Gdy bogowie stąpali po Ziemi

Autor tekstu: Jan Aleksandrowicz



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 4 z 2008 roku.


-------------------------------


Nad Tiahuanaco świeci olbrzymia tarcza Księżyca, który – od momentu gdy się pojawił – nigdy nie opuszcza swego miejsca na niebie. W niezmierzonym strumieniu czasu, jaki pokonał wędrując przez Wszechświat, ten przystanek był szczególnie obiecujący. Planeta, w pobliżu której zacumował na geostacjonarnej orbicie, stwarzała bowiem ogromne możliwości dla rozwoju życia. We wnętrzu Srebrnego Globu zaczęła się więc intensywna praca nad doskonaleniem istniejących na Ziemi gatunków. W świecie ezoteryków zagadka mitycznego, zaginionego kontynentu jest tematem na miarę reinkarnacji. Stosunkowo łatwo też znaleźć relacje osób, które twierdzą, że w swoich poprzednich wcieleniach były mieszkańcami Atlantydy i opisują ją jako cywilizację o nadzwyczaj wysokim, nieosiągalnym obecnie poziomie techniki i wyjątkowych walorach ducha. Inni uważają, że cała ta sprawa jest wyłącznie tworem wyobraźni.


Tak można rozpocząć rozważania nad niektórymi teoriami dotyczącymi Atlantydy. Może się to wydawać pomysłem dziwnym, przyjrzyjmy się jednak pewnym faktom.


Apollonios Rodyjski w swoim dziele Argonautyka, powołując się na Konstytucję Tegeańczyków Arystotelesa, wspomina o apijskich Arkadyjczykach z górzystej części kraju, żywiących się żołędziami, a było to w czasach, gdy jeszcze nie było na niebie Księżyca. Również Plutarch powtarza tę informację, mówiąc o jednym z władców Arkadii Proselenosie, tzn Starszym od Księżyca, który władał ludem pierwotnych mieszkańców Arkadii zwanych Proselenidami. Taka sytuacja mogła powstać, gdyby Księżyc znajdował się na orbicie geostacjonarnej po drugiej stronie kuli ziemskiej, nigdy nie będąc widzialnym dla mieszkańców greckiej Arkadii. Dla zinterpretowania tego scenariusza przydatna okaże się, potraktowana z dużą swobodą, tzw. teoria Welteislehre (1913), stworzona przez inżyniera Hansa Hörbigera z Wiednia.


Spróbujmy sobie wyobrazić konsekwencje takiej sytuacji dla samej Ziemi. Pod wpływem przyciągania Księżyca, który znajdował się wtedy dużo bliżej naszej planety niż obecnie (nadal cały czas się oddala) przybrała ona kształt gruszki lub jajka.


Po stronie satelity skupiały się olbrzymie masy wody i w swej górnej części atmosfera. Potwierdzenie tego faktu znajdujemy u H. S. Bellamy'ego (The Atlantis Myth).


Tiahuanaco leży nad jeziorem Titicaca, w kotle otoczonym górami. Na ich zboczach pozostały ślady dawnego brzegu jeziora. Łącząc linią przeciwlegle ślady brzegów stwierdzimy, że dawny poziom wody był w stosunku do obecnego pochylony. Odchylenie na dystansie 620 km wynosi ponad 300 m. Kiedy liczby te przeniesiemy na warstwice powierzchni Ziemi we wspomnianej części Ameryki Płd., okaże się, że Andy w okolicach Tiahuanaco stanowiły wyspę na oceanie, którego poziom sięgał poziomu jeziora Titicaca – czyli był w tym rejonie wyższy o 4 000 m!!! Do wspomnianych rewelacji dodajmy mit głoszący, że Tiahuanaco jest najstarszym miastem na Ziemi i że właśnie tu Wirakocza stworzył pierwszych ludzi.


Do tych zagadek dorzućmy pobliskie ruiny Puma Punku ze śladami niezwykłych technologii obróbki kamienia, a wyłoni się obraz cywilizacji, która – według luminarzy współczesnej nauki – nie miała prawa istnieć.


Zróbmy teraz pewien przeskok do indyjskiego eposu Mahabharata, gdzie czytamy m. in. o trzech miastach w Kosmosie i wojnie bogów, która doprowadziła do ich zniszczenia: Kiedy owe trzy miasta spotkały się na firmamencie, bóg Mahadeva przebił je strasznym promieniem o trzech pasmach … Gdy miasta zaczęły się palić, Parvati pospieszył tam, żeby obejrzeć ten widok. Przekładając to na język współczesny, można założyć, że w przestrzeni kosmicznej doszło wówczas do kataklizmu, który spowodował wybicie Księżyca z geostacjonarnej orbity i jego przyspieszony ruch okrężny wokół Ziemi. Na naszej planecie zaczęło się wówczas piekło, którego wspomnienie przetrwało do naszych czasów – m. in. w Biblii jako opis potopu, w micie o Faetonie itp.


Naruszony został dotychczasowy ustalony porządek przyrody, zakończył się Złoty Wiek ludzkości, w którym bogowie żyli wśród ludzi, a niebo było pełne wiman przenoszących ich do kosmicznych miast. Targana bez przerwy „bólami porodowymi” planeta rodziła swój znany nam obecnie kształt. Ten wstępny proces, według Księgi Rodzaju rozdz. 7 i 8, trwał około 375 dni. Na całej Ziemi zmiecione zostały ślady poprzedniej cywilizacji, a ludzkie niedobitki znalazły się w epoce jaskiń i kamienia łupanego.


Z wojny bogów ocalał Księżyc i jedna z małych stacji kosmicznych, które funkcjonowały w punkcie L-5 między Ziemią i Srebrnym Globem – być może jako punkt przesiadkowy. Aby ją uratować wraz z mieszkańcami, pozostał tylko jeden sposób: sprowadzenie na Ziemię. Manewr nie wydawał się bardzo trudny i ryzykowny, ale w sytuacji, gdy Księżyc zaczął oddalać się od naszej planety, stacja i tak musiała na nią spaść, gdyż zmienił się układ oddziałujących na nią sił.


Podjęto decyzję o wodowaniu, gdyż zmniejszyło to ryzyko ostatecznej katastrofy. Ów zamysł się powiódł, mimo że stacja – po przejściu przez atmosferę i zderzeniu z wodą – była mocno pokiereszowana. Unosiła się teraz na powierzchni oceanu jak wielka płaszczka z długim ogonem. Aby nie zatonęła, konieczne okazało się osadzenie jej na stałym gruncie. Zwiad powietrzny ocalałych wiman odnalazł na oceanie pierścień wysp, który otaczał otwartą na południe zatokę o odpowiedniej głębokości. Zapadła więc decyzja o osadzeniu tam stacji tak, aby po ustaleniu poziomu wody znalazła się na suchym lądzie. Gdy wody opadły, kosmiczny moduł zapadł się w muł i rozmiękłe osady, kotwicząc już na stałe w olbrzymiej dolinie otoczonej górami.


Tak oto stacja kosmiczna stała się stolicą Atlantydy znaną nam jako Cerne. Gdy osiadła ona w gruncie, można przyjąć, że minimum jedna trzecia jej konstrukcji wystawała ponad poziom terenu, co daje wysokość ok. 60 m. Biorąc pod uwagę kształt każdego pierścienia w postaci rury wypełnionej pomieszczeniami, musiano rozebrać część konstrukcji, by powstał płaski teren. Fragment zewnętrznej obudowy pozostawiono jako mur obronny. Jeżeli dodatkowo uwzględnimy fakt, że pewna liczba pomieszczeń znajdujących się pod ziemią została zmiażdżona pod ciężarem stacji (a przecież była to jej część najbardziej zniszczona podczas przejścia przez atmosferę i wodowania), znajdziemy źródło pozyskiwania różnych materiałów do budowy konstrukcji zewnętrznych.



Analizując dalsze szczegóły dotyczące Cerne stwierdzimy, że również konstrukcja murów poszczególnych pierścieni da się wyjaśnić budową stacji kosmicznej. Pierścień zewnętrzny był pokryty miedzią czy też raczej przypominającym ją materiałem (gdyby to była zwykła miedź, w morskim klimacie wyspy prawie natychmiast pokryłaby się zieloną patyną i trudno byłoby identyfikować ją z metalem). W stacji ta część przeznaczona była na lądowiska, hangary, zaplecze techniczne do obsługi sprzętu latającego, w związku z czym wykonano ją z tańszego materiału. Tłumaczy to także obecność tzw. doków dla okrętów ukrytych pod powierzchnią pierścienia.


Drugi pierścień ziemny był pokryty stopioną (?) cyną lub czymś co ją przypomina (podobnie jak miedź, cyna utlenia się, tworząc szarą warstwę patyny, co trudno z zewnątrz uznać za metal). Ów pierścień w stacji stanowi miejsce pracy i odpoczynku załogi. Znajdowały się w nim pomieszczenia mieszkalne, rekreacyjne, produkcyjne oraz laboratoria i ogrody. Pokrycie go innym materiałem, niż zewnętrzny, jest zrozumiałe - wszak miał zapewnić zwiększone bezpieczeństwo. (Tak nawiasem mówiąc: czyżby jego powierzchnia nie była gładka tylko chropowata? Stopiona cyna tworzy nacieki!).


Wyspa centralna w stacji pełniła funkcję centrum dowodzenia, znajdowały się tam systemy łączności, obrony i zasilania, a także obiekty użyteczności publicznej oraz siedziba dowódcy. W późniejszym czasie zlokalizowano w tym miejscu świątynię i siedzibę króla. Biorąc pod uwagę znaczenie tego miejsca,

jego ochrona musiała być nadzwyczajna.


Dlatego zostało ono pokryte czymś, co nazwano orichalkiem, którego identyfikacja jest do dziś niemożliwa. Wiemy jedynie, że materiał, o jakim mowa, lśnił jak ogień, co świadczy o tym, że odbijał światło słoneczne tworząc wspaniały widok dla nadpływających okrętów.


Kanał łączący Cerne z morzem miał długość 9 km i mógł powstać nad zatopionym w gruncie łącznikiem stacji z częścią przeznaczoną na oczyszczalnię wody, recykling odpadów oraz węzeł cumowniczo-przeładunkowy dla większych obiektów kosmicznych. Ze względu na swoje wymiary węzeł znalazł się poza linią brzegową wyspy, a jego ściany wystające ponad powierzchnię wody mogły w późniejszym okresie stać się falochronami dla wpływających do wąskiego kanału okrętów. Tym, którzy pływają, nie trzeba tłumaczyć, jak wielkie znaczenie ma taki falochron przy sztormowym wietrze i silnym falowaniu. Dla jasności trzeba dodać, że zewnętrzny pierścień wody musiał zostać dobudowany sztucznie już po osadzeniu stacji na lądzie - tak, aby umożliwić dostęp do tych urządzeń, które znalazły się w pierwszym pierścieniu zewnętrznym. Mur usytuowany na zewnątrz pierścienia wodnego i kanału łączącego go z morzem był kamienny, a technika jego wykonania zapewne nie odbiegała od konstrukcji twierdzy Sacsayhuaman w Peru.


Załoga stacji po zagospodarowaniu się na stałym lądzie rozpoczęła rekonesans i swoistą inwentaryzację Ziemi, która uformowała się na nowo (stąd m. in. mapy Piri Reisa). Wszczęto poszukiwania pozostałych przy życiu ludzi, a także prace nad ich usamodzielnieniem i udoskonaleniem genetycznym (neandertalczyk, kromaniończyk). W scenariusz ten można wpisać człowieka z Mouillans, który przewyższa nas pojemnością czaszki (my mamy maksymalnie: l 400 cm , on - 2 300 cm ) i, co ciekawe, żył na terenach Maroka i Algierii ok. 12 000 lat temu. Czyli w okresie bliskim zagadkowej Atlantydzie, przy czym znikł z powierzchni Ziemi tak samo bez śladu, jak ona.


Rozbitkowie z planety Ziemia traktowali ratowników z Cerne jak bogów. Stali się oni ich nauczycielami i przewodnikami, którzy tworzyli podwaliny nowej cywilizacji. W zbiorowej pamięci pozostali boskimi założycielami (np. Sumer, Egipt itd.). Z Atlantydy, a zwłaszcza z jej serca - Cerne płynął życiodajny strumień wiedzy i pomocy. Wszystkie drogowskazy pokazywały jeden kierunek: boską wyspę. Nawet tym, którzy unosili się w przestworzach (dowód: tzw. kandelabr Andów z Paracas w Peru - piękny ślad władztwa Posejdona, jego trójząb).


Pierwszym władcą Cerne był właśnie Posejdon, pan mórz, choć, co dziwne, w okresie jego panowania - jak podaje Platon - nie było jeszcze żeglugi i okrętów. Biorąc jednak pod uwagę ówczesny stan planety i ocalałych z kataklizmu ludzi, trudno spodziewać się czegoś innego.


Ludzkość wolno dźwigała się z upadku po potopie, ale mieszkańcy Cerne nie byli wieczni. By przetrwać, weszli w związki z ludźmi tworząc nowe pokolenia, mieszankę bogów i ludzi. Przekazywana wiedza początkowo okazała się użyteczna, a urządzenia Cerne wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem. Gdy jednak wiedzą tą zaczęto posługiwać się w złym celu, a przodków i ich nauki traktować jak mitologię - musiało dojść do przesilenia. Być może ostatni wtajemniczeni w technologię bogów lub kosmiczni strażnicy, którzy przetrwali w księżycowych bazach, podjęli wówczas decyzję o zniszczeniu Cerne i wszystkiego, co strefę tę otaczało. Można było tego dokonać na różne sposoby - np. uruchamiając procesy geologiczne, powodując upadek meteorytu lub dokonując eksplozji centrum energetycznego stacji. Dziś zresztą technologia takiego aktu wydaje się mniej istotna od powodów, dla których zdecydowano się na ten krok - znów do czegoś nie dorośliśmy!


Po Atlantydzie i Cerne pozostały na Ziemi setki zagadek oraz miejsc upamiętniających jej istnienie (np. Muyuc Marca w Cuzco w Peru lub tzw. ołtarze nieba w innych rejonach na kuli ziemskiej). W Wielkiej Brytanii istnieje Cerne Abbas na wzgórzach Dorset, skąd 55-metrowy olbrzym wymachuje maczugą, a cała południowa Anglia jest usiana znakami na ziemi, o Stonehenge nie wspominając. W mitologii, religiach i filozofii przebija do dziś dziedzictwo Atlantydy, choć występuje ono pod różnymi nazwami, które nie zawsze łatwo rozpoznać. To tęsknota za złotym wiekiem, rajem utraconym, kiedy Bóg prowadził człowieka za rękę i osobiście udzielał mu wsparcia. I właśnie ta tęsknota jest siłą historii spisanej przez Platona. Jest w niej zawarta nadzieja i zarazem przestroga. Zgodnie z tą ostatnią, my, ludzie dotrzemy do tego poziomu, co bogowie, ale powinniśmy uczynić wszystko, by nie podzielić ich losu.


-----------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów