Święci patroni naszych imion


Autor tekstu: Zbigniew Chorąży


Chyba nie jestem w błędzie sądząc, że wszelkie kalendarzowe informacje o świętych patronach dotyczą tylko ludzi wierzących. W tym przypadku będą to katolicy, prawosławni oraz osoby wyznań pochodnych.

Bardzo liczna grupa świętych jest uznawana zarówno przez katolików jak też przez prawosławnych. Są to głównie święci sprzed XI wieku, czyli sprzed rozdzielenia się tych religii. Ale po tym rozdziale nie ma już zwyczaju, aby katolik uznawał świętego prawosławnego i aby prawosławny uznawał świętego katolickiego. Z religijnego punktu widzenia jest to czysty absurd. Przecież katolicyzm i prawosławie wyznają tego samego Boga. Czyżby zwierzchnie władze ziemskie obu religii wierzyły, że ten wspólny Bóg uzna ich wzajemnie nieprzyjazne poglądy i decyzje? A może to nie jest sprawa wiary, lecz polityki. Tylko po co wciągać wiernych obu religii w te polityczne rozgrywki?

Moja rada dla wszystkich wierzących obu religii jest taka. Należy kierować się zdrowymi i uniwersalnymi zasadami chrześcijaństwa. Należy uznawać i szanować wzajemnie wszystkich świętych. Jeżeli Bóg jest uosobieniem Miłości, to wszyscy święci są przed Bogiem na tych samych prawach. Katolik ma pełne prawo modlić się do świętego prawosławnego i prosić go o pomoc. W rzeczywistości modli się i prosi o pomoc Boga, a ten święty prawosławny jest tylko pośrednikiem. Tego faktu katolik wcale nie musi ujawniać w konfesjonale, ponieważ modlitwą do świętego prawosławnego grzechu nie popełnia. Chyba czas najwyższy, aby wszyscy wierzący uruchomili własny rozum, zresztą zgodnie z pouczeniami Jezusa w Ewangeliach. Czas najwyższy, aby wszyscy wierzący „przesiewali przez sito” dyrektywy i pouczenia ziemskich zwierzchników religijnych. Niech ci zwierzchnicy, jeśli już muszą, walczą ze sobą wyłącznie na własny rachunek.

A przy okazji jeszcze jedna sprawa dotycząca świętych katolickich, ale narodowości przykładowo azjatyckiej. Czasem pojawia się w internecie na forum wypowiedź młodej osoby, że ksiądz wyraźnie odradził wybór imienia świętej Wietnamki jako patronki przy bierzmowaniu. Myślę, że taki kapłan minął się z powołaniem. Ta święta miała imię łacińskie i za świętą uznana została decyzją Watykanu i samego papieża. Nie wiadomo, czy takie zjawisko jest sporadyczne, czy może już bardziej powszechne. I tu również podobna rada. Należy stosować stanowczy sprzeciw wobec nagannych, antyreligijnych postaw kapłanów. Współczesny Kościół to cała religijna społeczność i kapłani muszą respektować jej zasadne opinie.

Czasem spotykamy opinie katolików jakoby uznani święci mieli większą wartość religijną od błogosławionych. Zapewne bierze się to stąd, że osoba uznana oficjalnie za świętą ma prawo do czczenia jej w całym świecie katolickim. Natomiast osoba błogosławiona może być czczona tylko lokalnie. W zasadzie to prawda, ale nie do końca. Te uwarunkowania dotyczą wyłącznie instytucji religijnych. Nie istnieje religijny zakaz okazywania czci osobie błogosławionej przez katolika na drugim krańcu świata. Internet umożliwia takiemu katolikowi poznanie życiorysu błogosławionej i nawiązanie duchowego kontaktu choćby w formie modlitwy. Tak uczyni katolik, który ma rozum prawidłowo ukształtowany religijnie. Bo taki katolik dobrze wie, że nie ma żadnej różnicy w wartości świętego i błogosławionego. Formalnie błogosławiony ma tylko jeden uznany cud mniej niż święty. Ta uznaniowość ma w dodatku charakter wyłącznie ziemski. A to znaczy, że ta uznaniowość może być omylna. W ocenie zwierzchności niebiańskiej osoba błogosławiona może mieć lepsze „notowania” niż niejeden święty. Można zapytać w tym miejscu – a po co takie stopniowanie? Klasyczne pytanie i jeszcze bardziej klasyczna odpowiedź. Chodzi o pieniądze. Prawosławie nie ma takiego stopniowania procedury. Nie musi mieć, ponieważ Prawosławie jest zdecentralizowane. Jest podzielone na patriarchaty. W katolicyzmie istnieje centrum zarządzania w postaci Stolicy Apostolskiej i papieża. A taka instytucja, aby mogła funkcjonować, musi mieć odpowiedni zasób finansów. Między innymi kasę Watykanu zasilają dochody z beatyfikacji i kanonizacji. Jeżeli jakaś diecezja, dajmy na to w Polsce, miała lub ma wystarczająco dobrego kandydata „na ołtarze” i spełniła wszelkie warunki formalne, to bez określonej gotówki nie doczeka się uroczystego finału. Na szczęście wierni znający takiego kandydata mogą się do niego modlić bez potrzeby zgody Watykanu. Żeby było śmieszniej, to również kapłan może „prywatnie” propagować kult takiego Sługi Bożego. Wbrew pozorom nie łamie prawa kanonicznego.

W obiegu religijnym znana jest spora grupa osób uznanych nawet za święte, które nie doczekały się formalnej kanonizacji. Taka sytuacja jest typowa najczęściej w zakonach. I takich świętych "nie świętych" czci się bez żadnych obiekcji. A więc błogosławionych i świętych traktujmy jednakowo. Co prawda znane są też przypadki, że decydenci z Watykanu beatyfikowali i kanonizowali osoby nie zawsze godne tego zaszczytu. Polityka Watykanu bywała ważniejsza niż uwarunkowania religijne. Nie do mnie jednak należy ocena poszczególnych przypadków. To wierni dokonują wyboru swoich patronów.

Ale myślę, że należy do mnie ocena duchownych katolickich w całej hierarchii, którzy nie wiadomo po co próbują manipulować z żywotami świętych. W dawnych czasach kształtowania się chrześcijaństwa potrzebne były liczne żywoty jako wzorce sposobu życia i postępowania dla wiernych. Miały one na celu nauczanie tych wiernych, jak mają bronić swojej wiary. Zapewne autorzy tych żywotów niekiedy przesadzali z „cudownościami”, przesadzali z opisami mrożących krew tortur chrześcijan. Dlatego w ostatnim stuleciu pojawili się „specjaliści”, aby oczyścić te żywoty z fikcji, a nawet je wyeliminować jako dublety. Tym tendencjom uległ nawet Watykan. Ostatnia wersja Rzymskiego Martyrologium została dość mocno przerzedzona. Klasycznym przykładem tych działań może być św Barbara z 4 grudnia. Według wspomnianych specjalistów była postacią fikcyjną. Z oficjalnego watykańskiego wykazu świętych została wykreślona. To póki co oznacza tylko tyle, że kult św Barbary został ograniczony do wymiaru lokalnego. W wyniku tego w Polsce w instytucjach religijnych wolno czcić św Barbarę w sposób dowolny, a nie jak dotąd obowiązkowy. Podobnie jest z innymi bardziej lub mniej popularnymi świętymi. W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na niekonsekwencję Stolicy Apostolskiej. Otóż między Barbarą a przykładowo Anną, matką Marii z Nazaretu nie ma żadnej różnicy. Obie postacie funkcjonują na zasadzie wielowiekowej tradycji kościelnej. I nikomu w Watykanie nie przyjdzie do głowy rugować Annę, choć też brakuje dla niej formalnych dokumentów istnienia. Apokryfy dotyczące Anny zawierają nie mniej fikcji niż legendy o Barbarze. Za przykładem Watykanu poszli niektórzy duchowni niższego szczebla. Na przykład w polskim internecie pojawiła się witryna zakonu jezuitów DEON, na łamach której jakiś nieznany autor poużywał sobie po starożytnych świętych. Dokonał tego w sposób naganny, często bezpodstawnie czyli według własnego „widzimisię”. Chyba jednak ma świadomość, że wykonał krecią robotę, bo nie ujawnił swego nazwiska i nie odpowiada na zapytania wbrew deklaracjom witryny. Dlatego zawartość działu „Żywoty świętych” tej witryny dokładnie skomentuję w oddzielnym artykule.

Wszyscy wierzący, którzy uznają istnienie świętych, powinni dokładnie sobie uświadomić, że ci święci byli i nadal są "wytworem" religijności najniższego szczebla, czyli zwykłych ludzi. I jeżeli ci zwykli ludzie swoją masową decyzją postanowią obdarzyć czcią określoną osobę, to nic na to nie poradzi żadna hierarchia religijna włącznie z Watykanem. Ale żeby tak rzeczywiście mogło być, musi zaistnieć jeden jedyny warunek: wierni muszą zaprezentować swój rozum na właściwym poziomie. Mogę zapewnić, że jeżeli rozum ludzi objawi się w pełni, to Watykan i cała jego hierarchia będą musieli zostawić w spokoju politykę, świętych i coś tam jeszcze, a zaczną szybko rugować codzienne błędy kleru. Bo to w końcu będzie chodziło o "być" albo "nie być" religii katolickiej.

Moim zdaniem nie zdadzą się na nic wysiłki takich autorów, jak wspomniany wyżej jezuita z DEONU, próbujących rugować świętych z tradycji religijnej. Nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy jakiś żywot świętego jest fikcyjny. Nie ma też żadnego znaczenia, czy jakaś postać świętego jest prawdziwa. Z kręgów niebiańskich dobrze poinformowanych dowiedziałem się, że w tej sprawie nie ma żadnego problemu. Jeżeli jakiś katolik modli się do patrona prosząc o pomoc, to wcale nie jest ważne, czy ten patron istniał. Najważniejszy jest tu stopień szczerości modlitwy. Jest nieprawdą powiedzenie „Jak w niebie tak i na ziemi”. W niebie panuje porządek i harmonia. Każda prośba w modlitwie z padołu ziemskiego trafia do właściwego i prawdziwego odbiorcy w niebie. Tam są byty duchowe wyrozumiałe na ziemski bałaganik i otwarte na okazanie pomocy, oczywiście w rozsądnych granicach z niebiańskiego punktu widzenia. Jeśli ktoś w to nie wierzy, niech sam sprawdzi. Nic ku temu nie stoi na przeszkodzie poza brakiem wiary.



Zawady, luty 2010


Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów