Zdrowi nie są mile widziani

Autor tekstu: lek. med. Janusz Kołodziejczyk



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 8 z 2008 roku.


----------------------------------------------


Lekarzom w Polsce często nie chodzi o wyleczenie człowieka za wszelką cenę, lecz zastosowanie za ustaloną cenę zatwierdzonego leku.


Panie Doktorze! Z jakiego powodu medycyna naturalna przebija się z takimi oporami? Moje dziecko, które często chorowało na infekcje dróg oddechowych, leczone przez naszą pediatrę głównie antybiotykami – przestało chorować odkąd znalazłam dobrego homeopatę (również lekarkę). Z kolei mama mojej koleżanki z pracy, która musi być sprawna, by móc utrzymać rodzinę, leczona w przychodni tabletkami z powodu częstych bólów kręgosłupa – nie pozbyła się ich, a nabawiła dodatkowo wrzodu żołądka. Gdy w końcu udała się do lekarza na zabieg akupunktury, zniknęły dolegliwości kręgosłupa, a ku zaskoczeniu neurologów pozbyła się też wrzodu. Z kolei mojemu teściowi przy rwie kulszowej pomógł doktor stosujący terapię manualną. Wszyscy ci ludzie byli lekarzami; niestety u tych, którzy okazali się skuteczni, nie można leczyć się „na kasę”, a jedynie za kasę. Natomiast gdy nieskuteczni lekarze dowiadywali się gdzie, jak i z jakim skutkiem było kontynuowane leczenie, spotykaliśmy się z ich strony (nie wiedzieć czemu) z komentarzami, których nie warto przytaczać. Co to za kraj?!

Mój mąż pracujący w Niemczech został skierowany na zabieg akupunktury przez neurologa, który stwierdził, że tylko w ten sposób poradzi sobie ze stanem zapalnym korzonków. Kuzynkę w Anglii lekarz rodzinny wysłał do homeopaty, a jak nie chciała tam iść, bo nie wiedziała, co ją czeka, powiedział, że ich Królowa tak się leczy. Zgodziła się i jest zadowolona. Dlaczego więc niektórzy nasi lekarze zachowują się tak dziwnie? Przecież wciąż słyszy się, że najważniejsze jest „dobro chorego”. Jeśli więc sami nie potrafią pomóc, powinni kierować pacjenta tam, gdzie zrobią to lepiej. Ich zachodni koledzy właśnie tak czynią i korona im z głowy nie spada. Zosia P. z Opola


Pani Zosiu! Polska to istotnie dziwny kraj. Ta nasza bezinteresowna zawiść – najbardziej charakterystyczny i jak feromon rozpoznawalny „polski produkt” – powinna zostać wreszcie usankcjonowana i doceniona w Unii Europejskiej, tak jak wcześniej stało się z łoscypkami. Przy czym nie chodzi tu tylko o urażone cudzymi sukcesami ambicje ludzi kreujących się na naukowców, lecz o coś znacznie istotniejszego: o pieniądze.


Jak wiemy, nasze państwo na działalność naukową przeznacza jałmużne kwoty. Większość środków finansowych, dzięki którym dobrze żyją opiniotwórczy lekarze, pochodzi od firm farmaceutycznych. Kwoty te wypłaca się pod postacią grantów na promocje określonych produktów. To, że z etyką ma to niewiele wspólnego, w dobie relatywizmu moralnego można jeszcze przełknąć. Niestety proceder ten fałszuje naukową rzeczywistość!


Lekarze wyśmiewający akupunkturę, homeopatię, osteopatię, irydologię, hipnozę czy zioła (np. nazywając je zielskiem, jakby obelga ta mogła odebrać roślinom właściwości lecznicze), przeważnie nie posiadają na temat przedmiotu swojej krytyki wystarczającej wiedzy i jakichkolwiek własnych doświadczeń. Jak dotąd nie spotkałem kolegi po fachu wyrażającego się o medycynie naturalnej źle lub z lekceważeniem, który choćby przez krótki czas praktykował podważaną przez siebie metodę. Natomiast żółć naszych przeciwników powstaje na skutek informacji potwierdzających skuteczność terapii naturalnych w porównaniu z tym, co sami robią. Np. walczący z akupunkturą polscy alergolodzy od lat 80. ub. wieku przytaczają sfałszowany i nierzetelny materiał mający jakoby udowadniać, że metoda ta nie działa. Posługują się kłamstwem, ponieważ nie chcą utracić intratnych zarobków. Gdyby rzetelnie się tej metody nauczyli, mogliby zarabiać co najmniej tyle samo i nie musieliby ryzykować wstydu, jaki może stać się ich udziałem, gdy spróbują odeprzeć moje zarzuty.


Za granicą wszystko funkcjonuje normalniej. Tam społeczeństwo jest OBYWATELSKIE nie tylko z nazwy. Obywatele walczą o swoje, wiedząc, że są leczeni za własne pieniądze, a nie za darmo, jak u nas. Dlatego ich kasy zwracają koszty osteopatii czy homeopatii, a operacje i porody w znieczuleniu hipnozą czy akupunkturą mogą odbywać się za publiczne pieniądze. Lekarze natomiast, chcąc zarobić więcej, z pokorą uczą się tego, co u nas wywołuje niezrozumiałe komentarze. Słusznie chyba zauważa Pani, że dobro chorego dla krytyków medycyny naturalnej nie ma znaczenia. Bo im nie chodzi o wyleczenie człowieka za wszelką cenę, ale o zastosowanie za ustaloną cenę zatwierdzonego leku. Rzecz w tym, by taki lek nieco pomagał i za bardzo nie szkodził. W przypadku choroby przewlekłej nie powinien on wyleczyć, bo przecież nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja. Tak jest np. z pierwotnym nadciśnieniem tętniczym, które obecnie obniża się farmakologicznie aż do śmiertelnej starości. Gdyby został zastosowany środek skutecznie likwidujący tę przypadłość, pacjent zażyłby taki specyfik RAZ i zostałby wyleczony! Żyłby zdrowy, zapominając o lekach i chorobie. Ale wtedy – prawda niestety bywa okrutna – komu sprzedawano by leki?


Cóż, w takim kraju jak nasz zdrowi nie są mile widziani.


-------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów