Żywe klejnoty - o ziołach


historia                    znaczenie                     stosowanie


Autorka tekstu: Maria Hessel

Przedruk broszury wydrukowanej w nakładzie 60 000 egz. przez Prasowe Zakłady Graficzne w Krakowie w roku 1989.



Anopsologia


Późna wiosna, miesiące letnie i jesień specjalnie sprzyjają spożywaniu potraw surowych. W naszej obyczajowości są to przede wszystkim owoce, jagody i niektóre jarzyny. Chciałabym więc w pierwszym rzędzie omówić sprawę tzw. anopsologii.


Anopsologia ma polegać na tym, że należy żywić się jedynie i tylko surowiznami; nawet mięso i ziemniaki należy spożywać surowe; wykluczyć w ogóle pieczywo, najwyżej poprzestając na jednej kromeczce razowego chleba na dzień; w ogóle wykluczyć wszelkie nabiały, więc mleko i jego przetwory. Przy tym wszystko człowiek powinien „osobiście zgryźć”, odrzucając wszelkie pomoce, jak maszynka do mielenia, moździerz, tarki, tasak czy pałka do ubijania mięsa, a poniekąd nawet nóż.


Rewelacją w owej anopsologii jest dla nas chyba jedynie jedzenie surowego mięsa i surowych ziemniaków. Chyba ani jedno, ani drugie nie przeszłoby nam przez przełyk. Jedzenie jest dla nas nie tylko biologiczną koniecznością; jest też niewątpliwie przyjemnością i to jedną z tych największych, właśnie z uwagi na smak i aromat potraw. Na pewno nikt nie będzie kwestionował ogromnej wartości surowych produktów, ani też osiągnięć dra Schaeffera, autora książki „Instinctive Nutrition”, która na Zachodzie stała się bestsellerem; pisze o niej p. Pląskowska, a także o tym, że tą metodą dr Schaeffer zyskał wspaniałe wyniki, lecząc nawet choroby uznane dotąd za nieuleczalne.


Metoda „instynktownego” żywienia nie jest dla nas aż taką rewelacją, by miała spowodować przewrót w naszym sposobie życia. Przecież jedzenie jak największej ilości surówek z dawna i stale zalecają nam nasi lekarze. Jesteśmy dość posłuszni tym radom i – zresztą – naszemu własnemu instynktowi. Na wiosnę i w lecie zjadamy całe mnóstwo surowego pożywienia; zestaw ten jest przecież bardzo szeroki: pomidory, ogórki, sałata, surowa tarta marchewka, młoda cebula, szczypiorek i koperek, nać zielonej pietruszki, wszelkie jagody jak maliny, poziomki, borówki; wczesne owoce jak czereśnie, wiśnie, agrest, porzeczki, następnie jabłka, a późniejszym latem i wczesną jesienią gruszki i cały asortyment śliw. Już w jesieni jadamy surową kapustę kiszoną, orzechy laskowe i włoskie, owoce importowane jak grejpfruty, pomarańcze, banany, mandarynki, cytryny. I jest to – uważam – całkowicie wystarczająca norma „surowizny”.


Jednak – powiedzmy to od razu, bo to jest w niniejszych rozważaniach najważniejsze (będzie mowa o roślinach leczniczych i ziołach) – nie dla wszystkich jest dostępne owe dobrodziejstwo naszej mini-anopsologii, gdyż ludzie z chorym układem trawiennym muszą się bardzo ograniczać w jedzeniu surówek. A dla ludzi o chorych narządach takich jak przewód pokarmowy, wątroba, trzustka, surowe pokarmy są w ogóle niebezpieczne, nawet zabronione. Mogłyby bowiem przyprawić chorego nie tylko o najbardziej ciężkie schorzenia, ale nawet o przedwczesną śmierć. Dla wszelakich „wątrobiarzy” istnieją w zasadzie tylko soki, wyciski z owoców czy jagód, przy tym w ich codziennym życiu są wręcz niezbędne takie pomoce jak sokowirówka, maszynka do mielenia,tarka, moździerz, ostry nóż.


Chleb... Pieczywa... Codziennie miliony ludzi na całym świecie modlą się o „chleb powszedni”. Wiemy wszyscy, że on sam jeden może zaspokoić najsilniejszy głód w braku innego pożywienia. W pewnej mierze dotyczy to też poniekąd i świeżego mleka, zwłaszcza takiego prosto od (zdrowej) krowy.


Z kolei zajmiemy się tu mięsem. Był czas – dawne to już lata – gdy chorym na otwartą gruźlicę zalecali lekarze jedzenie surowej wołowiny mielonej; przy tym właśnie dla smaku i aromatu (o to właśnie chodzi w owej anopsologii) musiało się ją przyprawić solą, pieprzem, nierzadko drobno posiekaną cebulą (czyli tzw. tatar), inaczej bowiem chory nie przełknąłby tej „odżywki” surowego mięsa, które przecież nie posiada ani zapachu, ani smaku. Pra-pra-człowiek zapewne początkowo jadał mięso surowe, dopóki nie „ukradł bogom ognia”, bo potem już upolowaną zwierzynę piekł nad ogniskiem, lub między rozżarzonymi kamieniami. Nawet w Afryce ludy niecywilizowane nie jedzą mięsa surowego.


Zatem surowe mięso wcale nie posiada owych elementów naturalnego instynktu (smak i aromat), o które w anopsologii chodzi. Być może dziś jeszcze jakieś dzikie plemiona jadają mięso surowe, suszone lub tłuczone; ale skoro jedzą je jeszcze dziś, nieprzerwanie od tysiącleci, nie tylko przywykły do tego pożywienia, lecz także nie miały czasu odwyknąć, jak my.


Nie ulega kwestii, że mięso surowe zawiera więcej odżywczych składników i wartość o wiele większą niż mięso poddawane u nas „obróbce cieplnej”; ale nie można w ogóle mówić o głosie instynktu, to jest o walorach smakowych i węchowych, bo jest odwrotnie: to właśnie poddane owej cieplnej obróbce mięsiwo wydaje cudowny, pobudzający apetyt aromat. Tysiące lat temu pierwotny człowiek wpadł – zapewne przypadkowo – na to, że mięso gotowane czy pieczone jest i smaczniejsze, lżej strawne, i o wiele łatwiej przyswajalne. Doszły do głosu właśnie węch i smak.


Żywia Pląskowska podaje na wstępie do swego artykułu w „Przekroju” (nr 2246), że tysiące lat cywilizacji stępiły w nas te i inne odruchy. Otóż do tej niewątpliwej prawdy trzeba dodać jeszcze jedną, że nasz przewód pokarmowy uległ też zmianom i wskutek cywilizacyjnego odżywiania zatracił swe poprzednie możliwości trawienia, że do spożywania tylko surowych pokarmów nie jest już przydatny. Potraktowany w ten sposób przyprawiłby nas o schorzenia o wiele cięższe od tych, które nas gnębią obecnie.


Wykurowani dotychczas metodą anopsologii pacjenci, to niewątpliwie ludzie młodzi, mający zapewne całkiem zdrowy przewód pokarmowy. Ale poczekajmy trochę na doniesienia, co wykażą ich organizmy za 10 czy nawet 5 lat. Do tej bowiem chwili lekarze stosujący anopsologię znają tylko jej skutki dodatnie, ale jeszcze nie wiedzą, jakie będą – bo może będą – skutki ujemne. Należy się spodziewać, że tak.


W anopsologii nie wolno nam niczego rozdrabniać, ucierać, mielić, tłuc, czy siekać … A zatem trzeba posiadać znakomite uzębienie – jeszcze jeden dowód, że anopsologia jest jedynie dla ludzi młodych. Zresztą nawet młodzi już zęby leczą, a nawet usuwają; po jednym … po trochu … aż do ostatniego. I co wówczas? Przy stosowaniu całkowitej anopsologii czeka nas zwyczajnie śmierć z głodu, bo nie mielibyśmy czym zgryźć ani owego surowego (!) mięsa, ani warzyw, ani nawet owoców. To prawda, że zęby psują się nam „dzięki” cywilizacji. Ale właśnie cywilizacja sama zapobiega skutkom własnych błędów, dając nam pomoce niezawodne, jak maszynka, tarki, moździerz, nóż. Jest jeszcze coś tak absolutnie cudownego, jak sztuczne uzębienie, plomby, mostki, protezy – jedno z największych dobrodziejstw medycyny.


Rozliczmy wreszcie surowe ziemniaki … Jak to było z nimi? Podobno jakiś europejski książę posłyszał o istnieniu w Ameryce (Peru) bardzo smacznej i odżywczej bulwy. Kazał ją sobie sprowadzić i podczas polowania, przy ognisku, zaczął jeść ową bulwę. Wypluł ją natychmiast ze wstrętem, z gniewem odrzucił bulwę w ogień. I po chwili … instynkt (węch) doszedł do głosu; kazał wydobyć upieczonego ziemniaka i zjadł go z zachwytem.


To prawda, że człowiek w dużym stopniu zatracił naturalny instynkt, ale za to rozwinął mózg, rozum, możność eksperymentowania, odgadywania i naśladowania przyrody. Nasi pra-pra-dziadowie z surowizny znali tylko miód, owoce i jagody. Mięso i drób zawsze poddawali „obróbce cieplnej”, a byli zdrowi i niezwykle silni. Kto nie zginął na wojaczce, dożył białych włosów. Jeżeli dziś chorujemy, to wcale nie dlatego, że jadamy potrawy gotowane, lecz dlatego, że nasza obecna żywność jest zatruta wszelkimi odpadami przemysłu i cywilizacji. Tak! Zdrowa żywność to nasze ocalenie. Ale zdrowa – to niekoniecznie tylko surowa.


Podstawą leczenia bardzo wielu chorób jest dieta. Nie jest to wcale wymysł współczesnej medycyny; zalecał ją jeden z najsławniejszych lekarzy starożytności, Dioskurides, już w I wieku naszej ery. Ludność z dawna doświadczyła dosłownie na własnej skórze, że przy pewnych schorzeniach należy koniecznie unikać pewnych potraw.


Dotyczy to zwłaszcza osób cierpiących na choroby dróg trawiennych, które aż nazbyt często muszą zrezygnować z „rozkoszy podniebienia”. Udzielimy im tu pewnych porad w zakresie anopsologii dla nich dostępnej, przy tym koniecznej z uwagi na niezbędność dostarczenia organizmowi witamin, bez których życie i zdrowie jest niemożliwe. Syntetyczne witaminy nabywane w aptece, to tylko ostateczna konieczność i nigdy tych naturalnych nie zastąpią. Ludzie chorzy na wątrobę powinni pić surowy sok z owoców, jagód i pewnych warzyw (pomidory, kiszona kapusta, także surowa słodka, zakwas z buraków ćwikłowych). Orzechy włoskie czy laskowe należy zemleć w specjalnej maszynce albo dokładnie, na miazgę, utłuc w moździerzu. Można zjeść tego 2 – 3 łyżki; może niecodziennie, ale co drugi dzień. Dla wątrobiarzy znakomite są rośliny lecznicze, zawierające witaminę C; więc przede wszystkim suchy owoc dzikiej róży, rokitnik zwyczajny w każdej postaci (macerat, powidła, napar). Można też pić – byle niezbyt często, jak się okazuje z ostatnich obserwacji – świeży sok z utartej w sokowirówce marchewki; także sok z kiszonej kapusty, rozcieńczony pół na pół chłodną przegotowaną wodą, oraz przecier z pomidora (przetrzeć miąższ przez sitko). Od czasu do czasu, dla lepszego apetytu, mogą „wątrobiarze” utrzeć na tarce kiszony ogórek, przecedzić miazgę przez sitko i wypić sok. Natomiast surowych ogórków i kiszonych w całości – absolutnie spożywać nie mogą.


Oczywiście należy pamiętać o terapii ziołowej, o piciu naparów z odpowiedniej grupy ziół. Na pierwszym miejscu stoi bezwzględnie mięta pieprzowa; po niej dziurawiec, rzepik, szałwia, pięciornik gęsi (srebrnik) – to są te najpopularniejsze, powszechnie znane. Fachowe poradniki znacznie poszerzają asortyment owych wątrobianych ziół. Jedna sprawa: istnieje znakomity w działaniu wyciąg z dziurawca Tinctura hiperici (Herbapol); lecz przy stosowaniu przetworów z dziurawca w lecie nie wolno przebywać na słońcu – koniecznie należy o tym pamiętać. Jeżeli więc chcemy korzystać ze słonecznej pogody i plażować nad morzem czy rzeką, musimy zrezygnować z przetworów dziurawca; albo też – lecząc się nim – przebywać w cieniu. Bo można dostać ciężkiego porażenia słonecznego.


Zatrucia


Okres urlopów trwa u nas w zasadzie 5 miesięcy – od maja do końca września. Wakacje szkolne trwają 2 miesiące. Ale wczasy pracownicze tylko 2 tygodnie, gdy nam przysługuje miesiąc wypoczynku. Tę resztę – jeżeli skorzystaliśmy z wczasów pracowniczych – musimy sobie jakoś zorganizować. Są przeróżne możliwości, ale tak kosztowne, że nie każdego stać na te dziesiątki tysięcy złotych, jak kosztują dziś choćby tylko te dwa tygodnie, a cóż dopiero cały miesiąc, czy 2 miesiące z uwagi na dzieci.


Ale nie o cenach chcemy tu mówić, lecz o zasadniczym zagadnieniu wszelkiego wypoczynku letniego: o wyżywieniu. Najtańsze i najbezpieczniejsze, bo wolne od wszelkich obaw pokarmowego zatrucia są wczasy „pod gruszą” czyli u gospodarza na wsi. Tylko wtedy, oczywiście, jesteśmy bezwzględnie bezpieczni, gdy potrawy sporządzamy sami, korzystając jedynie z możliwości zakupienia na miejscu niektórych produktów, i z kuchni gospodarzy. Te wakacje mają jednak tę złą stronę, że trzeba bezustannie zabiegać, nawet godzinami stojąc w kolejkach po produkty żywnościowe – pieczywo, masło, mięso, wędliny, nierzadko nawet mleko i jajka.


Trzeba więc powiedzieć sobie jasno, że właściwie nie jest to żaden wypoczynek i tylko matka dla dzieci potrafi tak się poświęcić. Zaś jeżeli chodzi o dwumiesięczne wakacje młodzieży szkolnej, niemal brak innej możliwości.


Istnieją szczęściarze, którzy mają znajomych, przyjaciół a nawet krewnych w klasztorze usytuowanym w przyrodzie. Ale to też kosztuje. Dużo. Bo wszystko dziś kosztuje dużo. Ale jest to chyba najdoskonalsza forma wypoczynku, gwarantująca nie tylko sterylną niemal czystość i higienę, ale i świeżość potraw; przy klasztornym stole nie grozi nam ani salmonella, ani zatrucia.


Natomiast grożą nam one zawsze przy każdej innej formie wakacyjnego pobytu poza domem. Najczęstsze zatrucia to u osób gotujących obiady dla letników. Zużywają one wszystkie stare zapasy, częstokroć z dawna przeterminowane, zapleśniałe – jak choćby przecier pomidorowy, z którego zupa „dla letników” powoduje najwięcej zatruć. Także i pozostałości mięsne z całego tygodnia, może nawet i zbierane z pozostałości na talerzach, nie dojedzone. Letnikowi często za ciężkie pieniądze daje się byle co; on musi zjeść to, co mu się łaskawie ugotuje i poda; bo przecież nie każdy umie gotować, nie każdy chce i nie każdy może. Toteż należy stanowczo unikać wszelkich potraw mięsnych mielonych, pierogów czy naleśników z mięsem, wszelkich sznycli i zrazików.


Ale nie myślmy, że tak jest tylko w prywatnej jadalni. Grozi nam to w prawie każdej gospodzie, restauracji, a nawet na oficjalnych wczasach. Prasa codzienna w lecie pełna jest informacji o masowych zatruciach wędlinami, mięsem, ciastkami, lodami, nawet serem.


Zasada główna: gdy trwają upały ograniczmy spożywanie mięsa, a zwłaszcza wędlin – do minimum. A nawet zrezygnujmy z nich w ogóle. Pamiętajmy, że im skromniejsze i łatwiej strawne jest letnie pożywienie, tym zdrowsi wrócimy z wakacji, tym lepiej wyjdzie na tym nasz organizm; tak czy tak systematycznie zatruwamy go pokarmami przez cały boży rok. Istnieje całe mnóstwo potraw jarskich posilnych i pożywnych, które w obcym środowisku zwłaszcza w upały, muszą i powinny nam wystarczyć. Absolutnie nie jedzmy grzybów, których nie znamy dobrze, niech nam wystarczą pieczarki z handlu uspołecznionego. Mięso możemy jeść tylko wtedy, jeżeli sami kupimy świeże i sami je przyrządzimy. Wtedy możemy i dzieciom dać i sami zjeść ile dusza zapragnie. Ale ufajmy tylko sobie! To samo dotyczy ewentualnych ryb. Niech Bóg broni nabywać od sprzedawcy śnięte, choćby przysięgał, że dopiero co zabite. Tylko wtedy możemy jeść potrawy rybne, jeżeli rybę żywą przynieśliśmy w wiadrze z wodą do domu i sami sporządzili posiłek. Przeważnie letnicy nad morzem mają możliwości nabycia świeżych ryb, ale i na wsi można coś kupić z połowów w jeziorze lub hodowlanym stawie.


Nigdy nie sporządzajmy tyle sałatki jarzynowej, by coś zostało na drugi dzień. Nawet przechowana w lodówce jest niebezpieczna, bo w wyjętej z lodówki, w wysokiej temperaturze dnia, natychmiast mnożą się szalenie szybko wszelkie bakterie, powodujące zatrucie.


Lecz tak czy tak, mimo wszelkich ostrożności, może się nam coś przydarzyć. Znam nawet przypadki zatrucia sokiem z marchwi – był z poprzedniego dnia i zbyt zimny (z lodówki).


Przy objawach zatrucia należy natychmiast zastosować dietę, a poza tym zaaplikować napar czy odwar z ziół. Jadąc na wakacje na wieś ZAWSZE zaopatrzmy się w niezbędne zioła: mięta, dziurawiec, rzepik zwyczajny, pięciornik gęsi, szałwia, rumianek i – rzecz prosta – herbata. Ta herbata, którą pijamy codziennie, nawet kilka razy, niegdyś była sprzedawana tylko w aptekach, stanowi zioło lecznicze; silna i gorąca jest bardzo pomocna przy zatruciach pokarmowych. Nigdy nie zapominajmy o tym, że dziecka nigdy się właściwie nie upilnuje, że wystarczy jeden moment nieuwagi, by coś ściągnęło na swoją głowę. Wtedy zaaplikujemy natychmiast dość silny odwar ze świeżego dziurawca, zerwanego w polu. Taki odwar okazał się zbawienny przy masowym zatruciu weselników kiełbasą. Wypić pół szklanki, po 2—3 godzinach znowu, zawsze gorący. Potem podać również dość silny napar z mięty i rumianku, trzy razy dziennie pół filiżanki. Bezwzględna dieta. Dzieciom podawać napar z rzepiku pomieszany z rumiankiem i miętą. Na wsi nie powinno być trudno o te zioła, ale lepiej jest zabrać je ze sobą w bagażu, kupione w Herbapolu. Płaską łyżeczkę rzepiku, drugą – mięty, trzecią – pięciornika, zalać w garnuszku wrzątkiem (mniej więcej kwaterka) i postawić na 15 – 20 minut na parze (drugi garnuszek z gotującą się wodą). Podać zatrutemu pół szklanki, tka gorące, by tylko nie parzyło w usta i w gardło. Pozostałość odgrzać po upływie kilku godzin na parze, a nie na ogniu. Odwarów i naparów ziołowych nigdy nie odgrzewa się na ogniu bezpośrednio; a już żadną miarą nie podgrzewać na ogniu maceratów robionych na zimno – tylko na parze.


Istnieje bogaty asortyment bardzo zdrowych potraw jarskich, całkowicie wystarczających do zachowania „kondycji”: naleśniki i omlety z owocami, pierogi z serem, ziemniakami, borówkami; ryż ze śmietaną, kasza gryczana z kwaśnym mlekiem, ziemniaki z bukietem jarzyn; czerwony barszcz ze świeżej młodej ćwikły z jajkiem na twardo i ziemniakami, kluski na mleku, kasza jęczmienna z jarzynowym sosem lub skwarkami; kompoty z owoców i owoce surowe po obiedzie.


Przy zatruciach lub niedyspozycjach trawiennych, nudnościach, biegunkach, torsjach – stosujemy silną gorącą herbatę nie słodzoną i zioła nie słodzone ani sokiem, ani nawet miodem. Jeżeli objawy są bardzo silne i uporczywe mimo diety i podawania ziół, przewieźć chorego do najbliższego szpitala lub wezwać natychmiast lekarza.


Jednak nie zapominajmy, że o wiele łatwiej jest zapobiegać niż leczyć. Toteż nie kupujmy dzieciom żadnych ciastek, żadnych lodów, nie pozwalajmy, by poza domem cokolwiek jadły. Zabierzmy ze sobą w bagażu jakieś drobne cukierki zawijane, o różnych smakach; czekoladę raczej kupujmy – o ile można – na miejscu, gdyż łatwo topi się podczas upałów. Dawajmy dzieciom dość dużo owoców, nigdy nie zapominając umyć ich starannie pod bieżącą wodą. Ale i z surówkami bądźmy ostrożni – przesada w niczym nie jest wskazana.


Nie przekarmiajmy dzieci, wmuszając w nie śniadanie, kilka jajek i kopiasty talerz pożywienia. Gdy mamy do czynienia z jajkami gospodarskimi, należy wpierw dokładnie umyć całą skorupkę. Wystrzegajmy się jaj kaczych, one bowiem zawierają bakterie we wnętrzu, w białku i żółtku. Jajko kurze surowe jest znakomitym pokarmem, przyswajanym przez organizm całkowicie w stu procentach. Gdy chcemy zrobić dziecku tzw. kogel-mogel, szczególnie starannie umyjmy wpierw skorupkę jajka i umyjmy potem ręce, możliwie w ciepłej wodzie.


Ani sobie, ani dzieciom, nie żałujmy na wakacjach czarnych borówek. Należy je jednak starannie obmyć, gdyż nie wiemy kto je zbierał i jakimi rękami. Borówka zwłaszcza gotowana, jest znakomitym środkiem przeciwko biegunce. Surowa – zwyczajnie jedzona z talerzyka, nawet bez cukru i śmietany, jest nie tylko wspaniałym pożywieniem, ale także lekarstwem. Działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, zawiera dużo witamin C i B1, pektyny, garbniki. Borówka surowa świetnie działa na cały przewód pokarmowy i wzmaga apetyt. Należy do roślin leczniczych.


W krajobrazie


Chyba każdy z nas, kto kiedykolwiek przebywał na wakacjach na wsi, widział w polu lub w pobliżu lasu kwitnący krzew dzikiej róży (Rosa canina). Jest to jedna z najpiękniejszych naszych roślin leczniczych i należy do najcenniejszych, do tych najpierwszych dziesięciu. Nasz wielki poeta Jan Kasprowicz poświęcił jej przepiękne sonety, cały cykl. Urzekła go pąsowa dzika róża górska, ale najpopularniejsza, najbardziej znana, jest ta różowa, o prześlicznych kwiatach, a jesienią o czerwonych owocach.


Istnieje kilka gatunków róży dzikiej: pąsowa, biała, różowa, ale z wszystkich odmian otrzymujemy równowartościowy surowiec. Ta miss piękności naszego polskiego krajobrazu jest „ziołem” bezcennym, bowiem zawiera w owocach wielkie bogactwo witaminy C, która – jak to już wszyscy wiemy – jest człowiekowi niezbędnie potrzebna, a ponieważ nasz organizm sam nie wytwarza jej, musi być codziennie w należytej dawce dostarczana organizmowi.


Przede wszystkim sprostujmy tu bardzo popularny błąd, że jest to głóg. Otóż głóg to jest całkiem co innego. Rozróżniamy jego dwa rodzaje – dwuszyjkowy i jednoszyjkowy. Rośnie w parkach i ogrodach, przy domach niekiedy jako żywopłot. Obydwa gatunki są bardzo wartościowym lekiem – w innym miejscu omówimy to obszerniej.


Dzika róża, po niemiecku Hundrose, po francusku Englantier, po angielsku Hips, a po rosyjsku Szypownik jest przepięknym, szeroko rozgałęzionym krzewem, rosnącym na polach, na nieużytkach, na pograniczach lasów. Przytoczmy tu różne głosy na jej temat, by Czytelnika upewnić, że nowoczesne badania naukowe niczego nie wymyśliły, a tylko w pełni potwierdziły empiryczne doświadczenia minionych tysiącleci. Zaczniemy od wypowiedzi księdza Kneippa, którego nazwisko jako ziołoznawcy obiegło niegdyś całą kulę ziemską. Czerpał on wiadomości z medycyny ludowej i również nie ustrzegł się błędu, nazywając różę głogiem, zresztą w nawiasie. Widocznie miał jednak wątpliwości, ale książki swoje pisał dla prostych ludzi, więc i posługiwał się ich terminologią.


Zwróćmy szczególną uwagę na to, że w czasach ks. Kneippa nic jeszcze nie wiedziano o istnieniu witamin oraz ich niezbędności dla ludzkiego organizmu; stąd w jego omówieniu owoców dzikiej róży nie znajdujemy jej właściwości najcenniejszej i ogromnego bogactwa różnych witamin. A oto dosłownie i bez poprawek wypowiedź tego proboszcza z Wörishofen: Dzika róża (głóg). Z krzaka dzikiej róży (Rosa canina) zbiera do swej apteczki zapobiegliwa matka nie tylko piękne kwiaty, ale także i „głóg” i to nie tylko na sok lub konfiturę, ale i na lekarstwo. Taka gospodyni bardzo pilnie przejrzy swój ogród i obce pola, jeżeli ktoś z rodziny cierpi na piasek lub kamień pęcherza, lub kamień nerkowy. Ona wie, że herbata z „głogu” uśmierza bóle, czyści nerki i pęcherz. Znam staruszka, który w młodszych latach wiele na kamień i piasek w moczu cierpiał i często nie mógł sobie zaradzić i pomóc. Poradzono mu sporządzić sobie odwar z dzikiej róży, do której tak się przyzwyczaił, że od lat wielu pije ten odwar co wieczora i woli go niż szklankę najlepszego wina. To są moje trunki – powiedział, to jest oliwa, która zestarzałą maszynę mego ciała do codziennego ruchu smaruje.


Sięgamy znowu do książki „Rośliny lecznicze i ich praktyczne zastosowanie” (wypowiedź docenta dra hab. A. Ożarowskiego):

Podstawowe związki czynne: owoce dzikiej róży zawierają do 1,8 % witaminy C, a także kwasu dehydroaskorbowego, stanowiącego produkt utleniania poprzedniego związku. Oprócz tego występują inne witaminy, zwłaszcza A, B1, B2, E, K oraz czynniki zwane witaminą P, tj. bioflawonoidy. Spośród flawonoidów wykryto w owocach róży astragalinę, izolwercytynę i tylirozyd. Są również karetonoidy, a ponadto garbniki i cukry ( do 18 %), pektyny (do 4 %), kwasy organiczne (do 2 %), w tym cytrynowy i jabłkowy (około 1,5 %), prawie 0,03 % olejku eterycznego i sole mineralne. Zawartość witaminy C spada bardzo znacznie w warunkach niewłaściwego suszenia i przechowywania owoców.


Zastosowanie: podaje się jako lek witaminowy w zakażeniach bakteryjnych przebiegających z wysoką gorączką, jak również w przypadkach, w których utrudnione jest wchłanianie witaminy C z pokarmów np. w nieżytach żołądka i jelit, biegunkach, wrzodzie trawiennym żołądka oraz dwunastnicy i innych. Jako środek pomocniczy stosuje się wyciągi z owoców róży w niektórych chorobach wątroby, dróg żółciowych, nerek, przewodu pokarmowego, a także w stanach zapalnych drobnych naczyń krwionośnych i wybroczynach, oraz jako środek wzmacniający dla rekonwalescentów i dzieci. (…) Bardzo cenną zaletą tej witaminy jest hamowanie tworzenia się nitrozoamin, które są związkami rakotwórczymi, powstającymi w przewodzie pokarmowym w wyniku spożywania warzyw uprawianych z nadmiarem nawozów sztucznych.


Ten bezcenny skarb broni się licznymi i silnymi kolcami utrudniającymi zbiór gołą ręką. Ale trud opłaca się sowicie: Róża dzika we wszystkich swych odmianach jest bezwzględną przodownicą w produkcji witamin. Są one zawarte w owocu pozornym, czyli w tym, co oglądamy na krzewie, ciemno-pąsowe. Do użytku leczniczego i na maceraty używa się owoców całkowicie dojrzałych i odpowiednio przesuszonych. Owoce suszone są kruche i rozgniatają się łatwo. Można roztłuc je w moździerzu lub w czystej szmatce tłuczkiem. Z trzech łyżek owocu na 1 litr wody (przegotowanej i zimnej) uzyskujemy macerat, znakomity napój, który możemy mieszać z każdym kompotem, sokiem, miodem lub z cukrem. Można dodać sok cytrynowy, malinowy, porzeczkowy, wiśniowy. Z cząsteczką pomarańczy w szklance wygląda nadzwyczaj elegancko, a przedstawia niezrównane, najwyższe wartości zdrowotne i witaminowe. Używanie w każdej formie, czy to maceratu, czy naparu, nigdy nie grozi przedawkowaniem. Można to ze zbawczymi dla organizmu skutkami pić codziennie, nie tylko jako lek, ale i jako zwykły orzeźwiający napój. Zarówno napar jak i macerat należy pić trzy razy dziennie po pół szklanki w porze dowolnej, ale dla organizmu najzdrowiej jest rano na czczo i wieczór przed snem, a w południe na pół godziny przed obiadem.


Jakkolwiek wielu z przytoczonych wyżej nazw farmakologicznych nie rozumiemy, gdyż jest to terminologia używana przez fachowców, jedno widzimy jasno: ten piękny, a złośliwie kłujący krzew jest rośliną leczniczą niezastąpioną, prawdziwie bezcenną. Zwłaszcza gdy chodzi o dietę, nazywaną „wrzodową”, która polega na tym, że choremu nie wolno jeść nic w stanie surowym, ani warzyw, ani owoców czy jagód, co jest połączone z niebezpieczeństwem choroby bardzo groźnej, zwanej awitaminozą, macerat z dzikiej róży jest skutecznym ratunkiem. Szkorbut, czyli gnilec, straszna choroba, która przed wykryciem witamin dziesiątkowała marynarzy wszystkich mórz, pozbawionych świeżego pożywienia – przestał być groźny. Owoce dzikiej róży, bardzo lekkie, można zabierać całymi workami na pokład okrętu. Najpierw zabierano beczki z kiszoną kapustą, cytryny i różne zielone warzywa.


Bogaty w witaminę C jest również rokitnik zwyczajny, aczkolwiek zawiera jej znacznie mniej niż dzika róża. Natomiast zachwycające nas jesienią przepiękne drzewo jarzębiny jest producentem karotenów i witaminy A. Owoc jarzębiny surowy, nie suszony, nie jest jadalny i nawet może zaszkodzić; dopiero proces suszenia wyzwala w nim cenne wartości.


Natomiast wcale nie zachwyca naszych oczu spotykana na wsi na każdym kroku pokrzywa. Zezem patrzymy na tę złośliwą, parzącą roślinę, skrzętnie ją omijając. I robimy źle – pozwólmy by nas poparzyła, a wyświadczy nam, cierpiącym na reumatyzm czy artretyzm, wielką przysługę. Rośnie wszędzie i gdy jesteśmy na wakacjach wciąż mamy ją w oczach. Ten uprzykrzony chwast jest jednym z najwspanialszych leków i ogromnie pożywnym produktem jadalnym nie tylko dla kaczek i gęsi, ale również dla człowieka. U nas niestety nie ma tradycji sporządzania potraw ze świeżej pokrzywy – a szkoda!


Lecz zacznijmy o pokrzywie od początku. Dzikie szczepy afrykańskie, nie znające uniwersyteckiej wiedzy medycznej ani leków chemicznych, od tysięcy lat po dziś dzień leczą pokrzywą różne schorzenia, zwłaszcza kości i stawów. Wiemy o tym z literatury podróżniczej, ze wspomnień i sprawozdań ekspedycji naukowych, a także z reportaży dziennikarzy, którzy zwiedzili tamte mało znane zakątki ziemi i nawet przez dłuższy czas współżyli z tamtejszymi plemionami.


Pokrzywa rośnie na całej kuli ziemskiej. Wszystkim żyjącym istotom hojnie przydzieliła natura ten wspaniały lek i pokarm. Nie musimy jednak sięgać aż tak daleko w przestrzeni i w czasie, cofnijmy się tylko do lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia i to w samym sercu Europy. Przeczytajmy, co o pokrzywie napisał Sebastian Kneipp w swym głównym dziele „Moje leczenie wodą”, którego drugą część stanowi leczenie ziołami: Spomiędzy roślin najbardziej pogardzaną jest pokrzywa. Na samo już wspomnienie niektóre zdenerwowane istotki doznają uczucia kłucia i pieczenia. Nie wiem jednak, czy boimy się i pogardzamy nią słusznie. Niedawno słyszałem, że jakiś nauczyciel, zdaje się w Czechach, napisał książkę o pokrzywie i jej wartości. To mi się bardzo podoba. Dla znawcy pokrzywa ma w istocie wielką wartość. Świeża pokrzywa ususzona i zaparzona na herbatę rozpuszcza flegmę w piersiach i płucach, oczyszcza żołądek z zalegających substancji i wyprowadza je przeważnie z moczem. Silniej działa korzeń pokrzywy, już to świeżo użyty w lecie, już to suszony w zimie. Poczynająca się wodna puchlina może być odwarem z pokrzywy uleczona. Wydala ona przede wszystkim zgniłe soki wewnątrz nagromadzone. Kto ma krew zakażoną powinien w lecie jeść pokrzywę ugotowaną na sposób szpinaku. We Włoszech gotują często zupę z pokrzywy i innych ziół. Knedle sporządzane z pokrzywy są nie tylko bardzo pożywne, ale i zdrowe. Kto cierpi na reumatyzm i nie ma już środka, którym by się wyleczył, niech bije bolące miejsce co dzień przez parę minut świeżą pokrzywą. Strach przed taką chłostą ustąpi prędko radości, jeżeli się o jej skuteczności przekona.


A teraz wypowiedź docenta dr. Hab. Aleksandra Ożarowskiego z Vademecum Fitoterapii. Nie będziemy męczyć czytelnika zawiłą terminologią specjalistyczną wymieniając składniki chemiczne, poprzestańmy na opisie działania: Stosunkowo niedawno Dobreff wykrył roślinną sekretynę, pobudzającą czynności wydzielnicze żołądka, trzustki, wątroby i jelit oraz czynności ruchowe przewodu pokarmowego. Stwierdzono, że związek ten rozpuszcza się w wodzie (stąd celowość stosowania naparów) i jest dość odporny na wyższą temperaturę. Uzasadnia to właściwości odżywcze i regulujące przemianę materii, przypisywane pokrzywie od wieków. Ponadto zrozumiały staje się fakt zwiększania ilości hemoglobiny we krwi oraz znacznego podwyższenia ilości czerwonych ciałek. Kliniczne obserwacje dowodzą, że w tym względzie pokrzywa nie ustępuje preparatom żelaza, często podawanym w anemii. Pokrzywa należy również do surowców insulinopodobnych w działaniu. Stwierdzono znaczne obniżenie cukru w moczu. Zastosowanie: uszkodzenie miąższu wątroby, zaburzenia w krzepliwości krwi, atonia przewodu pokarmowego, niedokrwistość, choroby gośćcowe, dna, kamica nerkowa, cukrzyca, biegunki, ostre nieżyty żołądka i jelit, wzdęcia, krwawienia wewnętrzne i maciczne, wymioty krwawe, niektóre schorzenia dróg moczowych, guzy krwawnicze, przewlekłe schorzenia nerek (Jan Muszyński), hipowitaminozy, upławy. Postacie leku: napar z 30 – 50 gramów liści na 1 litr wody; pić po pół szklanki 2 – 3 razy dziennie, między posiłkami.


W 17 lat później PZWL wydał Ziołolecznictwo – poradnik dla lekarzy. Badania naukowe przez ten czas postąpiły znacznie naprzód, uległy więc poważnej zmianie dodatkowej opisy działania i zastosowania pokrzywy. Dodatkowo: Przypuszcza się, że wyciągi z pokrzywy pobudzają wytwarzanie enzymów trzustkowych. Świeże ulistnione pędy pokrzywy służą do biczowania w chorobach reumatycznych i rwie kulszowej. Cóż dodać? Chyba tylko dwie rady, najlepsze z możliwych: Pijcie napar z liści pokrzywy! I drugą: Wejdź w pokrzywy, jeżeli masz „barometr” w kolanie czy łokciach ...Za tę drugą radę dziękowała mi pani, która cierpiała na reumatyzm 30 lat! Leczyła się okładami z parafiny, przeróżnymi maściami i mazidłami, zrobiła wszystko, a ból w rękach nie ustępował, budził w nocy, spuchnięta ręka nie była w stanie zapiąć guzika. Skorzystała z rady „wejdź w pokrzywy” i gołymi rękami rozpoczęła zrywanie tej rośliny. Naturalnie sparzyła ręce, wyskoczyły bąble, ale trwało to ze dwie godziny. Teraz już codziennie zrywa kilka pokrzyw, naciera ręce. Złośliwy przyjaciel parzy coraz mniej. Bóle reumatyczne ustąpiły.


Naukowe badania wykazały, że pokrzywa posiada jeszcze jedną właściwość: bardzo dużo soli mineralnych (mikroelementy). Sporządza się świeży sok: ścina się górne pędy przed kwitnieniem lub w samych jego początkach, miażdży je, wyciska sok w wirówce, następnie dodaje trochę alkoholu, by ten sok utrwalić. Przechowuje się go w lodówce. Taki przetwór działa ogólnie wzmacniająco, ale – najważniejsze – uodparnia na niektóre choroby wirusowe (np. grypa, półpasiec) i bakteryjne, jak angina, bronchit, nieżyt nosa lub gardła itp.).


Do dłuższego przechowywania nadaje się lepiej mieszanina: 1 część soku z pokrzywy plus pięć części miodu. Stosuje się rano na czczo i wieczorem po jednej łyżeczce. Sam zaś świeży sok – po 1 łyżeczce lub pół łyżki 2 razy dziennie w jednej czwartej szklanki wody lub soku owocowego.


Jakkolwiek pokrzywa jest na razie wszechobecna, z uwagi na jej wszechstronną też użyteczność nie należy trzebić jej i niszczyć bezmyślnie. Najbardziej plenną roślinę można wygubić głupotą i bezmyślnością. I nie omijajmy jej, przeciwnie, trzeba przejść koło niej całkiem blisko, niech dotknie i poparzy! To jest właśnie jej niewymierna wartość, owe parzydełka i zawarta w nich substancja, której nie posiada żadne inne zioło.


Pokrzywa służy również wielu celom gospodarczym. Gęsi i kaczki pasjami buszują w piekącej gęstwinie. Siekaną pokrzywę dołącza się do karmy dla nierogacizny. Świeżą w lecie, a suszoną w zimie dodaje się do karmy kurom, ażeby dobrze niosły, a jaja posiadają piękne ciemne żółtko, gdyż zawiera karoteny.


Dr Czesław Bańkowski i dr Jan Serwatka w książeczce O chwastach i ich zastosowaniu napisali, że młodych roślin można używać na wiosnę zamiast szpinaku, przyrządzać z nich zupy i sałatki.


Rzecz zrozumiała, że nie mają żadnej wartości pokrzywy rosnące w zasięgu fabrycznych dymów, przy uczęszczanych szosach, torach kolejowych itd. To są rośliny zatrute i chore, które prędzej zaszkodzą niż pomogą. Dotyczy to – rzecz prosta – wszystkich ziół bez wyjątku. Zbieranie np. kwiatu lipowego z drzew rosnących przy autostradach lub wielkomiejskich alejach – to zbrodnia przeciwko ludzkiemu zdrowiu. Tym bardziej więc dotyczy to pokrzywy, której sok stosowany jest na surowo.


W zakresie roślin leczniczych jeszcze jedną mamy prawdziwą ozdobę krajobrazu, mianowicie dziurawiec, ziele św. Jana (ale nie janowiec, bo janowiec to całkiem coś innego). Rośnie w polach, na miedzach, w rowach, na łąkach – smukły, o listeczkach drobnych i podziurawionych, gdy się spojrzy pod światło. To jest jego wizytówka, znak rozpoznawczy. Gdyby ten kwiat był wielkości np. kwiatu róży byłby najpiękniejszym na ziemi: złocisty, równoramienny, jak gwiazda, już z daleka przyciąga wzrok. Tę cudowną piękność naszych ziół można stosować nie tylko jako susz, ale także świeży, prosto z łąki – i nawet ma wtedy szybsze, silniejsze działanie. Odwar ze świeżego ziela jest znakomitym środkiem przy pokarmowych zatruciach, o czym już wspomniano.


Jest niezwykle cenny (i zawsze potrzebny) w apteczce domowej, ale też prześlicznie wygląda na stole, w kloszu lub nawet zwykłym gliniaku. Jest lekiem bardzo wielostronnym, bo i przewodu pokarmowego, i systemu nerwowego, i dróg żółciowych i wzmaga przemianę materii. Rzeczywiście nie tylko z barwy kwiatu jest to szczerozłote zioło...


Wśród bajecznie kolorowych ziół istnieje też klejnot biały, tak piękny, że chyba najpiękniejszy nie tylko wśród białych, ale i wśród wszystkich. Hojnie rozsiewa przyroda w kwitnących ziołach szafiry, topazy, rubiny, szmaragdy i opale. Lecz stroi się też w barwy bielsze od pereł i alabastrów. Nieczęsto teraz uda się komuś ujrzeć ten cud w okolicy bogatej w stawy.


… Oto kołysze się na powierzchni wody wielki przepiękny kwiat, niepokalanie biały o idealnej rzeźbie wielkich płatów. Na przestrzeni wszystkich wieków współżycia człowieka z przyrodą oszałamiała ta piękność, ta urokliwa biel niemal nie wyrażalna, prawdziwy cud z żywego alabastru. Kwiat – tajemnica. Kwiat otoczony legendą. Nenufar, zwany przez lud także lilią wodną; a przez naukę mniej poetycznie: po prostu grzybień biały (Nymfaea alba). Kryje swą łodygę pod wodą, nad jej lustrem unosi się tylko sam kwiat, otulony wokół ogromnymi okrągłymi liśćmi, które same w sobie już stanowią jedyne w swym rodzaju piękno, niespotykane gdzie indziej. Wnętrze nieskazitelnie białego kielicha jest intensywnie żółte, niemal pomarańczowej barwy i tworzy fascynujący wręcz kontrast w rozwartej bieli płatów kwiatowych.


Fitochemicy odkryli, że ta piękna roślina leczy niemiarowość pracy serca, osłabienie mięśnia sercowego po chorobach zakaźnych, usuwa zmiany miażdżycowe w sercu. Jest pod absolutną ochroną, nie wolno go zrywać. Dla celów leczniczych zbierają kwiat nenufaru tylko fachowcy i to każdorazowo muszą mieć zezwolenie. Bo dla swej cudownej piękności kwiat ten został zupełnie przetrzebiony przez człowieka, wcale zresztą nie dla swych ogromnie cennych wartości leczniczych, gdyż te wydobywa z alabastrowych płatów tylko fachowiec przy użyciu odpowiednich pomocy. Nikt więc nie może posłużyć się nenufarem jako lekiem, bo lek sporządza się na wyciągu alkoholowym ze świeżych kwiatów, właśnie z owych nieskazitelnych w kształcie i bieli płatów, unoszących się nad wodą.


Farmakopea domowa


Przyroda naprawdę dba o nasze zdrowie, daje nam wszystko, co jest potrzebne do utrzymania należytej kondycji; bo prócz ziół, stanowiących naturalny lek obdarzyła nas hojnie pożywieniem, które jest równocześnie lekarstwem, jakby profilaktyką, zapobieganiem chorobom. Wiele obecnych schorzeń powstaje poprzez nieprawidłowe żywienie. Oczywiście pomijając nawet fakt, że czasem produkty żywnościowe są zatrute czy to przez glebę, czy za pośrednictwem zwierząt przez paszę.

Przejdźmy tutaj do roślin leczniczych, wskazanych we wszystkich dziełach specjalistycznych przez fitoterapeutów i farmakologów. A więc do warzyw, przypraw i jagód, które są powszechnie znane i używane. Oto one: marchew, pietruszka, czosnek, fasola, papryka czyli pieprz turecki, dynia, mak, kminek, czarnuszka, majeranek, słonecznik, poziomka, borówka czarna, malina, porzeczka. Burak zwyczajny, ćwikłowy, nie został wprawdzie wymieniony obok surowców leczniczych, lecz wspomniany został obok marchwi jako dietetyczny pokarm jej równorzędny, dlatego i jemu poświęcimy trochę miejsca. Tym bardziej, że ustawiony został obok jabłek, pomarańczy i cytryn, jako bogate źródło związków zwanych pektynami. Wszystkie te rośliny dostarczają nam nie tylko lekarstwa, gdy zaistnieje w organizmie zapotrzebowanie czyli choroba, lecz są także dostawcami witamin, bez których – zwłaszcza oznaczonej literą C – w ogóle nie możemy żyć; muszą być dostarczane w pokarmach, chociaż potrzebne są w bardzo małych ilościach z wyjątkiem owej C, którą trzeba uzupełniać codziennie.


Istnieje – jak widzimy – cały alfabet witaminowy, nie wszystkie jednak są potrzebne w tej samej ilości. Różnorodne, urozmaicone pożywienie zupełnie wystarcza do pokrycia tych potrzeb. Witaminy znajdują się w roślinach zielonych, owocach świeżych i suszonych, warzywach surowych i kiszonych oraz w niektórych pokarmach świeżych. Mleko posiada ich bardzo wiele, w całej przyrodzie przecież zastępuje potomstwu wszystkie inne pokarmy. Krowie mleko przegotowane traci ich jednak dużo. Surowe mleko możemy podawać dzieciom tylko wówczas, gdy posiadamy bezwzględną pewność, że krowa nie jest chora na gruźlicę – więc właściwie tylko wtedy, gdy pochodzi ona z własnej obory i jest pod ciągłą kontrolą weterynarza.


Organizmowi należy dostarczać jak najwięcej witamin w owych preparatach, które sporządziła dla nas sama przyroda. Przemysł zielarski udostępnia nam przetwory z dzikiej róży, jarzębiny i rokitnika. Niestety przetwory „Herbapolu” mają bardzo mało witaminy C lub wcale i jest to negatywny przykład, jak duży monopolistyczny przemysł mało dba o jakość swojej produkcji. Inne zioła dostarczają nam też w okresie zimy pewną ilość tak nam potrzebnych witamin.


Nie narzekajmy, jeżeli w handlu brak jest owoców południowych. Niezapomniany dr Jan Żabiński tak napisał na łamach miesięcznika „Problemy”: Banan czy pomarańcza jest niewątpliwie rzeczą smaczną. Ze względu na posiadane witaminy w dosyć dużej ilości mogą być bardzo pożyteczne dla zdrowia. Wiemy jednak z całą pewnością, że i bez tych owoców przy racjonalnym wyżywieniu produktami krajowymi, odchować się mogą ludzie o całkowicie pełnowartościowej kondycji, ani umysłowo, ani fizycznie nie ustępujący mieszkańcom okolic zwrotnikowych, którzy ze swej strony 5 bananów i 5 pomarańczy ofiarowują za jeden kartofel”.


Istotnie, pod każdym stopniem geograficznym przyroda dba o żyjące istoty, zapewniając im wszystko, co w danym klimacie jest potrzebne. I w tym – wyżej wymienionym – zakresie anopsologia obowiązuje nas istotnie.


Szczegółowo omówimy w tym miejscu MARCHEW, która powinna być primadonną naszego jadłospisu. I najlepsza jest, oczywiście w stanie surowym. Zawiera przede wszystkim karoten, witaminy B1, B2, C, trochę E i P.


Przechowywanie zimą w piwnicy wpływa tylko nieznacznie na jej wartość, która zachowuje się w pełni do przednówka, zwłaszcza jeśli jest przechowywana prawidłowo i w odpowiedniej temperaturze. Najczęściej przechowuje się ją w suchych chłodnych piwnicach przysypaną suchym piaskiem lub ziemią. Marchew w stanie surowym spożywa się tylko jako miazgę lub sok, w tym celu uciera się ją na tarce z nierdzewnego metalu, specjalnego „szkła” lub masy plastycznej. Nigdy nie uciera się jej na zapas, zawsze tylko tuż przed spożyciem, w ostatniej chwili. Doskonały jest sok z pokrajanych kawałków, wyciśnięty w sokowirówce (w domu!). W najnowszej książce o ziołach widnieje: „W przypadku podawania wyciągów z marchwi niemowlętom i małym dzieciom, a nawet dorosłym, ważne jest aby marchew pochodziła z upraw przydomowych, z upraw biodynamicznych, w których nie stosowano nawozów mineralnych, zwłaszcza azotowych, ponieważ marchew hodowana na tych nawozach może spowodować objawy nietolerancji, a nawet niebezpieczne zatrucia”.


Gdy kupujemy marchew na targu, nic nie wiemy o jej pochodzeniu. Tak więc trudno jest ustrzec się przed niebezpieczeństwem. Sok z marchwi powinien mieć temperaturę pokojową. Zbyt ciepły nie jest smaczny, nie orzeźwia. Gdy sami w domu robimy sok, możemy go pić zaraz. Zakupiony przechowujemy po otwarciu naczynia przez – najwyżej – jedną dobę w lodówce, ale żadną miarą nie wolno pić go zbyt zimnego z lodówki, lecz delikatnie podgrzać go w naczyniu z gorącą wodą – wszystkie surówki ogrzewa się tylko w ten sposób; a pić należy drobnymi łykami, powoli, pół szklanki na jeden raz najwyżej; za to można taką porcję wypić dwa razy dziennie. Marchew przeznaczona na surówkę lub sok powinna być niezwykle starannie umyta, opłukana kilkakrotnie, potem dokładnie oskrobana.


Ponieważ przy omawianiu zalet marchwi wspomniany został BURAK, przejdziemy z kolei do niego. Jada się albo miazgę utartą na tarce jak marchew, z dodatkiem odrobiny soli i cukru, lub sok albo jako pełnowitaminowy zakwas (barszcz). Przyrządza się taki barszcz w następujący sposób: ciemne płaskie buraki dokładnie wyszorować szczoteczką, kilkakrotnie opłukać pod bieżącą wodą. Ostrym nożem ściąć korony i usunąć wszelkie ewentualne uszkodzenia skórki czy miąższu. Nie obierać! W skórce jest najwięcej elementów wartościowych, aczkolwiek jest też trochę goryczki. Pozostawić także ogonek! Pokrajać drobno,w naczyniu glinianym, porcelanowym lub słoju szklanym zalać zimną przegotowaną wodą tak, by nakrywała krajankę na dwa palce wysoko. Przez pierwsze trzy dni trzymać w pobliżu źródła ciepła, lecz nie za blisko. Na następnych 9 – 11 dni pozostawić w normalnej temperaturze pokojowej. Niektórzy dodają kawałek czarnego chleba, trochę kminku, a nawet czosnek i sól. Całkowicie skwaszony płyn przelewa się do bardzo czystych (nawet odkazić odrobiną wódki) ciemnych butelek i dobrze zakorkowane można je przechowywać w lodówce nawet dość długo, 3 – 4 tygodnie. Do picia odgrzewać tylko trochę barszczu – by nie zatracił smaku i świeżości – tylko na parze, tak jak surówki. Pić chłodny, najwyżej pół małej filiżanki naraz, ale za to można wypić 2 – 3 razy dziennie. Ale nie co dzień. Pamiętajmy, że umiar we wszystkim jest gwarancją powodzenia. Reguluje trawienie, działa przeciwko uporczywym zaparciom. Można też łączyć sok z marchwi z sokiem buraczanym (uzyskanym w sokowirówce) oraz sokiem z ogórka. Pić można jedną trzecią lub pół szklanki naraz, 2 – 3 razy dziennie. Daje świetne wyniki, zalecane to jest szczególnie od późnej jesieni do wczesnej wiosny, do nowalijek.


Surówka z KAPUSTY kiszonej zawiera znaczne bogactwo witamin i jest znakomitą przystawką do mięs, zwłaszcza jeszcze odpowiednio przyprawiana do smaku (troszeczkę cukru, świeża utarta marchewka i jabłko, odrobina oleju słonecznikowego). Także do potraw bezmięsnych, jak np. placki z ziemniaków surowych czy gotowanych, kopytka, makaron ze słoniną.


Osobom chorym na wątrobę, jelita, nie zaleca się kiszonki całej, a jedynie dobrze wyciśnięty sok, rozcieńczony pół na pół wodą chłodną, przegotowaną. Zaznaczmy tu, że kiszona kapusta surowa jest lekkostrawna, o wiele lżej nawet niż kapusta słodka gotowana.


Z jagód na pierwszym miejscu omówimy CZARNĄ BORÓWKĘ, zwaną też czarną jagodą. Jest bezcenna jako odżywka i jako lek na wiele schorzeń. Nazwa łacińska – by nie mylić z borówką brusznicą – Vaccinium myrtillus. Jest antytoksyczna, działa jak odtrutka. Od wieków jest znane jej działanie przeciwbiegunkowe. Liść borówki czernicy jest surowcem leczniczym.


W lecie pierogi z borówkami należą do naszych narodowych potraw i znajdują się często na każdym stole. Te ulubione pierogi nie są jednak wskazane dla osób cierpiących na uporczywe zaparcia, gdyż borówka jest w ogóle przeciwbiegunkowa. Zdrowiej jest zjeść je raczej surowe z dodatkiem odrobiny śmietany kwaśnej czy nawet słodkiego mleka, lekko przycukrzone. Osoby cierpiące na jakieś uporczywe schorzenie jelit niech raczej piją surowy sok z borówek, by nie wprowadzać do jelit owych drobniusieńkich pesteczek. W tym celu zasypać borówki w słoju cukrem (dość dużo) i po upływie kilku dni pić sok, nieco rozcieńczony chłodną gotowaną wodą, pół na pół.


MALINA to owoc słodki, nadzwyczaj smaczny, aromatyczny i zdrowy. Malina leśna dzika posiada pod każdym względem większą wartość niż ogrodowa, uszlachetniona. Pestki malin, dość spore, mogą chorym na jelita i „wątrobiarzom” zaszkodzić, więc owoc należy dokładnie wycisnąć (są różne pomoce do wytłaczania), nieco przysłodzić i pić zupełnie świeży (tylko świeży!), nawet pół szklanki naraz.. Samo życie! Naprawdę klejnot! Lecznictwu służą suszone owoce i liście, wchodzące w skład różnych herbat ziołowych, używanych w przeziębieniu – malina bowiem i owocem, i liśćmi działa napotnie.


POZIOMKI nie przedstawiają wartości leczniczej, a tylko wysoką wartość dietetyczną. Natomiast liście rośliny stoją w szeregu najcenniejszych ziół. Bardzo bogate w garbniki, sole mineralne z azotanem potasowym, flawonoidy, witaminę C. Młode listki mogą całkowicie zastąpić zwyczajną herbatę, a są o wiele od niej zdrowsze. Taką herbatę można pić, lekko przysłodzoną, chłodną, w upalne dni, zamiast wody czy innych sztucznych napojów z bardzo dużym dla organizmu pożytkiem.


Przy tym wszystkim nigdy nie zapominajmy o MIODZIE. Jest to surowiec tak cenny, i jako odżywka, i jako lek, że nie jest rzeczą możliwą przecenić korzyści z jego spożywania. Powinien nam towarzyszyć zawsze – na wsi podczas letniego wypoczynku i w mieście – zwłaszcza w zimie. Codziennie jedna łyżka to właściwie norma. Miód powinien być albo rozcieńczony w mleku, albo na kromce chleba z masłem lub w jakimś naparze ziołowym czy herbacie. Jedzony łyżką jest zbyt mocny, drapie błony śluzowe w gardle i w żołądku.


Apteczka domowa


Jakkolwiek zioła są lekiem naturalnym, nie należy sądzić, że każde z ziół możemy sobie zaordynować sami i wszelkie odwary czy napary pić bezkarnie. Samolecznictwa nie tylko nie doradzam, ale odwrotnie: stanowczo odradzam. Niewiele bowiem jest ziół, które można użytkować leczniczo czy też profilaktycznie bez zastrzeżeń, w przekonaniu, że nie zaszkodzą. Nie należy też iść bezkrytycznie za czyjąś poradą, może nawet i najżyczliwszą – jeżeli osoba ta nie jest lekarzem czy chociażby znawcą-amatorem fitoterapii. Znam zupełnie konkretny przypadek, że pomylono arnikę z kozieradką i skutek był taki, że osoba, która zażyła krople arniki (Arnica montana – kupalnik górski) zasłabła. Zorientowawszy się, że jest coś nie w porządku na szczęście nie zażyła kropli po raz wtóry. Arnika należy do ziół znakomitych, ale niebezpiecznych. Kto nie posiada w domu żadnego poradnika ziołowego – niech się kupując lek, dokładnie wypyta o jego działanie i zastosowanie, pomyłka bowiem może kosztować życie, a przynajmniej zdrowie.


Wymienimy tutaj te zioła (susz), z którymi można się na co dzień niejako spoufalić, bez żadnego zagrożenia i bez obawy przedawkowania. Ich picie nie wymaga ani lekarskich wskazań, ani kontroli lekarza. Przy nazwie polskiej podam równocześnie łacińską, dla uniknięcia jakichkolwiek nieporozumień. Jest tych ziół czternaście:


babka zwyczajna (Plantago major) – liście

babka lancetowata (Plantago lanceolata) – liście

fiołek trójbarwny (Viola tricolor), bratek polny – ziele

głóg dwuszyjkowy (Crataegus axyacantha) – kwiaty i owoce

głóg jednoszyjkowy (Crataegus monogyna) – kwiaty i owoce

lipa (Tilia cordata) – kwiatostan

melisa lekarska (Melissa officinalis) – liście lub ziele

mięta pieprzowa (Mentha piperita) – liście

mniszek pospolity (Taraxacum officinale) – korzenie lub kwiaty

podróżnik błękitny (Cichorium intybus), cykoria – korzenie

pokrzywa zwyczajna (Urtica dioica) – liście

rdest ptasi (Polygonum aviculare) – ziele

róża dzika (Rosa canina) – owoce

rumianek pospolity (Matricaria chamomilla) – koszyczki kwiatowe


Wszystkie te zioła można pić na przemian codziennie, albo herbatę z nich, albo pomieszane w dowolnych proporcjach, z tym że na mniej więcej jedną szklankę wrzątku używa się płaską łyżkę zioła pojedynczego lub mieszanki. We wskazaniach fitoterapeutów jako miara wodna podawana jest zawsze 1 szklanka, ale szklanki bywają różnej pojemności, przy tym zalewaniu wrzątkiem mogą pęknąć; najlepiej więc używać porcelanowego garnuszka (lub fajansowego), zaś na odwary przeznaczyć na stałe garnuszek aluminiowy lub z polewą. Zioła mieszane ze sobą działają silniej i bardziej wielostronnie. Ostatni z wymienionych, a najpierwszy z szeregu ziół w ogóle, rumianek, to jest prawdziwe cud – ziele. Przyjmuje wszystkie bez wyjątku połączenia i wszystkich ziół działanie wzmaga, podnosi ich skuteczność. Napar z rumianku i lipy (nie odwar!!!) posiada cudowny aromat. Jeżeli ktoś chce pić rano na śniadanie i wieczorem herbatę ziołową, może zakupić w sklepie Herbapolu gotowe herbaty ziołowe, bardzo przyjemne w smaku i bardzo godne polecenia. Rano możemy do naparu z wszystkich ziół z wyjątkiem lipy dodać mleka, jak do herbaty zwykłej. W naparze z lipy mleko zwarzy się. Te zioła, które tu wymieniliśmy, należy zawsze mieć w domu, i na wsi, i w mieście. Prócz tego podajemy niżej preparaty, które zawsze powinny być w domu: susz dziurawca lub Tinctura hyperici (krople); susz szałwi – Salvia officinalis; krople walerianowe, krople na serce – Kelicardina lub Cardiol; krople żołądkowe – Gutae stomachicae; mieszankę ziołową Cholagoga III lub Normosan, siemię lniane, jeżeli ktoś cierpi na uporczywe zaparcia. Cholagoga I jest dla chorych ze skłonnością do stałych biegunek; Cholagoga II dla „wątrobiarzy” przy regularnych wypróżnieniach. Bardzo też dobrze działa i pomaga na trawienie 1 szklanka naparu z tarniny na czczo lub witaminowy („C” i inne) macerat z owoców czarnego bzu: 1 łyżkę owocu zalać na noc 1 szklanką wody przegotowanej chłodnej. Przed odcedzeniem pomieszać, odcedzony zalać malutką ilością wrzątku, by nie był bardzo zimny (3 – 4 łyżki najwyżej); wystarczy rano wypić połowę maceratu, drugą pozostawić w słoiczku w lodówce i rano zagrzać również kilkoma łyżkami wrzątku.


Nie należy jednak – i to stanowczo! – przyzwyczajać organizmu do środków rozwalniających, gdyż z czasem następuje przyzwyczajenie i jelita w ogóle przestają samodzielnie pracować.


Z leków gotowych zalecam również krople „Pektosol”. Wprawdzie ten preparat działa wykrztuśnie i stosowany jest w zasadzie przy suchym kaszlu – ale zawiera zioła przeciwpotne: mech islandzki, nawet w sklepach „Herbapolu” nie do nabycia i hyzop lekarski (obok kilku innych składników). Gdy się więc ktoś nadmiernie poci w nocy 30 kropli w kieliszku osłodzonego płynu 1 – 2 razy dziennie przynosi znaczną ulgę – z czasem ograniczy zupełnie owe przykre poty. Inne preparaty galenowe przepisuje wyłącznie lekarz.


Profilaktyka


Przemysł ciężki wszelkiego rodzaju i środki szybkiej komunikacji wytwarzają zgubne wyziewy. Powstało w ten sposób bezpośrednie zagrożenie zdrowia samego człowieka. Szkodliwość pewnych zawodów posunięta jest już niemal do granic zagrożenia życia. Człowiek zatruł środowisko, a teraz skażenie powietrza, ziemi i wody, a także miejsca pracy powróciło jakby rykoszetem i skierowało się przeciwko sprawcy. Cztery są u nas główne przyczyny ciężkich schorzeń:


1. alkoholizm

2. palenie papierosów

3. leki syntetyczne

4. zatrucie środowiska (woda, powietrze, gleba, żywność).


Ziołolecznictwo to jakby antidotum przeciwko punktowi trzeciemu. Dlatego obserwujemy powrót do leków ziołowych i do fitoterapii w ogóle. Natomiast alkoholizm i papierosy są niemal codziennym tematem rozważań prasy. Walka z tymi nałogami jest bardzo trudna i jak dotąd właściwie bezskuteczna. Może za mało jest w niej stanowczości i konsekwencji, prawdziwej woli zwalczenia pijaństwa; a może różne niepożądane zjawiska społeczne powodują alkoholizm, zaś w palaczach utrwalają nawyk palenia. Są swoistym haszyszem dla zapomnienia lub uspokojenia. Nie żyjemy w czasach łatwych.


Produkcja alkoholu pochłania takie środki żywności, jak zboże czy ziemniaki. Tytoń jest uprawiany na tysiącach hektarów dobrej urodzajnej ziemi, którą można by przeznaczyć dla roślin potrzebnych do życia i korzystnych dla zdrowia. Nic jednak nie da się zrobić nagle z dnia na dzień. Bezustannie mówi się i pisze o zagrożeniu środowiska, ale robi się w tym kierunku niezbyt wiele. Tymczasem czas pracuje nie dla nas, lecz przeciwko nam.


Dla poszczególnych zakładów pracy, dla przemysłu, górnictwa, hutnictwa itd., profilaktykę ziołową musieliby opracować szczegółowo specjaliści – zbyt dużo miejsca zajęłoby tutaj przytaczanie propozycji w tym kierunku. Wymagałoby to – ta profilaktyka i jej wprowadzenie na stałe – dość dużo czasu, bo środków finansowych – żadnych, zioła są tanie. Byłyby z początku trudności organizacyjne, ale te należałoby bez biurokracji pokonać szybko i sprawnie. Zanim jednak te postulaty zostaną opracowane, każdy człowiek pracujący w szkodliwych dla zdrowia warunkach powinien profilaktycznie pić zioła odpowiedniej grupy; najlepiej zaordynuje to lekarz-fitoterapeuta; ale nie mamy ich wielu, trzeba by więc sięgnąć do opracowanych przez nich poradników.


Nie znaczy to jednak wcale, że należy odrzucić wszystkie leki chemiczne i leczyć choroby – jak to ktoś dowcipnie określił – tylko szałwią i dziurawcem. Istnieją leki chemiczne niezbędne, zwłaszcza gdy lekarze w groźnej sytuacji muszą zastosować dla ocalenia życia pacjenta tzw. „uderzenie”.


Zioła i chemia – ich współpraca


Pierwsze dziesiątki lat naszego stulecia były czasem najgłębszego kryzysu ziołolecznictwa. Podczas pierwszej wojny światowej (1914 – 1918), zaraz po niej, oraz przed wybuchem tej drugiej (1939 – 1945) – nastąpiła prawdziwa eksplozja leków syntetycznych. Chemikalia poczęły piętrzyć się na aptecznych półkach, wypychać szuflady, zalegać magazyny. Podczas trwania ostatniej wojny i po jej zakończeniu przemysł farmaceutyczny osiągnął swój szczyt. A przecież farmakologia jeszcze nie powiedziała swego ostatniego słowa, możliwości ludzkie okazały się nieograniczone i nie wiadomo, czy istnieje dla nich jakiś pułap. Ciągle „wybucha” coś nowego, przesyłanego lekarzom w próbkach i stosowanego poznawczo w klinikach. Mogłoby się wydawać, że człowiek już przebrał wszelką miarę. I okazało się, że przebrał ją istotnie.


Byłoby jednak nie tylko szkodliwą przesadą, ale także brakiem rozwagi odsądzać wszelkie chemiczne leki od czci, odrzucić je i – powtórzmy znowu – „leczyć ludzi wyłącznie szałwią i dziurawcem”. Nie można przecież kwestionować potrzeby istnienia i stosowania chociażby – w niezbędnej potrzebie – antybiotyków, steroidów, sulfonamidów, jak również wielu grup syntetycznych, nie mówiąc już w ogóle o surowicach i szczepionkach, bez których współczesne zdrowie i życie mieszkańców Ziemi jest nie do pomyślenia. Zastrzyki, odżywki, środki wzmacniające, to również bardzo cenne zdobycze nowoczesnego lecznictwa. By zioła zastąpiły nam wszystko i na wszystkie schorzenia wystarczały, musielibyśmy cofnąć się o setki lat wstecz i wskrzesić z grobu wszystkich, którzy największe tajemnice ziołolecznictwa. Do tego grobu ze sobą zabrali.


Człowiek zostawił przyrodę daleko za sobą i żyje w warunkach całkowicie odmiennych od owych w naturze, pierwotnych. Współczesne warunki życia, zwłaszcza w wielkich miastach, są nie tylko odmienne, ale też i wielostronnie szkodliwe, fatalnie działające na organizm, przez co jego naturalna odporność zmniejszyła się znacznie. Podlega więc człowiek współczesny schorzeniom, nigdy przedtem nieznanym, dziś nazywamy to chorobami cywilizacyjnymi. A więc choroby psychiczne i nerwowe, schorzenia serca i krążenia, choroby zawodowe. Taka jest cena wygód szybkiej i łatwej komunikacji, postępu, cywilizacji, przemysłu i motoryzacji.


Zatem i środki lecznicze muszą być inne, bo i schorzenia są inne. Zwłaszcza w wypadkach o bardzo ostrym przebiegu, gdy lekarze muszą zastosować środki i dawki uderzeniowe, działając szybko i zdecydowanie, by uratować pacjentowi życie. I pod tym względem zdobycze nowoczesnej farmakologii są nieocenione.


Lecz wcale to nie znaczy, że należało przerzucić się z jednej ostateczności w drugą, jak to uczyniono. Tu właśnie tkwił fatalny błąd współczesnej medycyny i jej przedstawicieli.


W życiu pojedynczego człowieka sto lat to bardzo dużo, to wiek sędziwy, górna granica wszelkich życzeń jubileuszowych, imieninowych, urodzinowych czy świątecznych. Lecz w życiu zbiorowości jest to jedynie chwila. I tylko tyle – na szczęście dla ludzkości, zaś aż tyle na nieszczęście dla poszczególnych ludzi – trwała przerwa w stosowaniu ziołolecznictwa. Zaczęło się to w latach czterdziestych XIX wieku i chemia stopniowo rugowała zbawcze leki naturalne. Ba! Żeby tylko wyrugowała! Ziołolecznictwo obłożono jakby anatemą, najstarsze lecznictwo świata musiało zejść pod ziemię. Tam na szczęście działało bez przerwy, żyjąc swym własnym życiem.


Nie ustawała jednak ani na chwilę walka rozumnych ludzi o powrót do leczenia środkami naturalnymi. Wszyscy – chyba na całym świecie – znamy i pamiętamy nazwisko księdza Sebastiana Kneippa, profesora Biltza z Drezna i innych. Uczeni niemieccy nigdy nie zrezygnowali z prac nad ziołami. I nastąpił powrót – w roku 1945, po zakończeniu II wojny światowej całkowity renesans ziołolecznictwa jest faktem dokonanym.


Zapoczątkowały go Niemcy, Francja, Związek Radziecki i Włochy. W tych krajach fitoterapia nie jest już jakąś odrębną dziedziną wiedzy medycznej, lecz integralną częścią, włączoną w aktualny nurt medycyny. Po cichu, dyskretnie, wrócił na swe poprzednie miejsce lek naturalny – zioło, wrócił w najbardziej honorowej asyście współczesnych nauk. W żadnym już kraju nie będzie szyderczego przezwiska „konował” dawanego fitoterapeutom; tak właśnie dziś – fitoterapeuta – nazywa się lekarz leczący ziołami, a samo leczenie nazwano fitoterapią. Renesans ziołolecznictwa w tej chwili liczy zaledwie czterdzieści kilka lat. W tym stosunkowo krótkim czasie osiągnięto – wskutek naukowych badań – wspaniałe wyniki. W co najmniej 40 tysiącach różnojęzycznych periodyków drukowane są te wyniki i przebieg dalszych badań. Tematem tych prac jest chemia roślin leczniczych, ich farmakologia, toksykologia, analityka kliniczna, a w laboratoriach bezustannie trwają badania i eksperymenty, mające przywrócić ziołolecznictwu jego dawną wszechstronną moc.


Przez ten czas leki chemiczne zlatywały z ołtarza z głośnym hukiem. Wstrząsnęły światem wielkie tragedie. Jednym z przypadków najbardziej znanych był wyklętej pamięci „Thalidomid”, po którym kobiety rodziły potworkowate niemowlęta.


Wiele tragedii pominięto milczeniem, jeżeli tylko mogło się to udać. Szybko, by uniknąć głośnego skandalu, wycofano z obiegu skompromitowane leki – by zaraz zresztą zastąpić je innymi … równie głośno reklamowanymi, a niedostatecznie sprawdzonymi klinicznie. Rozstrajający nerwy i wyczerpujący tryb życia współczesnego spowodował u ludzi tzw. lekomanię – ludzie nie mogą pracować ani spać, jeżeli wpierw nie zatrują się pastylką uspokajającą lub podniecającą. Poczęto je też zażywać bez ograniczenia, a tego już lekarze nie mogli pomijać milczeniem. Bardzo często ukazywały się na łamach codziennej prasy wypowiedzi najpoważniejszych lekarskich autorytetów, ostrzegające przed nadużywaniem leków chemicznych, a nawet przed zwykłym używaniem w dawkach wskazanych na opakowaniu – bez kontroli i zgody lekarza. Nie można także używać w nadmiarze nawet witamin w pastylkach, proszków przeciwko bólom głowy, tak popularnych i tak pozornie niewinnych. A już wprost fatalne w skutkach są leki uspokajające, nasenne oraz obniżające napięcia psychiczne czy nerwowe, są to tzw. leki psychotropowe i barbiturany, powodujące z czasem wyniszczenie psychiczne i fizyczne pacjenta.


Nie popadajmy jednak w panikę, ani nawet w przesadę. Przy obecnym stanie wiedzy już nie można twierdzić, że należy leczyć tylko ziołami bez względu na rodzaj schorzenia, przebieg i stopień zaangażowania choroby w organizmie. Chodzi tu o coś zupełnie innego: by w sposób klinicznie wypróbowany, najbardziej umiejętny i dla chorego najbardziej korzystny łączyć stosowanie leków chemicznych, i to tylko tych bezwzględnie koniecznych, z czynnymi ciałami ziół. Zwłaszcza, że te bezcenne żywe klejnoty wykazały jeszcze jedną zbawczą właściwość: w dużym stopniu, a czasem nawet całkowicie niwelują uboczne skutki leków chemicznych. Ma więc to być współdziałanie zgodne i harmonijne, na zasadzie równy z równym. Nic tu nie ma być ani ważniejsze, ani lepsze. Taka jest więc przyszłość fitoterapii w nadchodzącym XXI wieku: nie odrzucać niczego! Ani doświadczeń ostatnich 150 lat w zakresie chemioterapeutyków, ani tych z tradycją tysięcy lat w zakresie roślin leczniczych. W obu tych kierunkach należy wciąż poszerzać wiedzę naukową, stwarzając współczesnemu człowiekowi coraz większe możliwości nie tylko ratowania zdrowia, ale także – i to przede wszystkim – jego zachowania. Łatwiej jest bowiem zapobiegać niż leczyć.


Zaufanie ludzi do ziół jest wielkie. Nadzwyczaj sprawnie obiega wiadomość o jakimś dobrym zielarzu wiejskim. Ludzie jadą wówczas setki kilometrów pełni wiary, rzecz prosta, nie w magiczną wiedzę znachora, lecz w potęgę ziół. Jeżeli dyplomowany lekarz wybiera dla swej praktyki fitoterapię cieszy się ogromną frekwencją i pacjenci polecają go sobie nawzajem. Pisząca te słowa osobiście znała pacjentkę skierowaną do chirurga celem ostatecznego orzeczenia o potrzebie zabiegu chirurgicznego. Miała to być już ostatnia próba ocalenia jej życia i przywrócenia zdrowia, z czym zresztą już się nie liczyła. Po dokładnym zbadaniu chorej ów chirurg oświadczył: operacja nie jest pani potrzebna, potrzebne pani są zioła! Przepisał je. Po upływie dwóch lat pacjentka była już całkowicie zdrowa, wyglądała kwitnąco, doskonale się czuła, była pełna radości życia i tak wielkiej wdzięczności dla owego chirurga, że jak mawiała – całowałaby ślady jego stóp. Polecił go jej wówczas inny pacjent, też uzdrowiony w ten sposób.


Liczne obserwacje w szpitalach i klinikach, czynione w trakcie leczenia ostrych przypadków choroby wykazały, że równoczesne podawanie leków chemicznych i odpowiednich preparatów roślinnych daje bardzo dobre wyniki. Jak widzimy między najnowocześniejszymi środkami leczniczymi a tymi najstarszymi, naturalnymi, nie powinna istnieć żadna rywalizacja. Lecznicze zioła w żadnym stopniu nie dyskwalifikują dobrych, potrzebnych i wypróbowanych leków chemicznych, przeciwnie – są dla nich pomocą i wsparciem.


Znachorstwo


Ziołolecznictwo – zwłaszcza uprawiane przez ludzi bez lekarskiego dyplomu – wciąż jeszcze nazywane jest znachorstwem. Jest to mylenie pojęć, aczkolwiek prawdziwe znachorstwo w niektórych wypadkach też posługiwało się ziołami; były to jednak przeważnie „złe” zioła, czarcie. Znachorstwo polega nie na leczeniu ziołami, lecz na gusłach i przesądach, na „zadawaniu” czarów lub odczynianiu ich przy pomocy specjalnych zaklęć i specyficznej obrzędowości. Dla należytego efektu posługiwano się nie tylko czarnym kotem, ale i trupią czaszką, piszczelami lub martwym nietoperzem, odpowiednio – rzecz prosta – spreparowanym, wypchanym.


Nie da się jednak zaprzeczyć, że leczący prosty lud kapłani, szamani czy szarlatani – też posługiwali się pewną obrzędowością. Natomiast sam fakt, że ziołami leczyli kapłani, czyli w dawnych społecznościach kasta najwyższa i najbardziej znacząca a nawet wykształcona, mówi o ważności problemu, o powadze ziołowej medycyny.


To, co wielu z nas z nawyku wciąż nazywa znachorstwem, jest w zasadzie po prostu ziołolecznictwem. Zapoznajmy się z oficjalną definicją znachorstwa: Jest to zawodowe rozpoznawanie chorób i leczenie ich nie oparte na naukowych podstawach medycyny i bez posiadania odpowiednich uprawnień. Odbywa się to przy stosowaniu metod irracjonalnych i zabobonów, jest związane z odpowiednim rytuałem i praktykami magicznymi, rozpowszechnionymi u plemion prymitywnych. W krajach rozwiniętych utrzymuje się wciąż, mimo prawnych zakazów. Chorzy pod wpływem sugestywności znachorów doznają niekiedy subiektywnej poprawy, z reguły krótkotrwałej. Znachorzy rozpoznają choroby przez oglądanie oczu pacjenta, moczu, bielizny, czasem fotografii. Stosują najczęściej zioła i proste zabiegi fizykoterapeutyczne.


Nasz komentarz: Owe zioła i proste zabiegi fizykoterapeutyczne stosowali przecież ci najsławniejsi, których nazwiska zawsze będą świecić pełnym blaskiem na niebie nauk medycznych; od Hipokratesa po Paracelsusa. A czy ktoś ośmieliłby się dziś nazwać ich znachorami? Zioła lecznicze, czy zastosowane przez lekarza medycyny, czy kapłana, czy też wiejskiego zielarza – odnoszą w konkretnych schorzeniach konkretny skutek, bez względu na to, jaki ich zastosowaniu towarzyszą słowa czy gesty. Osobowość leczącego nie odgrywa żadnej roli; cudowną moc leczącą dała roślinom sama przyroda; chodzi i zawsze chodziło tylko o jedno: by te zioła były stosowane prawidłowo, to znaczy z prawdziwym znawstwem. A znawstwo posiadali zawsze tamci wszyscy naprawdę doskonałe.


Takie jak podano wyżej sformułowanie znachorstwa wręcz prowokuje do dyskusji. Jeżeli chodzi o owe krótkotrwałe polepszenia, to przecież przytrafiają się one najsławniejszym lekarzom! Ba, zdarzają się nawet pogorszenia, wskutek objawów ubocznych, wywołanych przez preparaty syntetyczne.


W RFN, a więc w kolebce nowoczesnego ziołolecznictwa i homeopatii istnieje związek uzdrawiaczy, czyli „heilerów”, a więc ludzi trudniących się leczeniem, choć nie mają oni dyplomów lekarzy. Organizacja związkowa nosi nazwę Heilpraktiker c.V.; analogicznie jest we Francji, Danii, Holandii, Izraelu, Szwajcarii i w kilku innych krajach zachodnich. Uzdrawiacze, by mieć prawo praktyki muszą mieć państwową licencję nabywaną po złożeniu egzaminu ze swych umiejętności przed komisją złożoną z lekarzy dyplomowanych.


Całkiem niedawno w latach siedemdziesiątych bodaj, przeczytaliśmy w doniesieniach prasowych, że Światowa Organizacja Zdrowia na konferencji w Ałma-Acie otwarcie zaproponowała swym członkowskim państwom sięganie do tradycyjnej medycyny ludowej. Jeden z krakowskich dziennikarzy nazwał ten fakt trafnie rehabilitacją szamanów. Jest to więc także rehabilitacja „znachorów” (w cudzysłowie), to jest zwykłych zielarzy, a nie żadnych znachorów bez cudzysłowu. Raz jeszcze powołajmy się na docenta Wojciecha Roeske:


Wiek XIX i XX wykreśla niemal w całości ziołolecznictwo z naukowej medycyny, pozostawiając ją na uboczu, jako „babski lek”, w rękach znachorów, przyrodolekarzy i w ...niezmiennym szacunku prostego ludu”.

Kult


Fitologowie i botanicy wiele z leczniczych ziół określają zwykłym słowem „chwast”, co dla nas jest synonimem nieużyteczności, czegoś co należy raczej tępić, niż kultywować. Jest to jednak terminologia naukowa, prosty lud nie tylko nie widzi w ziołach leczniczych chwastów, lecz przeciwnie, otacza i zawsze otaczał je czcią, należną rzeczom niezwykłym. Sam fakt, że w czasach zamierzchłych, gdy nasza obecna cywilizacja była nie tylko że w kolebce, ale zaledwie – można by powiedzieć – w embrionie, na ziołach znali się nie tylko kapłani, kasta najwyższa i wykształcona, a w ich imieniu także dziewice poświęcone świątyniom i służbie bogom – co samo w sobie już oznacza rangę ziół w życiu ówczesnych ludzi. Kościół katolicki poświęcił ziołom specjalne święto – jedno z największych świąt Marii Panny – dzień 15 sierpnia, zwany świętem Matki Boskiej Zielnej, gdyż w ten właśnie dzień w kościołach polskich są święcone zioła.


Święcenie to przecież jednak metoda irracjonalna … Nie można powiedzieć inaczej. Lecz jest to echo prehistorycznych tradycji, które Kościół uwzględnił i zaadoptował, by nie utracić wpływu na rzesze wiernych. Lud wciąż wierzy szczerze, że poświęcenie, okadzenie w kościele przez kapłana spotęguje moc uzdrawiającą polnej rośliny, posiadającej w swym wnętrzu zbawcze zdolności.


Specjalnym kultem otoczony jest „kwiat paproci”, jak głosi tradycja osiągalny jedynie tylko w noc św Jana, bo rzekomo w tę noc jeden raz zakwita. Ludowe wierzenia nadały temu kwiatu cudowną piękność i blask, że w ciemnym lesie błyszczy on i sieje światło jak gwiazda. Nabywca tego kwiatu osiągnie wszystkie możliwe szczęścia na tej ziemi … Niestety, taki szczęśliwiec dotychczas jeszcze się nie znalazł, z przyczyny zupełnie prostej, że paprocie – żaden gatunek, a jest ich wiele – w ogóle nie posiadają widocznych kwiatów. Ich rozmnażanie odbywa się inaczej niż u roślin kwiatowych. Niegdyś jeden z gatunków, pewna odmiana, Aspidium Fibis Mas (obecnie poprawna nazwa łacińska Dryopteris filix mas – przyp. Z. Ch.), czyli paprotnik samczy, zaliczana była do ziół leczniczych, działających przeciwtoksycznie. Lecz obecnie ze względu na toksyczność i niepewne działanie został wyłączony z oficjalnej farmakopei.


Natomiast wielu odmianom paproci przypisywano właściwości cudowne, uszczęśliwiające. Należał do nich w pierwszym rzędzie po świętojańskim kwiecie nasięźrzał, dość u nas pospolity, spotykany na łąkach. Otóż która dziewczyna zdobyła owo ziele, wypiła napar, a choćby tylko nosiła je przy sobie pod bielizną, miała całkowicie – podobno! – zapewnione powodzenie u chłopców. I tu wchodzimy w świat prawdziwego znachorstwa, świat magii. Bowiem dziewczyna musiała iść po ten „kwiat” ciemną nocą, na nowiu, koniecznie we czwartek, i równie koniecznie … zupełnie naga, musiała iść tyłem, nie oglądając się w ogóle – bo wtedy na nic wszystko! I musiała osiągnąć roślinę – nie widząc jej w ogóle – przed wschodem słońca. Miejscowi chłopcy zapewne wiedzieli o tym obyczaju, czyhali na pewno na taki właśnie dzień, a raczej noc w kalendarzu. Przydybana w polu bezbronna i naga dziewczyna na pewno – zgodnie z obietnicą nasięźrzału – miała wielkie powodzenie u chłopców, może nawet większe niż pragnęła …


Najwyższym kultem i czcią otoczony był korzeń mandragory, zwany też „Alrauna”. Jest to lecznicza roślina południowoeuropejska, której owoce są smaczne i jadalne, pozostałe części są trujące. W średniowieczu była najpotężniejszym środkiem magicznym. Według wierzeń ludu odpowiednio traktowany korzeń Alrauny objawia wszelkie tajemnice, odgaduje i odsłania przyszłość posiadacza tego korzenia; wzbogaca mnożąc każdy położony koło niego pieniądz – dwukrotnie. Magiczne owe zdolności przypisywano przez całe wieki mandragorze z tego powodu, że jej korzeń łudząco wprost przypomina kształt człowieka. Istotnie przypomina, ale mówiąc rzetelnie … wisielca, z obwisłymi ramionami i wyciągniętymi w dół stopami. Tak korzeń, ową Alraunę kąpano w czerwonym winie, zawijano w jedwab czerwony albo biały i układano w specjalnym pudełku jak w kolebce. Stanowił bezcenny wprost amulet rodzinny, dziedziczny, ale – dziwna rzecz – jedynie i tylko w męskiej linii, z ojca na syna lub z dziadka na wnuka, na bratanka itd. Lecz mieli także i przestępcy wszelkiego rodzaju, zwłaszcza złodzieje, swoje „święte zioło”, otoczone najwyższą czcią i … pragnieniem posiadania. Był to niecierpek pospolity (Impatiens noli-tangere). Kto o północy dotknął tym zielem najtrwalszych zamków, najwymyślniejszych kłódek i zamknięć – samo się wszystko zaraz miało otwierać, spadały łańcuchy i zabezpieczenia, nawet skutego w kajdany wyzwalał ów niecierpek, zrywając wszelkie więzy.


Sierpień – to właściwie pełnia lata, ale nie ma już w ogóle tego uroku co najpiękniejszy z miesięcy wiosennych – czerwiec, koniec maja, czy choćby pierwsza połowa lipca. Zaczyna być smutno. Ustaje śpiew ptasząt, pola są puste, bo już jest po żniwach, rośliny wszystkie przekwitły, zaczyna się okres pełnego owocowania i dojrzewania tych owoców.


Kto w sierpniu jest na wsi na wakacjach, niech dobrze pilnuje dzieci, zwłaszcza tych starszych, samodzielnych, które włażą w każdy kąt, wszystkiego chcą doświadczyć, wszystko zobaczyć, wszystkiego dotknąć. Nie powinny nigdy odbywać wycieczek w teren, bez opieki osoby dorosłej, bowiem w sierpniu właśnie owocuje czarnymi lśniącymi jagodami najgorsza z trucizn, najniebezpieczniejsza roślina: pokrzyk wilcza jagoda (Atropa belladonna). W pewnej mierze należy do roślin leczniczych, z niej otrzymuje się cenną atropinę, stosowaną jedynie i wyłącznie przez samych tylko lekarzy, pod ścisłą kontrolą i tylko w najkonieczniejszych wypadkach.


Opisywane są wypadki zatruć u dzieci np. przez zjedzenie owoców lub nasion. A te najgorsze, niestety, stanowią dla dzieci największą ponętę zewnętrzną; oto przykłady:


Bieluń – ma czarne nasiona, a owoce podobne do kasztana,

Bluszcz pospolity – jagody czarnozielone,

Psianka słodkogórz – jagody czerwone,

Psianka czarna – jagody czarne kuliste, mniejsze niż u pokrzyku,

Kasztanowiec – niedojrzałe kasztany lub ich łupiny,


Niekiedy są dermatozy po dotknięciu świeżych roślin – ruty, prymuli, jaskrów, poziomek. Przy takich zatruciach potrzebny jest natychmiastowy ratunek lekarzy i leczenie szpitalne.


Pokrzyk wilcza jagoda należy do bylin i osiąga często 2 m wysokości. Surowcem leczniczym są liście i korzenie. Ani jednakowoż medycyna, ani farmakologia nie stosuje ich bezpośrednio; zawsze pokrzyk stanowił jedynie tylko jeden ze składników ziołowego leku. Takie leki można otrzymać wyłącznie na receptę lekarza. I leki te są surowo strzeżone.

Natomiast pozwólmy dzieciom zerwać czerwone, dojrzałe owoce dzikiej róży, o ile – rzecz prosta – rosną one wolno, w niczyim polu, a nie na prywatnej własności. Owoców tych prawidłowo wysuszyć w warunkach domowych na zimę nie potrafimy, tak by zachowały swoją wartość leczniczą i witaminy. Natomiast oczyszczone z wewnętrznych pesteczek, czyli tych prawdziwych owoców, dadzą nam znakomitą, aromatyczną i niezwykle smaczną konfiturę do mięs, ciast i potraw jarskich.


W najnowszej książce o ziołach, w tej, o której pisałam w informacji „Panacea córka Asklepiosa”, ziołom, które są lecznicze i nawet jako lekarstwo bardzo cenne, ale trujące, toksyczne, bardzo niebezpieczne w swej formie zwyczajnej, pierwotnej, to znaczy takie, jakie rosną pod lasami i w polach – poświęcili Autorzy końcowy, specjalny rozdział, zatytułowany „ Rośliny lecznicze silnie działające”. Inne, a zwłaszcza te, które wymieniliśmy w rozdziale „Apteczka domowa” mają działanie łagodne; ale słowo to oznacza tylko, że nie są w żadnym stopniu toksyczne, że można je zawsze pić i że nie szkodzi przedawkowanie. Skuteczność ich i przydatność w lecznictwie jest niepodważalna i działanie dostatecznie silne.


Obszernie pisze docent Ożarowski w tej osobnej części – o pokrzyku wilczej jagodzie, a że już omawialiśmy t ę roślinę przejdziemy z kolei do innej, bardzo popularnej, powszechnie znanej: MAK. Ktoś mógłby się bardzo zdziwić. Jak to? Jadamy przecież bułki obsypane makiem, delektujemy się na święta makowcem, jadamy makaron z makiem, są w handlu nawet ciasta z makiem – i mak jest trucizną? Otóż mak, nasienie maku, to które tak chętnie jadamy, nie jest w ogóle lekarstwem, lecz tzw. przyprawą, służy do jedzenia, jest ulubione przez ptactwo drobne. W każdej roślinie jest coś bardzo dobrego, mniej dobrego, bezużytecznego, albo i szkodliwego. Tak np. ma się sprawa z naszą cudnie pachnącą konwalią albo ze znanym powszechnie „cudzoziemcem”, jakim jest mandragora. Jest to obca roślina, tak samo jak żeń-szeń; stanowią one według wierzeń wielu ludów Dalekiego Wschodu nieomal czarodziejski lek, niejako panaceum, gdyż skutkują w wielu chorobach. Ale mak ogrodowy, prześliczny, wielokolorowy, jest nasz, swojski. W makówkach pozostających po wysypaniu (bo to jest suche) nasionek znajduje się mieszanina wielu alkaloidów, wśród nich morfina i kodeina.


W krajach o klimacie ciepłym (Turcja, Indie, Birma) po rozcięciu niedojrzałych makówek zbiera się wyciekający sok i otrzymuje tzw. opium, zawierające dużą ilość morfiny. Opium jest w medycynie w pewnym stopniu niezbędne i niezastąpione, jak również morfina, służąca przede wszystkim do uśmierzania gwałtownych bólów, ponieważ są to środki po prostu odurzające.


Wiemy wszyscy z prasy, która nie żałuje miejsca temu tematowi, że ze słomy makowej i z makówek produkują nałogowcy i handlarze straszliwą truciznę, narkotyk uzależniający, powodujący nie tylko całkowite wyniszczenie organizmu, ale nawet śmierć.


Dlatego, gdy spędzamy wakacje w gospodarskim ogrodzie, gdzie kwitnie mak, pilnujmy by dzieci nie zrywały go i nie zjadały wnętrza z niezbyt jeszcze dojrzałej makówki, a już – broń Boże! – by nie brały do ust z prostej ciekawości, bo i dzieci czytują dziś prasę – owych niedojrzałych makówek. Przyzwyczajenie nie przyjdzie od razu, ale od razu może przyjść zatrucie.


Podczas wakacji w okolicach górzystych mogą się również dzieci natknąć na piękny kwiat lulka czarnego, o dużych promienistych kwiatach. Zdradliwa przynęta! Jest trujący i nie pozwólmy go dotykać. Liście zbierane w okresie pełnego kwitnienia rośliny, stanowią lekarstwo, stosowane jednakowoż ostrożnie i tylko przez lekarzy.


Wiele osób, zwłaszcza emerytów, rencistów, starszych wiekiem, wyjeżdża na odpoczynek nie w miesiącach największego nasilenia, lecz późnym latem i wczesną jesienią, we wrześniu i październiku. Ale zarówno ze względu na wiek i porę, w zasadzie dość zmienną, łatwo można przeziębić się, dostać podwyższonej temperatury, kaszlu, dreszczy. Jesień, zima i przedwiośnie w ogóle sprzyjają przeziębieniom; potraktujmy więc sprawę ogólnie, jak należy zachować się i czym pomagać sobie w takim przypadku.


Gdy mamy podwyższoną temperaturę ciała, pobolewa gardło, a przy oddechu boli w oskrzelach, już wiemy, że trzeba położyć się do łóżka i solidnie wypocić. Jeżeli jednak przy tym kłuje w plecach i w piersiach, należy zaraz wezwać lekarza, bo może zaistnieć zapalenie płuc, którego nie wolno przeoczyć, a które teraz leczone jest szybko i łatwo, ale tylko pod opieką lekarzy w szpitalu. Natomiast przy zwykłym przeziębieniu, a nawet grypie mamy zwyczaj połykać aspirynę Bayera, polopirynę czy jeszcze inną pastylkę napotną i popijamy to herbatą. Jeżeli wezwie się lekarza, na pewno zaordynuje on dodatkowo syntetyczną witaminę C, gdyż ta witamina znacznie osłabia przebieg przeziębienia, a nawet – w odpowiedniej ilości wprowadzana do organizmu uprzednio, ale w naturalnej formie, rzecz prosta – zapobiega w ogóle powstawaniu stanów przeziębień i chorób dróg oddechowych. Jest to przez samą przyrodę

produkowana dla nas „profilaktyka”...


Powszechnie używane leki napotne też nie są dla zdrowia obojętne, jak wszelkie zresztą leki chemiczne. Nawet aspiryna Bayera, tak spopularyzowana i uważana przez wielu ludzi niemal za panaceum – wcale nie jest w zbyt częstym użyciu bezkarna i bezpieczna. Starajmy się więc, o ile to tylko możliwe, unikać w przeziębieniach środków chemicznych, a sięgnijmy po ratunek do medycyny „niekonwencjonalnej”, to jest do zbawczych ziół, do najstarszego lecznictwa świata. Jeżeli w chwili zachorowania nie mamy w domu żadnych ziół napotnych, które tu wskażemy, należy natychmiast wypić gorącą i osłodzoną herbatę; jeżeli jest w domu pod ręką jakikolwiek sok owocowy, a zwłaszcza malinowy, to z sokiem, a także z cytryną, o ile jakimś cudem jest lub może być pod ręką. Dodać nawet łyżkę czystej wódki, rumu, koniaku lub łyżeczkę spirytusu – a tego w żadnym polskim domu nigdy nie brakuje … Jeżeli nie mamy ani soku, ani cytryny, dodać łyżeczkę miodu,który też jest w domu zawsze (a przynajmniej powinien być!).


Należy to wypić, już oczywiście leżąc w łóżku. Potem chorego okryć szczelnie lekką kołdrą lub kocami. Przygotować także w pobliżu łóżka bieliznę górną do zmiany po spoceniu się.


Zanim przystąpimy do ziół zaznaczamy tu z całym naciskiem, że łóżko z przeziębionym żadną miarą nie może stać w pobliżu źródła ciepła, bez względu na to, czy jest to rozgrzany piec kaflowy, czy centralne ogrzewanie lub gazowe czy też grzejnik elektryczny. Bliskość źródła gorąca zagraża choremu z gorączką, przeziębionemu czy zagrypionemu bardzo poważnym niebezpieczeństwem. Oczywiście w pomieszczeniu, gdzie leży chory, musi być ciepło, nawet do 23 – 24 stopni C, ale chory ma być z dala od wszelkich pieców. Pomieszczenie ma być dokładnie przewietrzone codziennie; chorego należy wówczas dodatkowo okryć, nawet owijając (w zimne dni) głowę chustką, szalikiem, kapturem itp.


Zanim jednak podamy herbatę z malinami i miodem, zajrzyjmy do szafki lub apteczki, czy nie ma tam jakichś ziół. Nie mogą one być jednak stare, najwyżej dwuletnie susze. Te, które kupiliśmy 3 lata temu są już całkowicie bezużyteczne i właściwie mogą okazać się nieskuteczne. Są to już tylko trociny bez żadnej wartości, zwłaszcza jeżeli nie były prawidłowo przechowywane. Zioła powinniśmy trzymać w szklanych słoiczkach szczelnie zakręconych, na każdym powinna widnieć karteczka z nazwą zioła, by ich nie mylić, gdyż susze niewiele różnią się od siebie. Mówimy tylko o suszu w torebkach.


Mamy dość bogaty zestaw ziół, które całkowicie zastąpią nam leki napotne chemiczne, obniżą temperaturę ciała bez antybiotyków, których naprawdę wystrzegajmy się!


Stosujemy ziołowe napary, do których nigdy nie dodajemy ani alkoholu, ani cytryny. Możemy dodać tylko sok (malinowy) i miód – przecież miód i zioła, to najwspanialsza symbioza!


Napar z ziołowego suszu sporządzamy dość silny, (napar a nigdy odwar, który w dużym stopniu niszczy witaminę C, niezbędną przy takich schorzeniach). A oto zioła napotne:


Kwiat lipowy, używany w tym celu już nie od stuleci, lecz od tysiącleci,

Bratek dziki, czyli fiołek trójbarwny,

Czarny bez, zawierający mnóstwo witaminy C (robimy napar ze zgniecionych w moździerzu lub przez czystą szmatkę owoców),

Malina ogrodowa lub leśna, suszony owoc,

Tarnina, kwiat,

Brzoza, liście,

Tatarak zwyczajny, kłącza,

Jałowiec, owoce – jeżeli nic innego nie ma pod ręką, dokładnie je rozgnieść, z nich robimy nie napar lecz odwar: dobrą łyżeczkę tych owoców na 1 szklankę wody o temperaturze pokojowej, podgrzewać z wolna pod przykryciem, gdy się zagotuje trzymać na ogniu 3 – 5 minut.


Tu konieczne napomnienie: posiadamy czasem w domu konfiturę z czarnego bzu, równie skuteczną, jak suszona jagoda; lecz czarny bez nie znosi alkoholu, a więc nawet przy herbacie z czarnego bzu suchego unikajmy wódki czy spirytusu, nawet wina; i to także w dzień następny.


Natomiast wszystkie wymienione wyżej zioła można ze sobą łączyć, nawet w dowolnych proporcjach – bez żadnego niebezpieczeństwa, a działanie ich będzie wówczas i szybsze i silniejsze. Do każdego z tych naparów można dodać miodu (zawsze), a także sok malinowy (napotny), względnie też porzeczkowy czy wiśniowy.


Może się jednak zdarzyć, zwłaszcza w gospodarstwie osoby samotnej, że w domu nie ma ani leków, ani ziół, a trzeba działać zaraz. Wtedy żółtko jaja kurzego (tylko kurzego, przenigdy kaczego) ucieramy do białości z cukrem, rozprowadzamy powoli niemal kroplami, gorącym mlekiem, można dodać łyżeczkę wódki. Ktoś całkowicie samotny zanim to przyrządzi niech wpierw rozbierze się do piżamy, wdzieje tylko ciepły szlafrok, przygotuje do leżenia łóżko – a potem dopiero niech się zabiera do „leku”. Położyć się i wypić napój gorący. Jeżeli chorujemy w mieście, i na dodatek mamy przy sobie kogoś bliskiego, zamiast syntetycznych pastylek, władujmy w siebie witaminy naturalne, w które bogato zaopatrzyła nas przyroda. Niezbędną witaminę C (oraz wiele innych też) zawiera w największej ilości wśród ziół dzika róża, z której sporządzamy macerat; poza tym suszony owoc jarzębiny, suszony owoc czarnego bzu; jest także bogaty w te skarby rokitnik. O sporządzaniu maceratów, naparów i odwarów – napiszemy na samym końcu niniejszego opracowania, by Czytelnikowi na zawsze zapadły w pamięć. Dziki bez ma jeszcze i tę cenną zaletę, że oprócz czynników napotnych i bogactwa witamin posiada także związek rozwalniający, a przy dłuższym leżeniu i bezruchu niemal z reguły występują zaparcia. Można pić także rozcieńczony chłodny sok z kiszonej kapusty, pół na pół z przegotowaną wodą (ochładza, odświeża i obniża gorączkę). Witaminy zawiera utarta marchew surowa – już pisaliśmy o niej; można dodać do miazgi dowolnie sok z cytryny i jakikolwiek inny sok owocowy. Można pić surowy barszcz czerwony domowy, także w połowie z rosołem z cielęciny lub z kurczaka – co bardzo wzmacnia, zwłaszcza w okresie rekonwalescencji. Nie żałować choremu tych rzeczy. Jeść biały miękki twarożek, najlepiej zrobiony w domu. Natomiast całkowicie wykluczyć – potrawy ciężkie: pierogi, makarony, pieczenie, gotowana kapusta, smażone mięsa (sznycle, pieczeń, kotlety); natomiast spożywać dużo kompotów z wszelkich owoców, nawet ze śliw węgierskich i renklod. Mogą być i te zakupione w handlu, lecz sok nieco rozcieńczyć, gdyż są zazwyczaj bardzo słodkie.


Pozostaje najważniejsze: swoje trzeba odleżeć! Nie spieszyć się ze wstawaniem, chociaż temperatura opadła. Lepiej pozostać w domu (jeżeli już nie w łóżku) 2 – 3 dni dłużej, niż wyjść z domu czy wstać z łóżka o dzień wcześniej. Było już z tego powodu wiele nieszczęść, zwłaszcza przy grypie, która ma zwyczaj atakować najsłabsze organy chorego.


Istnieją poty, które albo same w sobie są chorobą, albo są też objawem choroby istniejącej w ukryciu w organizmie. Nie będziemy tu mówić o poceniu się stóp. Wprawdzie bywa ono również chorobliwe, nadmierne, ale to nie jest jeszcze nieszczęście. „Komu pocą się stopy, ten nie choruje na podagrę” – głosił już w roku 1709 dr Boerhave, zwany holenderskim Hipokratesem. A w roku 1790 napisał profesor Uniwersytetu Wiedeńskiego, Maksymilian Stoll w jednym ze swych lekarskich dzieł, że „upośledzoną czynnością skóry odznaczają się ludzie o złym trawieniu”(to znaczy, gdy brak jest potów). Jeszcze inny Holender Franc de La Boe już w XVII wieku orzekł, że trzecią część wszystkich chorób można uleczyć przez wywołanie potów. Jeżeli więc komuś pocą się stopy, niech je tylko utrzymuje w pedantycznej czystości, codziennie je myje w ciepłej (nie gorącej) wodzie z mydłem; niech codziennie zmienia skarpetki czy pończochy, a zdjęte zawsze bodaj lekko przepierze w gorącej wodzie.


Bardziej natomiast uciążliwe i nieprzyjemne jest pocenie się dłoni. Istnieją jednak na to pewne leki, które najlepiej zaordynuje lekarz dermatolog; wśród ziołowych leków nie widzimy takich, w których kąpiele mogłyby ten proces usunąć lub osłabić, aczkolwiek istnieją zioła przeciwpotne i obszerniej napiszemy tu o nich.


Powyższe uwagi to tylko margines. Nas tu najbardziej interesuje choroba niezwykle przykra i wyczerpująca, o której piszą wszystkie poradniki lekarskie, zwana w medycynie Hiperhydrosis – jest to nadmierne, bezprzyczynowe (pozornie) pocenie się w nocy, czasem i w dzień. Jest to pot zły, wycieńczający siły, osłabiający serce i wreszcie obrzydzający życie. Dotknięty tym schorzeniem człowiek boi się samej myśli o nocy, o łóżku i pościeli, która wilgotnieje niebawem po ułożeniu się do snu. Medycyna nie tai, i to żadna – ani konwencjonalna, ani ta „naturalna”, ziołowa – że jest to schorzenie bardzo trudne do wyleczenia. Poza tym leczenie zależy od przyczyn, bo przyczyna jakaś musi być, chociaż trudno ją znaleźć. Leczenie jest zawsze długie i wymaga ze strony pacjenta wielkiej cierpliwości i wytrwałości.


Często słyszy się określenie, że na kogoś biły „siódme poty”... Najczęściej biją ze strachu, w chwili bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia, także po zbyt długim i nadmiernym wysiłku fizycznym, wreszcie w nagłej a silnej emocji. Te poty są to mimo wszystko poty zupełnie naturalne. Wskutek nadmiernych bodźców pracują silniej gruczoły potowe. Gdy działanie bodźca ustaje, skóra wysycha i wraca do normy. Są to zwyczajne funkcje organizmu, nie wymagające żadnego leczenia, a raczej są objawem prawidłowej przemiany materii i czynności poszczególnych komórek naszego ciała.


Natomiast nadmierne pocenie się w nocy na pewno jest chorobą. Wtedy trzeba umęczonemu organizmowi pomóc. W tym celu zażywamy krople nasercowe, wskazana jest Kelicardina (preparat ziołowy produkowany przez Herbapol), może też być Cardiol; a w przypadkach szczególnego osłabienia serca trzeba poprosić o pomoc internistę lub, jeszcze lepiej, kardiologa.


Oczywiście, że również i w tych schorzeniach zioła przychodzą z pomocą, jednakowoż fitoterapia jest tu tylko lekiem wspomagającym, niejako uzupełniającym. I jest to pomoc – niestety – nie nazbyt wielka. Mamy w naszej farmakopei kilka ziół działających przeciwpotnie, które można stosować przy każdej przyczynie nocnych potów. Do każdego z tych ziół dodaje się – zależnie od przyczyny – inne zioła z odpowiedniej grupy; inne dla gruźlika, inne dla neurastenika, inne dla chorego na skórę. W zasadzie używane są jednak tylko cztery: przede wszystkim szałwia, potem mech islandzki, hyzop lekarski i liście orzecha włoskiego. A do kąpieli przybywa – jako zioło piąte – kora dębowa.


Najskuteczniejszym środkiem przeciwpotnym jest nalewka szałwiowa, Tinctura Salviae, nie produkowana przez Herbapol. Trzeba ją sobie przyrządzić samemu, oto przepis według wielokrotnie już wspomnianej książki „Rośliny lecznicze i ich praktyczne zastosowanie”: 25 gramów wysuszonych i rozdrobnionych liści szałwi zalać 130 ml alkoholu 70-procentowego i macerować 14 dni często wstrząsając. Przecedzić, wycisnąć wytrawione liście, połączone płyny przechowywać w lodówce. Pić po pół łyżeczki w Ľ szklanki wody jako lek hamujący laktację i przeciwpotny.


Trzeba stwierdzić ze smutkiem, że poza szałwią susz pozostałych leków ziołowych jest nieosiągalny, nawet o korę dębową jest trudno, chociaż dąb rośnie u nas wszędzie i jest jakby wręcz narodowym, słowiańskim drzewem. A hyzop (Hysopus officinalis) rośnie u nas – a przynajmniej dawniej rósł – w uprawach.


Mimo tych braków, które mogą być lub były chwilowe, podajemy tu receptę: Herba Hyssopi, Herba Salviae, Fol. Juglandis – każdego po 20 gramów, czyli po 2 dkg, dokładnie wymieszać; 1 łyżka tej mieszanki na 1 szklankę wody chłodnej; ogrzewać powoli, na samym skraju blachy kuchennej, a na gazie na przynajmniej dwóch blaszkach ochronnych, pozwolić by jeden raz zawrzało, wypić na dwie godziny przed snem.


Oprócz tych ziół podstawowych możemy pić owe dodatkowe napary, z odpowiedniej grupy, uwzględniające przyczynę. Przy schorzeniu systemu nerwowego będzie to przede wszystkim melisa i waleriana, mięta i chmiel. Przy złej przemianie materii – przede wszystkim owa zbawcza pokrzywa, fiołek trójbarwny i rzepik pospolity, a także łopian większy, czyli Arctium lappa. Zaś przy chorobie płuc całe dodatkowe pozaziołowe leczenie przepisuje lekarz; także przy chorobie Basedowa. Ostrzegamy przed samoleczeniem w tych wypadkach. Nie wolno użyć żadnych nawet ziół pod natchnieniem Ducha Świętego czy podszeptem życzliwych sąsiadek. Leczenie specjalistyczne przepisuje specjalista.


Doskonale robią też kąpiele w korze dębowej. Potrzebna do tego koniecznie łazienka, bo człowiek spocony nie może sam przygotować takiej kąpieli w luźnej wannie, gdy trzeba dopiero wodę grzać. A oto kąpiel (zawsze przed nocą, przynajmniej jedna godzinę, by całe ciało ochłonęło i odpoczęło): 40 dkg kory dębowej gotować przez 15 minut w 5 litrach wody, przecedzić, wlać do wanny z wodą ciepłą (najwyżej 36 stopni C), a wody tylko tyle, by kąpiący się leżąc był nią cały pokryty. Czas kąpieli 15 – 20 minut; raz lub najwyżej dwa razy w tygodniu.


Tyle wskazania lecznicze, terapia. Natomiast bardzo ważne są wskazania ogólne. Otóż należy starannie unikać wszystkiego, co mogłoby pobudzić czynność gruczołów potowych. Przede wszystkim należy starannie unikać wszelkich stanów lękowych. Wykluczyć ciężką pracę fizyczną i dźwiganie ciężarów większych ponad 5 kg. Zaniechać szybkiego chodu, chodzić z wolna, zwłaszcza podczas lata i upałów; starannie unikać korzystania z przepełnionych środków komunikacji – lepiej już jest iść na piechotę. Jeżeli chcemy gdzieś wyjechać, to najlepiej pociągiem, a jeszcze lepiej samochodem osobowym. Autobus dalekobieżny wchodzi w rachubę tylko wówczas, jeżeli są miejsca numerowane i prócz siedzących żadne nie są zajmowane (by nie było tłoku). Szkodliwe są wszelkie gorące dyskusje; zabójcza jest atmosfera kłótni, sprzeczek i napięć nerwowych. Stanowczo zabroniony jest alkohol, nawet piwo; a przed nocą nie jeść nigdy potraw zbyt gorących. Bardzo dbać – bardzo! – o prawidłowe wydalanie moczu, zwłaszcza że przy hiperhydrosis występuje skąpomocz, gdyż organizm mnóstwo wody wydalił już przez skórę.


Bardzo użyteczny jest powolny, spokojny spacer przed nocą, bodaj 15 minut. Jeżeli to możliwe, to w pobliżu domu, zwłaszcza po burzy i deszczu (w powietrzu jest mnóstwo jonów ujemnych). Gruźlikom potrzebne jest codzienne przebywanie – w pogodne, słoneczne dni – w cieniu szpilkowego lasu, w zapachu żywicznym, który leczy płuca. Kąpiele powietrzne w razie ciepłej bezwietrznej pogody: rozebrać się „do rosołu” – przy każdej chorobie hiperhydrosis i również przy każdej z innych przyczyn unikać słońca, chodzić tylko w cieniu. Uzbroić się w cierpliwość – jak przychodzi, tak mi odchodzi często ta choroba bez przyczyny. A wewnętrzna postawa chorego, silna wola i niepoddawanie się rozpaczy, mogą mieć wpływ decydujący.


Maceraty, napary, odwary


Jest rzeczą zrozumiałą, że macerat z ziół, zwłaszcza bogatych w witaminy, jest znacznie użyteczniejszy dla organizmu niż napar, a zwłaszcza odwar. Odwar szczególnie dużo wartościowych elementów niszczy. Surowe, naturalne, zawsze najlepsze – tu kłania się na końcu to, co było na samym początku: anopsologia.


Macerat możemy w zasadzie przyrządzać z każdego zioła, ale nie jest to potrzebne. Właściwe maceraty pełnowartościowe i smakowo i treściowo, to maceraty z dzikiej róży, suszonych owoców jarzębiny, z czarnego bzu. Najsmaczniejszy jest – rzecz prosta – z róży, który dorównuje smakiem najprzedniejszym winom, jest wyborny i można go pić w upalne dni zamiast sztucznych napojów z namiastkami smakowymi owoców – bo nigdy nie wiemy, co to właściwie jest.


Macerat z róży sporządzamy w następujący sposób: dobrą łyżkę suszonego owocu dokładnie rozbijamy w moździerzu lub tłuczkiem w czystej szmatce, wsypujemy do szklanego słoiczka z zakrętką lub porcelanowego garnuszka i zalewamy szklanką chłodnej przegotowanej wody. Potrząsnąć mocno kilka razy i pozostawić w spokoju na 8 – 10 godzin. Jeszcze raz potrząsnąć, po małej chwilce przecedzić do porcelanowego lub szklanego dzbanuszka. Dodać można wszystkiego, co się chce: sok z cytryny lub pomarańczy, miód, wszelkie soki. Można robić z tego maceratu najwykwintniejsze kruszony dodając – np. na przyjęciu – do szklanki z maceratem plasterek pomarańczy lub cytryny, a macerat troszkę poprzednio dosłodzić. Można macerat pić bez żadnych dodatków – rano, w południe i wieczór, po pół szklanki, albo w upalny dzień co chwila kilka łyków. Nigdy nie grozi przedawkowanie.


Podobnie sporządza się macerat z jagód jarzębiny. Tylko kolor jest złocisty, jasny, a smak już nie tak wyborny, jak przy róży. Jedna łyżka suszonych (tylko!) owoców rozgniecionych w moździerzu lub serwetce wystarczy półtorej szklanki wody. Też macerować 8 – 10 godzin. Po przecedzeniu koniecznie trochę dosłodzić i dać jakiegoś aromatycznego soku: wiśniowy, porzeczkowy, jabłkowy i miód.


Absolutnie nie wolno ani jeść, ani używać do naparów czy maceratów świeżych owoców prosto z drzewa. Nawet nie jedzą ich ptaki – ostrzeżone nieomylnym instynktem. Jedzą je dopiero prześliczne gile i sikorki, ale w zimie, podczas mrozu, gdy jagody już zupełnie przemarzły – dopiero wtedy nadają się do zjedzenia. Ale i to nie dla nas. Świeże owoce wywołują wymioty i biegunkę. Należy dzieciom podczas pobytu na wsi, gdy jarzębina jest dojrzała absolutnie zabronić zrywania tych przepięknych gałązek, kuszących oko i dłoń.


Jarzębina zawiera mnóstwo wspaniałych witamin, a zwłaszcza – nie tyle może co róża, ale też bardzo dużo – witaminy C. Muszą jednak być te owoce wysuszone, by straciły ową agresywną substancję.


Czarny bez jest znakomity. Ale w upalne dni macerat z niego niezbyt jest wskazany, gdyż owoc też działa – jak to już napisaliśmy – napotnie. Natomiast pożądane jest bardzo jego działanie rozwalniające, moczopędne i wreszcie – bardzo ważne! – odtruwające.


Napary sporządza się w ten sposób: przeważnie 1 łyżka suszu na 1 szklankę wrzątku; zalewa się susz tym wrzątkiem w garnuszku i potem kładzie się to na drugim, nieco mniejszym naczyniu z gotującą się wodą. Tak trzymać na parze jakieś 20 – 30 minut, potem przecedzić. Naparu nigdy nie robi się na zapas, zawsze musi być świeży. Ale jeżeli mamy jakiś napar pić dwu- czy też trzykrotnie podczas dnia, możemy sobie zrobić napar do termosu: 2 łyżki na ˝ litra wrzątku. Po 3 – 4 godzinach napar jest już w pełni gotowy do użycia. Przecedzić tyle, ile trzeba wypić naraz. Gdyby pozostałość była do picia zbyt chłodna (przy odlewaniu naparu dostało się do termosu powietrze i zostało, ochładzając płyn), odcedzić pozostałość, wlać znowu do oczyszczonego z moszczu termosu, a potem porcjami odgrzewać tylko na parze, nigdy na samym ogniu. Można też odgrzać porcję, włożywszy garnuszek do większego z ukropem.


Odwary sporządza się tylko gdy chodzi o grube ziarna, np. jałowiec, korę lub korzeń. A więc korzeń mniszka na przykład: każdy korzeń należy wpierw zalać wrzącą wodą i pozostawić na jedna godzinę, by napęczniał; to samo z jałowcem. Po godzinie bardzo powoli podgrzewać na blasze czy wolniutkim ogniu, pozwolić by kilka razy zawrzało. Odstawić na 10 minut, przecedzić, pić według wskazań na opakowaniu, bo zawsze tak jest jeżeli kupujemy susz tam, gdzie go kupować trzeba: w sklepie Herbapolu albo w aptece.


Sprostujemy tu jeszcze niektóre omyłki. Otóż wielu ludzi nazywa dziurawiec błędnie janowcem. Dziurawiec nazywany jest zielem św Jana; janowiec to całkiem coś innego i zupełnie inne jest jego działanie. Dziurawiec nazywa się po łacinie Hypericum perforatum, a janowiec – Genistra tinctoria. Gdybyśmy więc w aptece lub w sklepie Herbapolu poprosili – chcąc kupić dziurawiec – o janowiec, powiedzą nam, że w ogóle tego nie ma w sprzedaży, bo tak jest istotnie.


Jeżeli chcemy zakupić owoc dzikiej róży, nie prośmy o głóg, bo otrzymamy głóg, a nie owoc dzikiej róży.


W tradycjach ludowych istnieje przekonanie, że tak zwany lubczyk powoduje wzmożenie uczuć i jest cudownym środkiem na uzyskanie miłości i wzajemności ukochanej osoby. Prawdziwy lubczyk nie ma nic wspólnego ze sferą uczuć i erotyki. Lubczyk ogrodowy (Levisticum officinale), którego śliczny wizerunek w drzeworycie stworzył artysta Lonicerus już w roku 1564, to wyniosła roślina, wysoka nieraz i na dwa metry, rozgałęziona. Do celów leczniczych zbiera się jej dwuletnie korzenie. Również i owoce tej rośliny zawierają mnóstwo związków wartościowych. Jest to lekarstwo stosowane przy zaburzeniach dróg moczowych wszelkiego rodzaju. Wchodzi w skład znakomitego leku galenowego Urogran oraz mieszanki Cardiosan – w chorobach serca, a wreszcie w skład granulatu Cholegran, stosowanego przy zaburzeniach przewodu pokarmowego i niedostatecznym wydzielaniu żółci.


Zajmiemy się z kolei żywokostem. Otóż w najnowszym dziele naszych znakomitych farmakologów i fitologów: docenta dr. hab. Aleksandra Ożarowskiego i dr. farm. Wacława Jaroniewskiego czytamy, że tak popularny żywokost (Symphytum officinale) został całkowicie wycofany z użycia i nie wolno ani go używać, ani – tym bardziej – wytwarzać żadnych z niego przetworów. Okazało się bowiem podczas wnikliwych doświadczeń naukowych, że żywokost i jego przetwory są toksyczne i należy to, co w nim jest wartościowe, stosować z ogromną ostrożnością. Maść żywokostowa była dotychczas szeroko stosowana na okłady żylaków. Nie można stosować żywokostu przy otwartych ranach. Cytuję dosłownie z książki:


Obecnie, po odkryciu toksycznych właściwości alkaloidów pirolizydowych wydano w Polsce całkowity zakaz stosowania w celach leczniczych żywokostu; zaniechano produkowania odpowiednich preparatów i dokonano zmian receptury niektórych mieszanek ziołowych, w skład których wchodził korzeń żywokostu. W krajach zachodnich, jak Niemcy, Francja oraz Włochy nie stosuje się i nie produkuje preparatów doustnych z żywokostu; natomiast nadal wyrabia się przetwory do użytku zewnętrznego – do chwili rozstrzygnięcia, czy ta droga podawania jest dostatecznie bezpieczna”.


Wycofano też u nas całkowicie z obrotu i użytku dotychczas używane rośliny jak ostrzeń pospolity i starzec zwyczajny. Wnioskujemy stąd bez trudu, że doświadczenia trwają; to co bez wartości, szkodliwe lub wątpliwe – usuwa się całkowicie; to co wartościowe bada się dodatkowo, by nie zmarnować ani jednego ciała czynnego dobroczynnych ziół.


Polski lud przez całe niemal wieki, a już na pewno przez wiele dziesięcioleci, mylił dwie rośliny: śródziemnomorską mandragorę z naszym trującym pokrzykiem wilczą jagodą. Pisaliśmy już i o mandragorze i o pokrzyku. Tak oto napisał o tej omyłce nasz Michał Syreński na samym początku XVII wieku: „Jest mniemanie, a głupie, między ludem, jakoby pokrzykowe korzenie róść miało na kształt człowieka. I są tak w tym od mataczów i szalbierzów utwierdzeni, że się od tego nie dadzą odwieść”... Czy w dalszym ciągu lud nasz uważa pokrzyk za mandragorę – nie wiadomo. Trzeba by chyba przeprowadzić cały szereg wywiadów osobistych i to w różnych częściach kraju. Ale jeżeli ta pomyłka nadal istnieje, to może użytkowników dużo kosztować – pokrzyk jest bardzo groźny, zwłaszcza zaś jego piękne i ponętne owoce, których ofiarą padło już nie jedno ludzkie istnienie.


Powiemy jeszcze słów kilka o kozieradce (Trigonella foenum graecum) leku znanym, ale obecnie mało używanym, a właściwie niemal całkowicie wycofanym z obiegu, a nawet poniekąd i z farmakopei. A niegdyś traktowano ją jako lek ogromnie cenny, odżywczy i wzmacniający. W użyciu były sproszkowane nasiona kozieradki. Podawano je jednak w miodzie lub konfiturach, gdyż sama kozieradka jako taka ma ostry, niemiły zapach – dlatego zaniechano nawet podawania nasion bydłu, gdyż zapach ten przechodził do mleka i psuł niemal całkowicie jego jakość. Jednakowoż nie odrzucono jej całkiem, gdyż stanowi ona – przynajmniej dotychczas – składnik przetworów galenowych: Gastrogran i Rektosan (obydwa z Herbapolu). Istnieją natomiast w jej miejsce inne środki wzmacniające, przyjemniejsze w użyciu, a równie skuteczne, wobec czego kozieradka – dla swych niezaprzeczalnych wielkich zalet leczniczych – będzie nadal stosowana tylko zewnętrznie, na okłady i kompresy.


Ostatnie słowo


Jeszcze długo i dużo mogłabym pisać o ziołach; niestety rozmiary tego opracowania zostały ściśle ograniczone. To nie jest właściwie – bo nie może być – poradnik, to tylko najogólniejsze informacje o tym największym z naturalnych skarbów, równie ważnym, jak nasz chleb powszedni. Do poradnictwa nie mam uprawnień, nie jestem ani lekarzem, ani fitologiem, ani nawet „znachorem”. Niemniej, jeżeli Czytelnik na stronach tej książeczki przeczyta porady, które mu wyjdą na korzyść, nie są to moje rady, lecz najznakomitszych specjalistów; posiadam bowiem wszystko, co powinien mieć człowiek, który kocha zioła, zawdzięcza im życie, więc interesuje się ich przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.


Pierwszą nowoczesną powojenną książką o ziołolecznictwie, jaką przeczytałam, było „Vademecum fitoterapii”. Potem (patrz „Przekrój”: artykuł „Dobra rada – wejdź w pokrzywy”!) rozpoczęły się moje osobiste kontakty z docentem dr. hab. Aleksandrem Ożarowskim. I następne dzieła najnowsze na ten fascynujący temat otrzymałam z dedykacjami już wprost od Niego: „Ziołolecznictwo – poradnik dla lekarzy”, książeczkę dr. dr. Bańkowskiego i Serwatki „O chwastach i ich zastosowaniu”, „Leki roślinne – informator” i wreszcie skarb bezcenny, książkę „Rośliny lecznicze i ich praktyczne zastosowanie”. Jest dla mnie wielką radością, że mogę nabytą wiedzą podzielić się z szerokim gronem Czytelników.


Pozostaje mi tylko w tym miejscu publicznie podziękować Panu Docentowi Ożarowskiemu za wszystko, co od Niego otrzymałam, zarówno w zakresie niezbędnych pomocy, jak i w zakresie samej wiedzy. Bez jego pomocy i poparcia „Żywe klejnoty” nie powstałyby w ogóle, nawet ta krótka (lecz uzupełniona) wersja, która znajduje się w tej chwili w ręce Czytelnika.

--------------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów