Drogi medycyny

Autor tekstu: Piotr Kuncewicz



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 4 z 2011 roku.


----------------------------------------------


Prezentowana przez nas publikacja znanego pisarza i eseisty, zmarłego w 2007 roku Piotra Kuncewicza została napisana w 2004 r. dla Gabinetu INTEGRUM w Warszawie prowadzonego przez dr. med. wet. Bogumiła Wojnowskiego. Przypomnijmy, że temu niekonwencjonalnemu lekarzowi posługującemu się najnowocześniejszą aparaturą diagnostyczną poświęciliśmy Poczet healerów polskich w nr 1/2010 (Lekarz zwierząt, diagnosta i uzdrowiciel ludzi).

Piotr Kuncewicz korzystał z pomocy dr. Wojnowskiego, a opracowanie, o jakim mowa, udostępnione nam przez Gabinet INTEGRUM, będący jego wyłącznym dysponentem, jest prezentowane po raz pierwszy. Redakcja


Piotr Kuncewicz herbu Łabędź (ur. 19 marca 1936 w Warszawie, zm. 9 kwietnia 2007 tamże), polski pisarz, poeta, krytyk literacki i teatralny, historyk literatury publicysta, komentator radiowy i telewizyjny, wieloletni prezes Związku Literatów Polskich.



Wszechobecność choroby, nie tylko człowieka, ale i wszystkich istot żywych, może sprawiać wrażenie, że jest ona normalnym stanem rzeczy, a zdrowie rzadko spotykanym i bezcennym wyjątkiem. W rzeczywistości choroba to wiecznie zmienny punkt na skali między depresją a euforią, albo między słabością a siłą.


Moje dyletanckie uwagi o chorobie i leczeniu najłatwiej mi zacząć od Birmy. Piewca imperialnej potęgi Anglii, ale mój ukochany swego czasu autor, Rudyard Kipling napisał kiedyś w wierszu o pagodzie starej w Mulmain, że nasi chorzy tam leżeli gdyśmy szli na Mandalaj. Anglicy zdobyli Mandalaj, ówczesną stolicę Birmy w 1885 roku, a ja przeczytałem wiersz Kiplinga prawie sto lat później, ale nie o to chodzi.


Kampanię Birmańską Anglicy zaczęli od założenia dla swoich wyborowych, zdrowych jak byki pułków ekspedycyjnych szpitala. Chorzy?! Tam nie powinno być żadnych chorych. A jednak byli, jak we wszystkich miejscach i czasach w historii Ziemi.


Wszechobecność choroby, nie tylko człowieka, ale i wszystkich istot żywych, może sprawiać wrażenie, że jest ona normalnym stanem rzeczy, a zdrowie rzadko spotykanym i bezcennym wyjątkiem. W rzeczywistości choroba to wiecznie zmienny punkt na skali między depresją a euforią, albo między słabością a siłą.


Fizyk powiedziałby, że skoro entropia tak bardzo przerasta pod każdym względem organizację, to niedomaganie zapowiadające rozpad i koniec organizmu jest stanem zupełnie normalnym i oczekiwanym. Przeciw temu jednak buntuje się wszystko, co żyje, a wyrazem takiego buntu jest właśnie medycyna.


Słaba, zawodna, skłócona – bo spragniona tego, co niemożliwe: wiecznego życia w wiecznej młodości, niezawodnego zdrowia i siły.


Równocześnie religie i kościoły, bodaj wszystkie, prezentują wobec choroby stosunek dwuznaczny: ma to być albo kara boża (dopust), albo rodzaj dobrodziejstwa (kogo miłuje Pan – tego doświadcza).


Jerzy Krzysztoń pisał wręcz o kalectwie jako o dziesiątym sakramencie. Równie dwuznaczny bywa stosunek do form leczenia – z jednej strony wszystkie chyba religie opiekują się chorymi, z drugiej próbują medycynę ograniczyć w dostępie do ciała chorego, możliwości przetaczania krwi, ograniczaniu środków przeciwbólowych i poprzez wydzielanie z fizjologii jakichś obszarów tabu (głównie rozrodu).


Tak czy owak w wielu odizolowanych od siebie miejscach świata zrodziły się różne koncepcje natury życia, budowy ciała i jego uzależnień, różne systemy diagnozy i terapii. Ta ostatnia opierała się na szeroko rozumianej budowie i właściwościach ludzkiego ciała oraz na dostępnych w danym miejscu specyfikach: zwierzęcych, roślinnych i mineralnych. Nawiasem mówiąc człowiek nie mógł powstać zbyt daleko od morza – poza pewną granicą brakowało mu jodu i zaczynały się kłopoty z tarczycą. Stąd bez wielkich badań wiadomo, że kolebką ludzkości nie mógł być Tybet, Andy, czy powiedzmy Podhale.


Przyjmuje się współcześnie, że ojczyznę człowieka stanowi Afryka, gdzie, zwłaszcza w fazie przedludzkiej, spędził miliony lat. Wniosek z tego byłby taki, że właśnie w Afryce powinno być najwięcej znanych człowiekowi substancji leczniczych – roślinnych i mineralnych. W Europie jesteśmy od pięćdziesięciu tysięcy lat, a to, jak się okazuje, za mało czasu, aby poznać jej rzeczywiste bogactwa. Jednocześnie konsekwentna i nieubłagana walka, którą toczyło chrześcijaństwo z czarownicami, sprawiła, że wielka część ludowej wiedzy medycznej uległa zaprzepaszczeniu.


W dodatku nowoczesna medycyna potraktowała alternatywne sposoby leczenia jako głupi zabobon. Nie tylko te rodzime, europejskie również. Do wspólnego worka wrzucono medycynę chińską, indyjską, tybetańską czy też amerykańsko-prekolumbijską.


Czytałem XVII-wieczną relację z duńskiej wyprawy do Arabii. W jej trakcie uczony, który zachorował, wolał umrzeć niż dać się leczyć medykowi arabskiemu – co prawda dość drastyczną metodą przyżegania. W tej chwili koło historii drgnęło i powoli, bardzo powoli zaczyna się obracać.


przyżegać – med. „przypalać chorą tkankę specjalnymi przyrządami lub środkami chemicznymi; kauteryzować” (przyp. Z. Ch.)


W Europie badania medyczne skończyły się wraz ze starożytnością, ze szkołami Hipokratesa czy Galena i przez długie stulecia powtarzano tylko ich poglądy, a nawet kopiowano podręczniki – i tak niezbyt ścisłe, skoro anatomię człowieka poznawano w oparciu o zwłoki małp człekokształtnych. Królowała niepodzielnie teoria czterech humorów, czyli temperamentów. Chyba zresztą takim ostatecznym idiotyzmem nie była, a odległość geograficzna sprawiła, że nie porównano jej w swoim czasie ani z chińskim jin-jang, czyli medycyną pięciu przemian, ani z indyjską ayurwedą i teorią siedmiu czakramów. A już tylko wzruszeniem ramion potraktowano by powinowactwo z prekolumbijskim czy syberyjskim szamanizmem.


A jednak... Ostatnie dwieście lat doświadczeń klinicznych i badań laboratoryjnych dowiodło, że musimy zaczynać niemal od zera, że są wielkie obszary anatomii i fizjologii człowieka oraz zwierzęcia, o których nie wiemy literalnie nic, albo co gorsza, mamy (na ich temat) najzupełniej błędne wyobrażenia.


Przede wszystkim dziedziną wręcz zakazaną była fizjologia seksu. Nie tylko ludzkiego! Najświeższym owocem w tym zakresie okazało się odkrycie, że samice zwierząt – wszystkich zwierząt – mają orgazm. Nastąpiło ono po milionach lat obserwacji, a jednocześnie zdumiało i przeraziło głębokością naszej ignorancji. Jeśli idzie o seks, Hindusi są o lata świetlne przed nami i nie chodzi tu o samą tylko sławną Kamasutrę. Podobnym odkryciem w stosunku do człowieka jest sławny punkt G, a tu wszystko wygląda jeszcze śmieszniej i głupiej, bo przecież umiemy mówić, a każdy człowiek, który istniał i istnieje, musiał się począć w identyczny, a zarazem ujmujący i namiętnie oczekiwany sposób.


Moja matka była lekarką, ale wiedzę o sprawach męsko-damskich musiałem czerpać od swoich, równie bezdennie głupich, co ja, rówieśników.


Jeszcze bardziej żałosny jest stan neurologii i wszystkich nauk o mózgu. Tu zresztą lekarzy można usprawiedliwić, jako że badania te są nieslychanie trudne. Dotyczą bowiem zarówno naszej świadomości, jak i, całkiem konsekwentnie, dokładnie wszystkiego: teologii, filozofii, fizyki, psychologii, psychiatrii, histologii. Wszystko, co wymienimy, kojarzy się z mózgiem, włącznie z radiotechniką, cybernetyką, astrologią i alchemią.


Jeśli chodzi o teorię i model działania mózgu, nasza wiedza składa się prawie wyłącznie z rozbieżności. Wiedza – czy raczej niewiedza medyczna – właśnie tu sięga absolutnych szczytów. Do tego stopnia, że nie wiemy nawet, czy coś jest samodzielnym organem czy tylko odbiornikiem, czy ukazuje świat, czy go tworzy, czy nie jest po prostu nieprawdopodobnym oszustem.


W istocie rzeczy to od mózgu i w ogóle systemu nerwowego biorą początek wszystkie różnice między europejską medycyną konwencjonalną, można rzec: kliniczną, a niekonwencjonalną, alternatywną, holistyczną.


Być może to właśnie tutaj kryje się tajemnica zdrowia i choroby, jak również po prostu życia i śmierci. Decyduje stosunek systemu nerwowego i umysłu do całej reszty.


Nie będę nawet wdawał się w trywialne rozważania, że medycyna konwencjonalna traktuje nas jak maszynę, w której zepsuło się to czy owo i zepsutą część trzeba wymienić. Chyba już żaden lekarz tak naprawdę nie myśli. Przekonania holistyczne są powszechne, ale równie powszechnie (…) ignorowane, bo nie wiadomo jak je praktykować.


Najwłaściwsze w tej sytuacji byłoby kryterium skuteczności. Czy chory zdrowieje, czy nie? Niestety, niestety! Zarówno medycyna holistyczna, jak i konwencjonalna ma swoje równie częste wzloty, jak i niewypały.


Jeśli traktować ludzi jako pacjentów, to nie słyszałem o takim, który by wcześniej czy później nie umarł. W grę wchodzi tylko przedłużenie życia, a jak się uda, to także zdrowia, siły i urody.


Wydawałoby się, że pierwszym krokiem na tej drodze powinna być znajomość ludzkiego organizmu. Ale ta ograniczona we wszystkich wymiarach istota jest tak straszliwie skomplikowana, że gdziekolwiek spojrzeć, rozciąga się otchłań szczegółów, a każdy szczegół szczegółu może okazać się decydujący dla losu całości.


Na dodatek nie ma dwóch rzeczy identycznych – włącznie z płatkami śniegu, ziarenkami piasku czy liśćmi.


Tym bardziej dotyczy to ludzi. Być może właśnie dlatego medycyna holistyczna ma ze swoimi podopiecznymi nieustanne przygody – jeden, jakby weń piorun strzelił, zrywa się z wyrka swej niemocy, a drugi, jaki był, taki pozostał. Nikt nie wie dlaczego, a przyczyn może być bez liku.


W świecie klasycznej fantasy, powieści o magii, podstawowym pojęciem jest utrzymanie równowagi. W imię tej równowagi bohaterowie dokonują czynów gigantycznych, albo całkiem wstrzymują się od działania. Głównie w parametrach dobra i zła (tak w oryginale – przyp. red. ). Bo bywa, to zależy od okoliczności, że taki sam czyn równowagę burzy, albo odwrotnie: przywraca ją czy też utrzymuje. Nie wnikając w dość skomplikowaną filozofię tego wątku zwrócę uwagę, że tak samo jest ze zdrowiem.


Przecież najwyższy cel medycyny to utrzymanie homeostazy, czyli po prostu równowagi, która z racji własnej natury musi być mniej lub bardziej chwiejna. Ale to już wystarczy do utrzymania zdrowia, bo homeostaza znaczy po prostu równowaga. Do homeostazy dąży zarówno medycyna konwencjonalna, jak i holistyczna. Pojawiają się tu jednak poważne różnice w terapii i mierzalności jej skutków.


Lekarz aplikuje pacjentowi, powiedzmy, wapno i może za pomocą analizy krwi, moczu albo czegoś innego przekonać się, ile tego wapna organizm wchłonął. A bioenergoterapeuta postąpi inaczej. Przesunie dłonią nad delikwentem, a to przesunięcie dłoni spowoduje wyrównanie nie tylko poziomu wapna, ale i wszystkiego innego, zarówno pod względem energetycznym, jak i biochemicznym. Ale w jaki sposób?


Ba, tego właśnie nie wiemy. Nie wie tego i sam bioenergoterapeuta, a wyjaśnienia są niezliczone. Energia kosmiczna, energia ciała, moce Ziemi, potęga modlitwy, Łaska Boska na koniec. Proszę się nie uśmiechać: to jest bardzo ważne, bo działa.


Co to takiego elektryczność, też nie wiemy, ale żarówka świeci. Być może nasze opinie na temat budowy materii i szczególnie biomaterii są kompletnie błędne, może istnieje w nas jakieś ciało astralne czy subtelne, którego wibracje zapewniają nam zdrowie, a brak w nich harmonii i równowagi sprawia, że chorujemy. Niewykluczone, że w grę wchodzi coś jeszcze innego, nie wiem. W każdym razie chyba każda medycyna niekonwencjonalna stawia sobie za cel przywrócenie homeostazy – stanu równowagi. To samo usiłuje z tymi samymi problemami robić homeopatia. Homeopatia to informowanie organizmu, w jaki sposób człowiek powinien postąpić, aby odzyskać równowagę. Bioenergoterapeuta dodaje choremu jakiejś energii i też ufa, że organizm będzie wiedział, co z nią zrobić.


Być może właśnie dlatego medycy niekonwencjonalni tyle uwagi przywiązują do zanieczyszczeń i oczyszczania jako czynności przywracającej równowagę. Zauważmy, że to samo czyni medycyna orientalna: jin i jang muszą być w równowadze. Jak – to już następny problem. W tych kategoriach zresztą medycyna konwencjonalna chce tego samego.


Ale wróćmy do oczyszczenia. Nie jest to niestety takie oczywiste, bo nie wiemy na pewno, czy zdrowy organizm powinien być czysty – i w jakim sensie. Na przykład oczyszczenie go ze wszystkich wirusów i bakterii spowodowałoby, zdaje się, zgon na miejscu.


Tutaj życzyłbym sobie od specjalistów – holistów trochę bardziej szczegółowych wyjaśnień, bo chociaż ogólnie rozumiem całą ideę, to jednak diabeł tkwi w szczegółach. Przy czym nie obchodzi mnie wcale, czy to oczyszczenie ma jakąś konkretną wykładnię, czy jest rodzajem rytuału.


Placebo może być przecież równie skuteczne – w tym przypadku zanieczyszczeniami mogą być moje własne przeświadczenia.


Teraz trochę zrobię (reklamy? – przyp. B.W.) Gabinetowi INTEGRUM i jego czeskiemu patronowi doktorowi Jonaszowi. Otóż zakład ten leczy za pomocą homeopatii, ale stosuje bardzo ciekawą metodę diagnostyczną. Proszę wybaczyć, że trochę koślawo to wyłożę, jednak nie znam się na aparaturze medycznej. Aparatura ta jest wyskalowana na właściwe, czyli zdrowe pole magnetyczne. Delikwent ściska elektrodę, w aparat wkłada się jakąś substancję a lekarz – operator urządzenia dźga go w drugą dłoń jakimś szydłem (elektrodą pomiarową – przyp. B.W.) i zamyka obwód. Wskazówka wychyla się mniej lub bardziej, a powinna w sam raz. Jeśli w aparat włoży się na przykład bakterie dżumy, to wskazówka zwariuje – widać, że moje małżeństwo z dżumą będzie niedobrane. A jeśli koniak – to proszę bardzo, whisky tym bardziej.


Dżumy ani koniaku nie było, ale sama zasada jest wyraźna: zamienić wskaźniki jakościowe na ilościowe, co jest ideałem każdej nauki.


Kropelki homeopatyczne ogromnie mi służą, zresztą miewałem już z nimi w przeszłości do czynienia z bardzo dobrym skutkiem. Na razie mnie czyszczą, nie w sensie biegunki jednak. Jak mnie już dostatecznie wzmocnią, stanę się niczym skrzyżowanie Samsona z Herkulesem, czy może Goliata z Achillesem, a wszystkie kolonialne, wspomniane na początku artykułu, pułki prasnę o ścianę i angielskich charłaków poprzepędzam. Już ja im dam Mandalaj, dobre mi sobie. A huzia! Do lecznicy INTEGRUM nie łaska?

--------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów