Błędna droga współczesnej medycyny

Autor tekstu: Janina Sodolska-Urbańska



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 1 z 2008 roku.


-------------------------------


Neurolog i psychiatra, dr Herbert Stiller w swojej książce Nauka bez serca ostro rozprawił się ze współczesną nauką. Twierdzi, że zastąpiła ona w pewnym sensie religię nie dopuszczając do świadomości błędów myśli ludzkiej. Wskutek tego nie staliśmy się bardziej obiektywni i świadomi, co chętnie sobie wmawiamy. Odbyła się tylko zmiana dekoracji.


Zawodność medycyny – zdaniem autora – objawia się w ten sposób, że zachowuje się ona dziś tak, jak kościół w średniowieczu: skostniała w dogmatach i systematyce – na tych, którzy myślą inaczej, rzuca klątwę. Panowanie jej kapłanów manifestuje się w żądaniu, aby każdy lekarz zobowiązał się kroczyć jedyną prawdziwą drogą metody naukowo-eksperymentalnej. Nawet ofiary pozostały te same. Kiedyś składano je ze zwierząt na ołtarzu bóstwa, a obecnie stanowią one ofiarę na stole laboratoryjnym nauki. Tylko ten, kto postępuje zgodnie z oficjalną metodologią, z jej wymaganiami, otwiera przed sobą zawodowe i społeczne możliwości zrobienia kariery. Nowa wiedza o decydującym znaczeniu musi walczyć z wielkim oporem, a wszystko, co nie pasuje do panującego paradygmatu, jest szybko dyskwalifikowane jako nienaukowe.


Przekonał się o tym każdy lekarz, który – wiedziony prawdziwym powołaniem – starał się pomagać pacjentom na wszelkie sposoby, nie tylko uznane przez autorytety akademickie. Medycyna w naszych czasach sprowadziła cierpienie ze sfery nadzmysłowej do zwykłego wydarzenia natury, starając się usunąć zakłócenia wnętrza za pomocą środków zewnętrznych i rezygnując z wpływu duchowego. Wszystkie elementy dawnej sztuki uzdrawiania otrzymały całkowicie nowy i inaczej zabarwiony sens. Przede wszystkim ogólny duchowy fenomen choroby rozpadł się na niezliczone pojedyncze, dokładnie skatalogowane jednostki. W ten sposób jej byt odseparowano od duchowej osobowości człowieka. Choroba – w takim ujęciu – nie oznacza, że coś przydarza się całemu człowiekowi, lecz jednemu z jego organów.


Z duchowego punktu widzenia to ludzie kreują cierpienie. Tymczasem medycyna w coraz większym stopniu oddziela cielesny ból od wewnętrznego nastawienia. Tam, gdzie nauki duchowe nakłaniają do nawrócenia, modlitwy i pokory przed Bogiem, medycyna serwuje swoim pacjentom zewnętrzne zasady, przepisy diet i medykamenty. Życie wewnętrzne zostaje oddzielone od cierpienia, stajemy się ofiarą chorób komórek i organów, uwolnieni od duchowej odpowiedzialności.


Lekarze już od dawna nie traktują siebie jako narzędzi wyższej siły duchowej. Nie proszą Boga o pomoc ulegając złudzeniu, że sami potrafią uzdrawiać.


Od końca XIX wieku w gabinetach lekarskich pojawiały się coraz bardziej skomplikowane urządzenia. Badania laboratoryjne pozwalały na rozpoznawanie nowych form chorób i przywiązywały świadomość lekarza do stworzonych przez niego pojęć. Rozwinęła się specyficzna terminologia i powstały schematy diagnozy, które mają niewiele wspólnego z indywidualnością pacjenta. Ten proces we wstrząsający sposób uwidacznia się w dzisiejszych czasach, gdy lekarze i pielęgniarki zamiast o panu X czy pani Y nieraz rozmawiają tylko o zapaleniu wyrostka robaczkowego, raku macicy itp. Chory zostaje zredukowany do organicznie widocznego symptomu.


Ekspansja farmakologii


Rozwinięta przez Hahnemanna homeopatia, uzdrawiający magnetyzm odkryty na nowo przez Mesmera i wiele innych metod, po początkowym rozkwicie, pomimo ich skuteczności, pozostały zjawiskami drugoplanowymi. Wiek XX, szczególnie w czasach powojennych, upłynął pod znakiem zwycięskiego marszu medycyny naukowej, która wyrosła na pozbawionych duszy pojęciach materialistycznej filozofii. Otrzymała ona potężne wsparcie ze strony farmacji, która w ścisłym związku z przemysłem chemicznym stała się wkrótce jedną z najsilniejszych gałęzi świata uprzemysłowionego. Cierpienie i ból coraz bardziej przyczyniały się do funkcjonowania lukratywnego, miliardowego biznesu.


Od lat na całym świecie trwają gorączkowe poszukiwania nowych farmaceutyków. Proces ten od dawna stracił z oczu swój pierwotny cel na rzecz coraz bardziej pozbawionego skrupułów myślenia o zysku. Widoczna sprzeczność między niezliczoną ilością medykamentów a katastrofalną sytuacją zdrowotną ludności wyraźnie ukazuje orientację dzisiejszego przemysłu farmaceutycznego.


Już w 1961 roku dr Walter Morell z Wydziału Medycznego Uniwersytetu w Cornell, którego czasopismo TIME określało jako jednego z czołowych ekspertów w dziedzinie środków leczniczych, pisał w Clinical Pharmacology and Therapeutics: Od dawna istnieje za dużo środków leczniczych. Na rynku pojawia się co roku około 15 tysięcy nowych mieszanek i tabletek, podczas gdy jednocześnie 12 tysięcy znika. Po prostu nie mamy dla tych wszystkich preparatów wystarczająco dużo chorób. Obecnie najkorzystniejsze ich działanie polega na usuwaniu niekorzystnych skutków innych środków.


Od 1961 r. ogólna liczba medykamentów, które corocznie wprowadza się na rynek, wielokrotnie się zwiększyła, natomiast chorób odpowiednio wzrosła. Nie stoimy zatem przed koniecznością wynajdowania nowych lekarstw, lecz raczej powinniśmy drastycznie obniżyć ilość obecnie istniejących, co automatycznie zmniejszyłoby ilość chorób. Większość ludzi nie wie, że zażywanie małych, cudownych tabletek nie tylko nie może usunąć dysfunkcji, ale je pogłębia, serwując nadwyrężonemu organizmowi nowe trucizny. Około 30 % wszystkich pacjentów przywiezionych do szpitala doświadcza dalszych szkód zdrowotnych wskutek leczenia, które tam zastosowano. W Ameryce liczbę ludzi zabijanych przez lekarstwa ocenia się na około 140 tysięcy rocznie.


Jeśli chodzi o choroby przewlekłe, to według obliczeń statystycznych występują one dzisiaj pięcio – sześciokrotnie częściej niż przed 50 laty. Ekspansja dolegliwości serca i układu krążenia pomimo miliardowych nakładów nie została zahamowana. Gwałtownie rośnie liczba zachorowań na raka. Coraz młodsze grupy wiekowe zapadają na nowotwory, które na przełomie XIX i XX wieku stanowiły raczej rzadkie zjawisko. Niemal bez zahamowania wzrasta ilość alergii, a jedna trzecia ludności cierpi na reumatyzm. Jednym słowem globalna sytuacja zdrowotna stale się pogarsza, mimo że jeszcze nigdy do tej pory nie korzystano w tak dużym stopniu z usług lekarskich.


W roku 1979 Instytut Naukowy AOK (chodzi o niemiecki odpowiednik Kasy Chorych) stwierdził z rezygnacją, że oczekiwanie związane z przedłużeniem życia spada proporcjonalnie do zwiększającej się liczby lekarzy. Dr Hans Halter podsumował ten wniosek w czasopiśmie Der Spiegel następująco: Obywatele, którzy mieszkają na terenach, gdzie jest wielu lekarzy i wiele szpitali, szybciej zamieniają się w pacjentów, są częściej operowani, zażywają więcej lekarstw ze skutkami ubocznymi i umierają statystycznie wcześniej. Gdy w związku z analizą kosztów słyszymy o tym rozpętanym obłędzie naszego systemu zdrowotnego, to nie tyle należy krytykować lekarzy, co raczej jednostronne alopatyczno-chemiczne dawkowanie leków, jak również zwalczanie i niewystarczające wspieranie skutecznie działającej bez efektów ubocznych medycyny naturalnej, zarówno w kraju jak i za granicą.


Zbawienne strajki lekarzy??


Do podobnych konkluzji prowadzą rezultaty dociekań badacza środowiska i biologa prof. Jakoba von Üxkülla, który po 30 latach specjalistycznych badań doszedł do wniosku, że w krajach rozwiniętych połowa wszystkich zachorowań spowodowana jest przez interwencje lekarskie.


Podczas 29-dniowego strajku lekarzy w Izraelu w roku 1973 liczba zgonów okazała się najniższa w historii, a liczba pogrzebów zmalała w tym okresie o prawie 50 %. Gdy w 1976 w Bogocie, w Kolumbii przez 52 dni nagle zabrakło lekarzy, liczba przypadków śmiertelnych zmalała o 35 %. Podobne zjawisko zostało zaobserwowane w Los Angeles i w 1978 w Wielkiej Brytanii.


Wydaje się, że dzisiejsi lekarze coraz chętniej stają się narzędziem przemysłu farmaceutycznego, a ich gabinety punktem rozprowadzania różnych leków. Większość praktykujących medyków już nie wyobraża sobie, jak mogliby wykonywać swój zawód bez wielkiej liczby coraz to nowych środków syntetycznych. Po bardzo pobieżnym wykształceniu farmakologicznym na uniwersytecie, u progu kariery zawodowej zasypywani są broszurami producentów leków, którzy na wielkoformatowych fotografiach wykonanych na najlepszym papierze chwalą swe najnowsze osiągnięcia. Atrakcyjne prezenty i zaproszenia mają na celu nakłonienie do stosowania preparatów określonej firmy.


Jak pisze Hans Rüsch w swej książce Die Pharma story, już w 1948 r. (!) imperium finansowe Rockefeller/Morgan wydało ponad 800 milionów dolarów na manipulacje opinii publicznej w kwestii zdrowia i lekarstw. Za pomocą różnorodnych, dodatkowo powołanych do życia tak zwanych filantropijnych organizacji, w obrębie imperium przemysłowego Rockefellera pod pretekstem dobroczynności przygotowywano pole do działania. Chodziło o wykreowanie populacji zależnej od leków, poczynając od wpływu na dzieci w szkołach. Na dorosłych oddziaływano poprzez reklamy i środki masowego przekazu, które z kolei były zależne od dochodów ze wspomnianych reklam. Ciekawe, że J. D. Rockefeller i jego syn w sprawach własnego zdrowia ufali tylko homeopatom, manifestując swoją nieufność wobec nowoczesnej medycyny, którą starali się rozpowszechniać za pomocą milionowych inwestycji.


Sprzyjał im fakt, że model mechanistyczny jest wygodny i na pierwszy rzut oka kuszący. Ciało staje się czymś, co można naprawić. Duchowa odpowiedzialność człowieka zostaje zredukowana; to medycyna decyduje o zdrowiu. Czarodziejska formułka udowodnione naukowo trzyma społeczeństwo w magicznym szachu. Wiara we wpajany od dziesięcioleci model człowieka – maszyny, która da się zreperować za pomocą skalpela i tabletki, stanowi dziś podstawę kompleksu medyczno-przemysłowego. Wykształceni lekarze, mniej lub bardziej dobrowolnie, funkcjonują jako motor tego systemu i w samych tylko Niemczech gwarantują funkcjonowanie narodowego funduszu zdrowia 500 milionami wystawionych recept i dwoma miliardami skierowań rocznie. To niewątpliwy sukces kampanii trwającej już ponad 50 lat!


Przy prezentacji sytuacji nowoczesnej medycyny nie chodzi o to, aby ją wyłącznie krytykować; raczej, aby uświadomić dające znać w jej obrębie nieodpowiedzialne tendencje. Stosowanie antybiotyku do zwalczania np. zapalenia płuc, które przed wprowadzeniem penicyliny wielu ludzi przypłaciło życiem, jest jak najbardziej potrzebne, natomiast zwalczanie każdej infekcji antybiotykami to wyraz braku odpowiedzialności. Efektem tego światowego nadużycia są coraz mniej odporni ludzie i coraz bardziej odporne bakterie.


Istnieje jednak dziedzina, w której medycyna funkcjonuje w sposób doskonały: pomoc w nagłych przypadkach. Naprawienie szkód, przynoszenie ulgi w bólu, złożenie np. złamanej nogi, czy zoperowanie zapalenia wyrostka robaczkowego to rzeczywiste sukcesy medycyny. Jednak nie potrafi ona leczyć, co przede wszystkim powinna robić. Dzieje się tak z tego powodu, że w swoich założeniach pomija całość zdrowia. Widzi tylko zbiór komórek i dlatego funkcjonuje częściowo. Może jedynie zwalczać objawy i tłumić obraz choroby. Kiedy jednak obserwuje się poszczególne przypadki, widać wyraźnie, że ludzie, którzy pozornie zostali wyleczeni, po krótkim czasie znowu podupadają na zdrowiu i cierpią na to samo, albo coś innego. Choroba ma bowiem o wiele głębsze podłoże niż zaburzenie procesów biochemicznych w ciele.


Sprzeczność medycyny – z jednej strony walczącej z szarlatanami, którzy nie postępują zgodnie z jej doktryną, a z drugiej powodującej poważne szkody zdrowotne – jest wprost przerażająca. Ta błędna droga zaprowadziła już tak daleko, że palącym nakazem dzisiejszych czasów stało się uświadomienie społeczeństwu prawdziwych związków między zdrowiem a chorobą. Coraz bardziej krytyczne artykuły w niektórych gazetach i czasopismach stanowią pierwszy krok we właściwym kierunku. Także wśród lekarzy pojawia się sporo głosów, które panujący system medyczny oceniają jako szkodliwy i dostrzegają, że stanowi on główny powód zwiększającej się liczby zachorowań.


Piekło zwierząt


Szczególnie zastraszający rozdział nauk medycznych pisany jest w ukryciu przed opinią społeczną. W wielu laboratoriach na całym świecie w służbie nauki w potworny sposób męczy się i zabija zwierzęta. Wykorzystuje się je nie tylko do testowania nowych lekarstw, lecz często do przeprowadzania bardzo wątpliwych eksperymentów naukowych.


Stosowne placówki najczęściej wypierają się takich praktyk lub bagatelizują problem. Jeśli jednak przeanalizuje się wyniki poszukiwań jednego z najbardziej zaangażowanych przeciwników eksperymentów na zwierzętach, wspomnianego wcześniej Hansa Rüscha, nie sposób uwierzyć w zapewnienia lobby. Teksty Rüscha dotyczące dręczenia zwierząt w laboratoriach pod płaszczykiem celów humanitarnych zostały już przetłumaczone na wiele języków i spotkały się z dużym zainteresowaniem. Wielokrotnie wytaczane autorowi procesy sądowe przez establishment medyczny kończyły się dla niego zawsze uniewinnieniem dzięki niepodważalnym dowodom, jakie zebrał. W swojej książce Fałszerze nauki w postaci suchych danych Rüsch prezentuje niewysłowione wręcz okrucieństwa wobec zwierząt.


Bezsensowność doświadczeń z ich udziałem w trakcie testowania nowych środków leczniczych, jest od dawna oczywista. Pod znakiem zapytania stoi również konieczność produkowania nowych lekarstw przy istniejącej już ich powodzi. Poza tym wyniki badań na zwierzętach nie pozwalają na wyciągnięcie jednoznacznych wniosków dotyczących działania analogicznych specyfików na organizm ludzki, co od dziesięcioleci udowadniają liczni specjaliści.


Przypomnijmy (o czym Nieznany Świat już swego czasu pisał), że thalidomid został przetestowany na zwierzętach, po czym producent wprowadził go do sprzedaży jako środek całkowicie bezpieczny dla kobiet w ciąży. Tragedia dużej liczby upośledzonych dzieci, stanowiąca następstwo zażywania tego leku, ukazała wyraźnie bezsensowność takiego postępowania. Ta sama historia powtórzyła się na początku lat 80-tych z lekarstwem na poranne nudności kobiet w ciąży (w USA znanego pod nazwą Benedictin, w Wielkiej Brytanii – Debendox). Mimo zaliczenia wszelkich testów wywołało ono liczne upośledzenia u niemowląt. Jeszcze inny przypadek wydarzył się parę lat wcześniej w Stanach Zjednoczonych ze sztucznym estrogenem, który zachwalano ciężarnym kobietom jako w pełni bezpieczny. Miał on je chronić przed poronieniami, tymczasem u ich córek w młodym wieku wywoływał szczególną formę raka pochwy. Rozpoczęto więc od nowa testy na zwierzętach, jednak na próżno; one nie chorowały. Nie doprowadziło to do jakiejkolwiek zmiany postępowania, czy choćby cienia refleksji po stronie eksperymentatorów, czego rezultatem jest nadal zastraszająca liczba doświadczeń prowadzonych na zwierzętach na całym świecie.


Fizyk teoretyczny z Uniwersytetu Wiedeńskiego, profesor Pietschmann w swojej książce Schyłek epoki nauk przyrodniczych pisze z ironią: Model, który konstruują nauki przyrodnicze, wydaje się nam poważniejszy, ważniejszy i realniejszy niż przeżywana rzeczywistość. Musimy jednak uzupełnić dzisiaj opis metody nauk przyrodniczych Galileusza dodając, że wszystko, co można zmierzyć, należy mierzyć, czego nie można zmierzyć, należy uczynić możliwym do zmierzenia, a wszystkiemu, czego nie można uczynić możliwym do zmierzenia, zaprzeczyć.


Tragedia zwierząt poddanych testom „naukowym” trwa nieprzerwanie. Zyski firm farmakologicznych ciągle rosną osiągając niewyobrażalne rozmiary. Czas z tym skończyć, a ludzie powinni poznać prawdziwe przyczyny dręczenia setek tysięcy zwierząt w laboratoriach na całym świecie.


Alternatywa


Brytyjska Izba Lekarska już przed wielu laty przyznała, że dzięki uzdrawianiu na drodze duchowej dochodziło do przypadków przywrócenia zdrowia, których nie można wyjaśnić stosując aparat nauk medycznych. W 1959 około 200 szpitali otworzyło tam swoje drzwi uzdrowicielom duchowym. Przywilej ten został im przyznany na takiej samej zasadzie, jak kapłanom.


W obliczu eksplozji kosztów w służbie zdrowia i niezdolności medycyny akademickiej do skutecznego leczenia stale rosnącej liczby chorych niezrozumiały wydaje się fakt, że rządy krajów uprzemysłowionych w dalszym ciągu inwestują duże sumy pieniędzy w system konwencjonalny. 10 tysięcy zgonów rocznie z powodu stosowania złych leków i 800 tysięcy lekomanów w samych tylko Niemczech wymaga przeorientowania dotychczasowej koncepcji medycyny. Takie są zresztą życzenia części lekarzy. Wielu z nich wykazuje duże zainteresowanie uzdrowieniami na drodze duchowej, a inni wyrażają chęć dokształcania się w zakresie metod leczenia naturalnego. Jednak ogromna większość boi się przekroczyć granicę tabu.


Duża liczba lekarzy idealistów, których do tego zawodu przywiodło prawdziwe powołanie, stara się urzeczywistniać wyższe ideały, również wewnątrz systemu. Często jednak po pewnym czasie poddają się i podporządkowują strukturze. Inni, chcąc skutecznie pomagać chorym, walczą o swoje racje i najczęściej skazują się w ten sposób na izolację, odrzuceni przez swoich kolegów.


Doktor filozofii Alois Dreizehnter, były docent uniwersytecki w dziedzinie nauk starożytnych, po wnikliwym przestudiowaniu starych metod uzdrawiania na całym świecie, zrezygnował z działalności naukowej i otworzył w Berlinie Centrum Uzdrawiania Holistycznego. Twierdzi on, że medycyna akademicka przekazuje wiedzę fachową natury biologicznej i chemicznej, którą można z powodzeniem stosować w życiu codziennym i w leczeniu człowieka. Jednakże reprezentowana przez nią filozofia jest przestarzała i pochodzi z XIX wieku. Z jej punktu widzenia człowiek stanowi bardzo skomplikowaną maszynę bez duszy i odpowiednio do tego założenia jest traktowany. A przecież istota ludzka to coś więcej niż ciało fizyczne.


Bycie chorym i bycie zdrowym stanowi kwestię równowagi duchowo-cielesnej, wewnętrznej harmonii, wyrównywania przeciwieństw. Z tego powodu każde zaburzenie funkcji cielesnych wymaga zainicjowania procesu oczyszczania i dojrzewania. Choroba jest tylko jedna, tak jak istnieje tylko jedno zdrowie. Uzdrowienie, czy też uleczenie jest więc w ostatecznym rozrachunku wydarzeniem o głębokim znaczeniu, które prowadzi do poszerzenia świadomości i tym samym do większej wrażliwości w życiu. Komu uda się rozwiązać wewnętrzne sprzeczności i wrócić do spokoju wiecznego bytu, który starzy Chińczycy nazywali Tao, ten nie będzie chory.


Pierwszy akcent nawrócenia i odnowy służby zdrowia poprzez uzdrowienia na drodze duchowej w Niemczech pojawił się w latach 50-tych dzięki działalności Bruno Gröninga. Stworzył on podstawę, która dzisiaj, dziesiątki lat po jego śmierci otwiera dostęp do uzdrawiającej energii coraz większej liczbie ludzi.


Bruno Gröning jako pierwszy musiał stawić czoła masowemu oporowi kręgów lekarskich. Jego działanie poruszyło opinię publiczną w powojennych Niemczech. Prasa pod wpływem lekarzy z premedytacją wprowadzała w błąd czytelników w kwestii skuteczności jego uzdrowień. Musiał się ciągle bronić przed fałszywymi zarzutami i pospolitymi kłamstwami. W czasopiśmie Münchner Merkur z 19 września 1949 roku tak odpowiedział na publiczne ataki na jego osobę: Nigdy nie byłem i nie będę wrogiem lekarzy. Współpraca z tymi, którzy wykonują swój zawód z powołania, szukając bez wytchnienia wszystkich możliwości, jakie mogłyby przynieść uzdrowienie chorym, jest dla mnie bardzo ważna. Zarówno przyjaciele, jak i przeciwnicy będą mogli wkrótce, niezależnie od wiary i wątpliwości, wyrobić sobie jasny obraz moich uzdrowień, którego nie zatrze żadna gazeta. Również wątpiący – ci medycznie wykształceni – zrozumieją, w jakim wymiarze wiara w Boga i życie zgodne z jego przykazaniami jest fundamentem duchowego zdrowia i tym samym pierwszą przesłanką zdrowia cielesnego.


Istnieją tysiące notarialnie potwierdzonych relacji o odzyskaniu zdrowia dzięki ludziom, których los obdarzył niezwykłym darem. Mimo to lekarze, którzy mentalnie żyją jeszcze w minionej epoce, odrzucają je. Cudowne uzdrowienia Matthiasa Brennera w Luksemburgu, sensacyjne powroty do zdrowia w Lourdes, fakt że Leon Alalouf wyleczył między innymi 300 lekarzy, którzy nie uzyskali pomocy od kolegów po fachu, jak również działalność Bruno Gröninga w Niemczech w latach 50-tych XX wieku – wszystko to dla oponentów stanowi jedynie dowód całkiem naturalnych procesów. Jednak żaden z lekarzy, którzy kwestionują wspomniane fakty, sam nie odnotował takich naturalnych procesów.


Uzdrowienia na drodze duchowej


Erika B. doznała w marcu 1983 roku wypadnięcia jądra galaretowatego. Ponieważ nie chciała poddać się operacji, dolegliwości leczono lekarstwami, masażami i naświetlaniami, co przynosiło jedynie niewielką poprawę. Niestety jej zdolności poruszania zostały znacznie ograniczone. Mogła chodzić tylko bardzo powoli, i to najwyżej 100 metrów. Cały czas towarzyszył jej silny ból. Była zrozpaczona i sądziła, że przez resztę życia nic się nie zmieni.


W maju 1989 roku z artykułu prasowego dowiedziała się o Bruno Gröningu i wkrótce potem zaczęła praktykować jego naukę. Kilka miesięcy później dolegliwości, na które cierpiała od sześciu lat, znikły. Dzisiaj znowu może gonić tramwaj, co wcześniej było nie do pomyślenia.


Gerta Jacobs upadając z roweru doznała wylewu krwi w lewym podudziu. Wylew nie znikał, a 6 lat później zamienił się we wrzód, który stale powiększał się i osiągnął wielkość 5 x10 cm. Ból trwał latami, a wielka, otwarta rana mimo starań lekarzy nie chciała się zagoić. Chora zażywała cały czas silne środki przeciwbólowe, a po 15 latach leczenia pojawiło się w dodatku uczulenie na maść. Pewien specjalista za pomocą zastrzyków próbował wyeliminować największe żylaki. Sądził, że spowoduje to poprawę, a tymczasem wywołał stan zapalny żył. Kobieta czuła się bezsilna i zrozpaczona.


Wtedy znajoma opowiedziała jej o Bruno Gröningu i obiecała przyjmować dla niej uzdrawiającą siłę. I oto w niedługim czasie Greta Jacobs przeżyła coś cudownego. Po wielu latach przespała całą noc i rano nie odczuwała bólu w nodze. Kiedy zdjęła opatrunek, zobaczyła że róża przyranna zniknęła; nie było widać również stanu zapalnego. W nocy na wrzodzie utworzyła się różowa cienka skórka; jedynie w środku pozostała ranka wielkości 3 x 4 cm, która zagoiła się w następnych tygodniach. Wydarzyło się to przed siedmioma laty i wyleczenie okazało się trwałe.


Prawdziwe uzdrowienie na drodze duchowej nie ma w sobie nic wspólnego z okultyzmem. Jest czymś naturalnym, co istnieje dzięki czystej miłości bliźniego i Boga. Rewolucja w medycynie, odnowa służby zdrowia poprzez siłę ducha w systemie, który prawie całkowicie zapomniał o człowieku, to konieczność. Żaden uzdrowiciel nie chce wykluczyć lekarzy; przeciwnie, wszyscy podkreślają, że pragną współpracy.


Warto sobie uświadomić, że medycyna w dzisiejszym kształcie funkcjonuje od niedawna, podczas gdy duchowe uzdrowienia są praktykowane od tysiącleci. Najwyższa więc pora, aby fenomen cudownych uzdrowień został obiektywnie wyjaśniony, w sposób wolny od osobistych uprzedzeń, przesadnej retoryki i indywidualnych zawiści. Nie żyjemy już w czasach odkrywania maszyny parowej, lecz na początku nowej ery, o której możemy powiedzieć tylko tyle, że prawie nic nie wiemy.


Artykuł ten powstał na podstawie kilku wymienionych w publikacji książek zachodnich autorów, a zwłaszcza Herberta Stillera, Matthiasa Kampa, Hansa Haltera, Waltera Morella, Hansa Rüscha, profesora Pietschmanna, Aloisa Dreizehntera i innych.


--------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów