Hipokrates kontra Orwell

Autor tekstu: Karol Pankowski



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 6 z 2011 roku.


----------------------------------------------


Czy żyjemy w medycznym koszmarze?


Lekarz powinien leczyć, czyli działać w interesie pacjenta. Ta elementarna zasada nie jest niestety jasna i wymaga składania przysięgi. (w Polsce obowiązuje obecnie Przyrzeczenie Lekarskie, stanowiące część Kodeksu Etyki Lekarskiej uchwalonego przez Krajowy Zjazd Lekarzy, nawiązujące treścią do deklaracji genewskiej, aktualizowanej w latach 1968, 1983, 1994 i 2005. – przyp. Z. Ch.). Może się to wydawać dziwne, ale zawód, o jakim mowa, stwarza wiele pokus i okazji do nadużyć. Co więcej, lekarz zarabia tylko wtedy, gdy pacjent jest chory.


Oczywiście w przypadku ludzi zdrowych medycyna mogłaby zajmować się np. optymalizacją diety i trybu życia, sprawianiem, abyśmy stawali się tak silni i szczęśliwi, jak to tylko możliwe. Wydaje się jednak, że nasza cywilizacja nie dorosła do takiego postrzegania służby zdrowia, a rzeczywistość coraz częściej niestety przypomina tę z powieści Orwella. Pokusa złamania przysięgi Hipokratesa w imię własnego zysku dotyczy już nie pojedynczych lekarzy, lecz całych korporacji biznesowych czy nawet organizacji państwowych. To co dla Orwella było złowieszczą pieśnią odległej przyszłości, dla nas stanowi zagadnienie tu i teraz. Co prawda, jego stworzona w połowie ubiegłego stulecia powieść Rok 1984 wydaje się dotyczyć innej epoki, lecz wydarzenia ostatnich miesięcy wyraźnie temu przeczą. Można bowiem dopatrzyć się szokującego podobieństwa pomiędzy tym, z czym spotykamy się na co dzień, a ponurymi wizjami przedstawionymi w literackiej fikcji, gdzie społeczeństwo zostało tak zmanipulowane, że nie można mieć nawet pewności, jaki właściwie jest rok.


U Orwella nie dba się o szczęście jednostek, a medycyna to raczej powierzchowne i instrumentalne traktowanie ludzi – nieomalże hodowla Homo sapiens. Czy nie coś takiego (na szczęście niezbyt skutecznie) próbują nam ostatnio zaserwować koncerny farmaceutyczne, władze lokalne, a nawet producenci żywności?


Przejawem hodowlanego podejścia do ludzkiego zdrowia, przybierającego coraz bardziej dosłowne i uciążliwe formy, jest bez wątpienia wystawianie nas na szkodliwe bodźce, bez poszanowania prawa do prywatności, a częściowo także norm dotyczących dopuszczalnego hałasu. I wcale nie chodzi tu o głośne samochody ani głębokie basy dobiegające z potężnych głośników. Sprawcą zamieszania w naszych uszach są bowiem … karetki pogotowia!


Jakiś czas temu mieszkańcy dużych miast zdali sobie sprawę, że władze zupełnie nie liczą się z tym aspektem ludzkiego zdrowia. Na polskie ulice wprowadzono samochody wyposażone w wyjątkowo donośny i uciążliwy sygnał. Nie wspominamy tu bynajmniej o drobnej uciążliwości. Ambulans słychać z naprawdę dużych odległości, o wiele większych, niż miało to miejsce kiedyś. Jednak prawdziwy koszmar zaczyna się, kiedy mijamy przejeżdżającą karetkę. Wówczas nie doświadczamy zwyczajnego hałasu: z początku czujemy, że jest za głośno, potem zaczyna nam dzwonić w uszach, aż w końcu pojawia się dolegliwa bolesność. Można wyraźnie wyczuć, iż przemieszcza się ona w głąb ucha. Wrażenie to potęguje się, jeśli mamy wyjątkowego pecha i ambulans mija nas blisko ściany budynku – fala akustyczna odbija się wtedy, a jej szkodliwe skutki są jeszcze poważniejsze.


Wystawianie ludzkiego ucha na hałas o tak dużym natężeniu, często z bliskiej odległości i pojawiający się w sposób niespodziewany, nie tylko trwale uszkadza słuch, ale może też prowadzić do chronicznego bólu głowy, a nawet stanów depresyjnych. Szczególnie narażone są na to osoby mieszkające w sąsiedztwie szpitali i siedzib pogotowia ratunkowego. Dlaczego samochody te aż tak hałasują?


Głośne sygnały zostały zapewne zaakceptowane z myślą o trudnych warunkach na drodze, kiedy np. na ruchliwej autostradzie, pośród szumu dużej ilości silników i przejeżdżających ciężkich pojazdów, normalny sygnał nie byłby dla kierowców słyszalny. Jednak włączanie go na terenach zabudowanych, w bezpośredniej bliskości przechodniów nieosłoniętych szybami ani karoserią samochodu, jest co najmniej dyskusyjne. Odbieranie człowiekowi prawa wyboru jego otoczenia akustycznego przywodzi na myśl fragment powieści Orwella, w którym pojawia się teleekran – urządzenie będące odpowiednikiem naszego telewizora, z tą jednak różnicą, że są w nim prezentowane wyłącznie materiały propagandowe i nie można go wyłączyć, a jedynie odrobinę przyciszyć. Głośności sygnału karetki pogotowia nie możemy sami regulować. Problem dobrze znają mieszkańcy Szczecina, a od niedawna podobne kłopoty dały o sobie znać też w Lublinie.


Słuch kojarzy nam się z uszami. Tak nazywamy widoczne na zewnątrz małżowiny uszne, duże lub małe, przylegające albo odstające. Są to jednak wyłącznie fantazyjne dodatki. W istocie mało kto zdaje sobie sprawę, jak to się dzieje, że słyszymy. Związany z tym sekret tkwi o wiele głębiej, choć zasada działania i uszkadzania słuchu nie jest aż tak skomplikowana, jak by się mogło wydawać.


Gdybyśmy zajrzeli do wnętrza otworu usznego, najpierw natrafilibyśmy na błonę bębenkową i związane z nią kosteczki, za nimi znajduje się zagadkowy twór w kształcie ślimaka. To właśnie wewnątrz tego narządu tkwią mikroskopijne komórki rzęskowe zanurzone w cieczy, niczym wodorosty na dnie zbiornika wodnego. Fale akustyczne zostają zebrane przez małżowiny, a następnie skierowane do środka, gdzie przenoszą się za pośrednictwem niewielkich kosteczek. Ostatecznie trafiają do ślimaka, w którym komórki rzęskowe falują i przekazują impulsy elektryczne do mózgu. Dzięki temu jesteśmy w stanie stwierdzić, czy słuchamy akurat IX symfonii Beethovena, czy np. hip hopu. Jeśli jednak hałas jest nazbyt silny, nasze uszne wodorosty za bardzo się chwieją i mogą się ułamać.


Jeśli do tego dojdzie, na zawsze utracimy pewien zakres częstotliwości, jakie możemy odbierać. Co więcej, zdarza się, że uszkodzone rzęski bez końca wysyłają potem fantomowy sygnał do mózgu, sygnalizując na przykład jakiś niekończący się pisk, który de facto nie istnieje. Fachowo nazywa się to tinitus, a na dolegliwość tę cierpią nierzadko muzycy rockowi, bywalcy koncertów charakteryzujących się znacznym nagłośnieniem, żołnierze oraz osoby, które znalazły się za blisko eksplodujących materiałów wybuchowych. Jedynym ratunkiem i antidotum na ten pisk w uszach są specjalne urządzenia emitujące dźwięk przeciwny do postrzeganego. Na szczęście można je nabyć w internecie, a tworzą je i testują ludzie, którzy sami cierpią na to schorzenie.


Z uszkodzeniami słuchu kojarzy się na ogół młodych ludzi ze słuchawkami na uszach. Jednak od czasów wynalezienia walkmana na kasety na początku lat 90.ub. wieku jakość przenośnego sprzętu audio znacznie się poprawiła. Żeby móc cieszyć się wrażeniami ze słuchania ulubionej muzyki, nie trzeba wcale ustawiać jej na maksymalną głośność – chyba, że mamy do czynienia ze sprzętem wyjątkowo słabym, na którym mało co brzmi dobrze i efekt można poprawić tylko podkręcając gałki na full.


Znacznie poważniejsze zagrożenia dla słuchu płyną z naszego otoczenia i typowych realiów cywilizacyjnych oraz lekceważenia ochrony zdrowia obywateli, przywodzącego na myśl wspomniane już praktyki znane z Orwella.


Przede wszystkim trzeba pamiętać, iż absolutna cisza nie jest możliwa. Otaczają nas odgłosy samochodów jeżdżących prawie o wszystkich porach dnia i nocy, buczących w tle na okrągło lodówek, uporczywe brzęczenie twardych dysków w komputerach (zwłaszcza tych starszych), wreszcie różne dziwne dźwięki dobiegające z rur kanalizacyjnych. I dopiero suma tych wszystkich wrażeń kształtuje nasz krajobraz akustyczny oraz nasze zwyczaje.


Okazuje się, iż największym zagrożeniem dla ludzkich uszu jest coraz bardziej uporczywy hałas ruchu ulicznego. Architekci, projektujący wieżowce i wielopasmówki w okolicach połowy ubiegłego stulecia marzyli, aby ofiarować dom wielu rodzinom naraz, a jednocześnie nie wystawiać ich na działanie stresujących hałasów motoryzacyjnych i obłoków spalin. Chodziło o to, aby przechodząc z jednego bloku do drugiego poruszać się wyłącznie po ścieżkach wydeptanych na trawnikach pomiędzy drzewami; cały ruch uliczny miał biec po obwodnicach, nigdy nie przecinających terenów zabudowanych. W ten sposób piesi nie napotykaliby kierowców i odwrotnie. Wizja ta jednak nie ziściła się, a zmotoryzowani i przechodnie każdego dnia muszą godzić się na wzajemne ustępstwa, co powoduje, że nikt nie jest do końca zadowolony.


I właśnie stąd płynie kolejne zagrożenie cywilizacyjne dla ludzkich uszu – ruch uliczny ma bowiem pewne wysokie stałe natężenie. Szybko się do niego przyzwyczajamy – gdybyśmy nagle ten sam hałas usłyszeli zatopieni w fotelu w przytulnym pokoju, bylibyśmy zdumieni, jak głośne dźwięki potrafią wydawać silniki i trące o asfalt opony. Idąc chodnikiem z muzyką płynącą z mp3 lub telefonu komórkowego, próbujemy zagłuszyć tę motoryzacyjną dżunglę i tu pojawia się następna pułapka. Jeśli bowiem przez dłuższy czas będziemy słuchać hałasu przekraczającego 85 decybeli, część naszych cennych komórek rzęskowych zostanie trwale uszkodzona.


Teraz dla odmiany krótkie spojrzenie na wszechobecne, masowe sklepy spożywcze, które wyrastają w naszym kraju jak grzyby po deszczu. Z trudem daje się je od siebie odróżnić. Nawet rozmieszczenie produktów na półkach wydaje się w nich identyczne, wskutek czego, jeśli ktoś dużo podróżuje, może stracić orientację, w którym mieście się znalazł.


Supermarkety i centra handlowe wtopiły się w ujednoliconą przestrzeń urbanistyczną, która dla wcześniejszych pokoleń stanowiła tylko ponury sen o przyszłości. Za to kolory opakowań i napisy z nazwami producentów stają się coraz bardziej krzykliwe. Niestety procesowi temu towarzyszy sprowadzanie produkcji do prostego łączenia cukrów z barwnikami lub serwowania najsłabszej jakości mięsa przetworzonego w najmniej kosztowny sposób.


I nie chodzi tu nawet o konserwanty i barwniki. Okazuje się bowiem, że raka każdy z nas może sobie zafundować sam – wystarczy odpowiednia kombinacja bezwartościowego jedzenia oraz stresu! Przyjmując regularnie puste, pozbawione mikroelementów kalorie, stwarzamy iluzję odżywiania się, a w rzeczywistości narażamy nasz organizm na niedobór pierwiastków niezbędnych do życia. Tymczasem w mediach coraz częściej słyszymy o walce z nowotworem, przy czym dotyka on osób w różnym wieku i prowadzących odmienny tryb życia. Łączy je jedno – lata żywienia się fast foodami lub innymi, spożywanymi w pośpiechu posiłkami niskiej jakości. Choroba ta wydaje się w naszym stuleciu wyjątkowo aktywna, możliwe też, że dotyczy o wiele większej populacji , niż by się wydawało. Bo ilu z nas wykonuje jakiekolwiek testy na obecność nowotworów? I czy współczesna medycyna – nastawiona głównie na zysk i coraz słabiej związana z działaniem w interesie pacjenta – jest w stanie precyzyjnie wykryć wczesne stadia nowotworów, mogących w dodatku wystąpić praktycznie w każdym miejscu ludzkiego ciała?


Na szczęście dzięki większemu dostępowi informacji o wiele łatwiej dziś dotrzeć do bogatej tradycji kuchni regionalnej i historycznej, bogatej w zapomniane już zdrowe kombinacje składników, takie jak np. zbawcze połączenie pietruszki i selera.


Nie ma przymusu poddawania się bylejakości i nieliczenia się z własnymi potrzebami, ponieważ nie żyjemy w państwie totalitarnym, jakim straszyl nas Orwell. Dlatego nie poprzestawajmy na byle czym i korzystajmy z kulinarnej wolności, póki jeszcze możemy.


Praktyki rodem z Orwella zostały (póki co) ukrócone – może dlatego, że nie mamy roku 1984, a 2011. W swojej obronie możemy bowiem zastosować pewien wynalazek, którego angielski pisarz – wizjoner nie zdołał przewidzieć – internet! Pozwala on obywatelom na własną rękę poznawać prawdę i bez cenzury dzielić się nią z innymi. Dzięki temu wiadomości o nadużyciach błyskawicznie obiegają cały glob. Dezinformacja na wielką skalę nie ma zatem racji bytu, a koncerny farmaceutyczne i pozwalająca sobą manipulować Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) muszą liczyć się z możliwością kolejnych kompromitacji.


Liczymy na to, że w przyszłości doczekamy się konkretnych działań w kwestii ochrony słuchu mieszkańców dużych miast. Miejmy też nadzieję, że świadomi swych potrzeb konsumenci i smakosze stopniowo wyeliminują puste loga i błyszczące folie na rzecz wyrazistego smaku oraz istotnych dla naszych organizmów mikroelementów.


---------------------------------------





Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów