raczej nie objawia się w bycie pozafizycznym.


Natomiast o głosie twórcy Marsza żałobnego powiedziała: – Jest raczej chrapliwy, ale nie głęboki, i z wyraźnym obcym akcentem.


Zdarzyło się, że za pośrednictwem Brown ktoś zadał Chopinowi pytanie po polsku. Wielki kompozytor przeprosił grzecznie i stwierdził, że nic nie zrozumiał, bo jego polski w zaświatach nieco zardzewiał. Liszt miał ten sam problem z węgierskim i wolał mówić po niemiecku lub angielsku. Niektórzy z nieżyjących kompozytorów twierdzili wręcz, że dopiero uczą się angielskiego.


Edvarda Griega Rosemary opisywała jako dużego kudłatego psa. Podobno w jej ustach był to komplement, ponieważ kocha psy, a szczególnie duże i kudłate. Czy oznacza to , że po drugiej stronie Grieg przeszedł spektakularną transformację, ponieważ za życia był mężczyzną raczej niepozornego wzrostu? Pani Brown najwyraźniej to nie przeszkadzało. Mówiła też, że Beethoven po śmierci nie jest już głuchy, a w związku z tym stał się znacznie pogodniejszy.


W końcu pojawiła się grupa entuzjastów medialnej muzyki, takich jak kompozytor Ian Parrot, który poznał Rosemary w college'u dla dorosłych i całkowicie poddał się urokowi jej astralnych dzieł. Parrot zorkiestrował symfonię F minor, będącą jakoby XI Symfonią Beethovena, przekazaną zza grobu. Pianiści Peter Katin i Howard Shelley wykonywali utwory zbyt trudne dla Brown, które ta im dyktowała. Wytwórnia płytowa Philips wydała płytę zawierającą pośmiertne kompozycje Beethovena, Schuberta, Liszta i Griega, na której przynajmniej połowę utworów wykonał Katin. Najwyraźniej nie obawiał się, że udział w tak nietypowym przedsięwzięciu zaszkodzi mu w karierze.


Innym zagorzałym entuzjastą Rosemary był pianista John Lill, który również osobiście utrzymywał kontakty z tamtym światem.


Ponoć regularnie odwiedzał go Ludwig van Beethoven i wspólnie omawiali interpretacje utworów. Kompozytor miał powiedzieć Lillowi, że koniecznie powinien poznać panią Brown. Podał mu też dokładną datę, godzinę oraz miejsce spotkania.


Lill udał się na występ Rosemary, a gdy po koncercie przedstawiała okoliczności powstania medialnych utworów, zabrał głos. – Przerwałem jej dość szorstko, przedstawiłem się i stwierdziłem, że głęboko wierzę w jej szczerość – opowiadał Lill. Rosemary to nie zdziwiło; jak stwierdziła, Beethoven zaawizował jej pojawienie się Lilla!


Duchy kompozytorów pomagały pani Brown także w sprawach bardziej przyziemnych. Na przykład Liszt chodził z nią na zakupy i podsumowywał wydatki, zanim jeszcze dotarła do kasy. Nigdy się nie mylił! Któregoś dnia pomógł kobiecie wybrać najlepszą kiść bananów za najniższą cenę – przy czym w najmniejszym stopniu nie przeszkodziło mu to, że naklejka z ceną znajdowała się pod spodem. Liszt – jak utrzymywała pani Brown – korzystał z czegoś, co można by nazwać profetyczną intuicją. Używał jej także, pomagając synowi Rosemary, Thomasowi, w odrabianiu zadań domowych. – Sądzę, że myślimy o nim jak o członku rodziny – mawiała medialna pianistka.


Rosemary Brown, jak każda kobieta, potrafiła też grymasić. Zmarły w 1963 roku kompozytor Francis Poulenc próbował podobno przekazać jej kilka utworów z zaświatów, lecz nie zainteresowała się nimi. – Uważam, że ta muzyka nie jest zbyt atrakcyjna – spuentowała jego starania.


W połowie lat 80. wizyty duchów u Angielki nie były już tak częste, co wiązało się z pogorszeniem stanu zdrowia pani Brown. W tym czasie wspomagali ją syn i córka.


Nigdy nie godziła się na zadawanie pytań, które, jak uważali pytający, mogłyby udowodnić obecność gości z zaświatów. Kiedy Time zaproponował jej wzięcie udziału w tzw. Liście 20 pytań, odparła: – Nie mogę tak po prostu nacisnąć guzika i wykonać telefonu do duchów.


Gdy jednak potrzebowała notki na okładkę albumu, który ukazał się na rynku w 1970 roku, muzykolog sir Donald Tovey bezzwłocznie ją dostarczył. Mamy nadzieję, że fenomen Rosemary przyczyni się do wzmocnienia ludzkiego poczucia wrażliwości – napisał. Sir Donald zmarł w 1940 roku!


Czy pani Brown faktycznie pozostawała w bezpośrednim kontakcie z nieżyjącymi kompozytorami, czy też dysponowała niezwykłą zdolnością perfekcyjnego odtwarzania ich stylów muzycznych? Gdy słucha się nagranych przez nią płyt i pamięta o sposobie powstania tych kompozycji, wrażenie obcowania z tajemnicą jest wszechogarniające.


Rosemary Isabel Brown zmarła 16 grudnia 2001 roku w wieku 85 lat. Może już niedługo – zza grobu – zacznie dyktować własne kompozycje astralne?


Medialne koncerty i oratorium Za zasłoną


Muzyka od dawna była uważana za dobrą zachętę dla duchów, które ociągały się z nawiązaniem kontaktu.


W latach pięćdziesiątych XIX wieku farmer Jonathan Koons z Ohio w USA stworzył wraz z ośmiorgiem dzieci jedyny w swoim rodzaju zespół. Jedyny, bo na trąbce, akordeonie, tamburynie i innych instrumentach grały w nim duchy! Seanse spirytystyczne, na których grupa występowała, ściągały dużą publikę, ponieważ – jak mówiono – można tam było zobaczyć cuda.


W zaciemnionej salce niewidzialne ręce potrącały struny gitary, uderzały w bębny, wprawiały w ruch tamburyn, który potem lewitował nad glowami obecnych. Rodzina Koonsów śpiewała pieśni religijne, a duchy jej akompaniowały. Za koncerty nie pobierano opłat, ponieważ bezcieleśni muzycy wyraźnie sobie tego nie życzyli. Nie był to jedyny taki przypadek.


W latach 30. XX wieku, również w USA, podobną aktywnością trudniła się córka znanego przemysłowca, Mery Courier. Gdy grała na fortepianie w salonie rodziców, rozłożone wokoło instrumenty niedotykane przez nikogo wydawały dźwięki, które można było uznać za harmonijne. W periodyku spirytystycznym Hejnał z maja 1937 roku relacjonowano: Instrumenty nie dźwięczą słabo, fałszywie lub niezręcznie, jakby się tego należało spodziewać po ciemku, lecz dźwięki są najzupełniej prawidłowe i przeniknięte tak wesołym nastrojem, że słuchacze całą siłą muszą się wstrzymywać, by nie … zacząć klaskać. I w innym miejscu: Instrumenty muzyczne bujały w powietrzu, jak również podawane były obecnym. Do niektórych osób podążały na ich (wyrażone) w myśli wyraźne żądanie. Słyszało się wybornie bęben, tamburyn, gitarę, wszystkie grające zgodnie, harmonijnie i w takt. Ilość siły zużytej do gry na bębnach (była) zdumiewająca.


Duchy grały na instrumentach także w otoczeniu Daniela Dunglasa Home'a, jednego z największych mediów wszech czasów. W jego autobiografii znajdujemy informację, że dzwonki, klawikordy i akordeony same z siebie wydawały miłe dla ucha dźwięki znanej piosenki Home, Sweet Home, co musiało być aluzją do nazwiska irlandzkiego spirytysty, którego protektorem i sponsorem był hrabia Władysław Branicki. Home wielokrotnie wydobywał muzykę z akordeonu pod czujnym okiem angielskiego profesora, sir Williama Crookesa i, jakkolwiek zawodowy sceptyk twierdzi, że oszukiwał, nigdy tego nie udowodniono.


Irlandczyk nie był muzykiem, lecz wielu zajmujących się tą sferą sztuki amatorów utrzymywało, że duchy zgłosiły się do nich, by przekazać im swe umiejętności. Francuskie medium George Aubert twierdził np., że gra na pianinie słabo, jednak gdy zostaje owładnięty przez ducha kompozytora z czasów Napoleona, Etienne'a Nicolasa Mehula, potrafi wykonać najtrudniejsze nawet utwory.


Duch odwiedzał również amatorskiego piosenkarza Jesse Sheparda (1849 – 1927). Gdy nakazał mu rozwijanie umiejętności głosowych, medium już wkrótce zaczęło zadziwiać publiczność basem o kolosalnych możliwościach, który – jak w 1925 roku napisał Campbell Holmes – w najwyższych rejestrach stawał się sopranem (!)


Skrzypek Florizel von Reuter aż w dwóch swoich książkach opowiedział o radach otrzymanych od ducha Paganiniego. Natomiast angielski ekscentryk Charles Tweedale opisał własne kontakty z nieżyjącym Stradivariusem, który pomógł mu odkryć sekret słynnego lakieru stosowanego przez budowniczych skrzypiec. Tweedale, który przyjaźnił się z Arthurem Conan Doylem i dzielił jego zainteresowanie spirytyzmem, w latach 1900 – 1940 wykonał sporą ilość instrumentów dokładnie według wskazówek Stradivariusa.


Również w latach 70. pojawiały się muzyczne media. Należał do nich Clifford Enticknap, który wierzył, że jest kanałem dla muzyki Haendla. Spod jego pióra wyszło oratorium Za zasłoną, które trwa około 4 i pół godziny.


Zaginione nuty


Jelly d'Aranyi (1895 – 1966), przyjaciółka sir Edwarda Elgara, jednego z najsłynniejszych brytyjskich kompozytorów, znakomita skrzypaczka koncertowa, odnalazła zagubiony koncert skrzypcowy Schumanna dzięki seansowi spirytystycznemu.


Paris – Soir z 24 września 1937 roku oraz inne francuskie dzienniki podały, że pewien dyplomata (pełnomocnik szwedzki w Londynie) i znana wiolinistka, panna d”Aranyi, odebrali z zaświata posłannictwo od Schumanna. Muzyk wskazał, gdzie znajduje się jego dzieło, o którym sądzono, że dawno zaginęło.


Zapis niedokończonego koncertu Schumanna spoczywał od dawna w archiwum berlińskim, opatrzony zastrzeżeniem, że dzieło można wykonać dopiero 100 lat po śmierci kompozytora. Wirtuozka Jelly d'Aranyi miała przeczucie, że gdzieś ukryto inną kopię tego utworu.


Pewnego wieczoru na stole z wypisanymi literami alfabetu umieszczono odwróconą szklankę. W seansie spirytystycznym wzięło udział kilka osób. Szklanka zaczęła drgać, a następnie wskazywać litery układające się w czytelny komunikat. Okazało się, że nawiązano łączność z Schumannem. Co ciekawe, kompozytor wypowiadał się w języku angielskim, choć, gdy zapytano go wprost, czy zapomniał ojczystego języka, odezwał się w perfekcyjnej niemczyźnie: – To ja jestem.


Następnie potwierdził intuicję skrzypaczki i zdradził, że istnieją aż cztery kopie konceru. Wskazał też, gdzie znajdują się pozostałe nuty. Ze wskazówek skorzystano i w krótkim czasie zagubiony koncert został odnaleziony.


Fakt ten wywołał burzę w prasie skandynawskiej; seans opisano też na łamach angielskiego czasopisma The Two World. W Sztokholmie i całej Szwecji rzecz stała się głośna po publicznych wypowiedziach barona Erika Palmstierny, ministra pełnomocnego w Londynie, który wziął udział w wywoływaniu ducha. Niektóre dzienniki żądały odwolania dyplomaty, inne wskazywały, iż baron chciał zadać śmiertelny cios spirytyzmowi, doprowadzając do jego ośmieszenia. Padały też głosy, a nie było ich mało, że szatan chce usidlić ludzi, łudząc ich zapewnieniem, że kontakty żywych z umarłymi to rzecz najzwyklejsza pod słońcem.


Niedługo potem Jelly d'Aranyi wykonała koncert Schumanna podczas specjalnie zorganizowanego występu. Uznała widać, że ofiarowując pomoc w odszukaniu nut, kompozytor dał sygnał, iż nie ma nic przeciwko publicznemu odegraniu kompozycji.


---------------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów