Pospolite ruszenie przeciw nowotworom i innym chorobom

Autorka tekstu: Stefania Korżawska



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 11 z 2009 roku.


-------------------------------


Wszystkie te wspaniałe rośliny ofiarowane przez Naturę są w zasięgu ręki. Wystarczy tylko je poznać i wykorzystać ich moc.


Autorka prezentowanej publikacji, Stefania Korżawska, jest niezwykle ciekawą postacią. Dla tej absolwentki studiów polonistycznych prawdziwą życiową pasją stały się zioła. Napisała na ich temat wiele książek, a także posiada ogromną wiedzę dotyczącą świata roślin leczniczych. Warto odnotować, że Stefania Korżawska wiedzę tę połączyła z filozofią, historią, poezją. Stąd zioła w jej twórczości pełne są życia, radości, piękna, dzięki czemu działają na wyobraźnię nowoczesnych ludzi oderwanych od przyrody i związanych z nią wartości.

Sama autorka mówi o sobie tak: – Od czterech lat propaguję zioła w audycjach radiowych i telewizyjnych. O swoich „przyjaciołach” staram się opowiadać barwnie i ciekawie. Ktoś nawet stwierdził: „Pani śpiewa, nie mówi”. Tak, to jest mój śpiew o ziołach, istotach podobnych nam, ale piękniejszych, wrażliwszych, lepszych.

Moje zioła rozsiadają się na telewizyjnym stole i olśniewają swoją urodą, wdziękiem i mądrością. A ja prezentuję ich charaktery i charakterki, mówię o ich prostym, barwnym życiu, ale jednocześnie wracam do przeszłości i przypominam przyjaźnie ze sławnymi ludźmi. Wszak zioła kochali i podziwiali cesarze, królowie, hetmani, artyści. Hitami ubiegłego roku były winka i syropy króla Jana III Sobieskiego, królowej Bony, hetmana Chodkiewicza, a herbatki Chopina, Mickiewicza czy króla Stasia smakują rodakom i w Polsce, i za granicą.

I dalej: Mój ziołowy świat tętni życiem, jest barwny i wesoły. Jakże przyjemnie jest wspólnie ze mną spacerować polnymi dróżkami, słuchać śpiewu ptaków, szumu zbóż, poznawać cudne maki polne, chabry, które mają kolor nieba, niewinne rumianki, wesolutkie przetaczniki, słoneczną macierzankę czy ciekawą świata cykorię wędrowniczkę.

Od wielu lat rozpowszechniam hasło: „Cały naród pije herbatki ziołowe”. Dzięki wsparciu radia i telewizji tysiące Polaków zaczęły popijać ziołowe herbatki książęce, królewskie. Ludzie pokochali zioła, a nasz rodzimy kurdybanek stał się telewizyjnym ulubieńcem, powędrował do domów miejskich i wiejskich, zdobi parapety, balkony i ogródki przydomowe, żywokost po programie telewizyjnym otrzymał zaszczytną nazwę – panicz Polskiej Ziemi, zaś wesolutki przetacznik wystąpił w audycji pana Szymona Majewskiego. Macierzanka, czyli kochanka słońca zauroczyła swoim wyglądem i słońce, i ludzi, a wraz z kozieradką jako zioła filozofów rozświetlają one umysły maturzystów i studentów przed egzaminami.

Szukam sojuszników ziół, szukam miejsca dla swoich przyjaciół w studiach radiowych i telewizyjnych. Pragnę, by zioła, które pokochali, nie mogły samotnie odchodzić z pól i łąk. Trzeba więc je pokazywać, prezentować ich wartość. Wówczas nasze słowiańskie, życzliwe dusze otworzą się na ten urokliwy świat, powrócą do niego, by na nowo uczyć się zdrowego życia w harmonii z przyrodą.


Dawna medycyna traktowała człowieka całościowo, a ci, którzy się nią posługiwali przy pomocy różnych metod, starali się wprowadzić do chorego organizmu porządek, ład i harmonię. Obecna medycyna, niestety, bardzo krytycznie podchodzi do ogromnej wiedzy minionych pokoleń. Postawiła ona na nowoczesność, w efekcie czego w wielkich laboratoriach naukowcy – w oderwaniu od realnego życia – szukają wciąż super lekarstwa na rozliczne choroby.


Gdy obserwuje się te zmagania medycyny, coraz częściej można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia a walką Goliatów. Z jednej strony bowiem pojawiają się coraz silniejsze i nowocześniejsze środki medyczne, z drugiej zaś coraz okrutniejsze choroby. Krwiożercza walka trwa, a niewinni ludzie skazywani są na okrutne cierpienie. Biblia nie popiera takiej walki, bowiem z Goliatem walczy Dawid, nieuzbrojony, delikatny, inteligentny młodzieniec. Stąd płynie wniosek, że Bóg każe nam świat zdobywać mądrością, a nie siłą. Dlatego również chorobę należy pokonywać mądrością, a mądrość, to przestrzeganie praw, które obowiązują w Naturze. I do takiej mądrości trzeba wrócić, jeśli pragniemy normalnie i godnie żyć.


Naukowcy swoimi wynalazkami nie powinni psuć Ziemi, przyrody, a tym samym niszczyć zdrowia człowieka. Wszystkie siły należy skierować w stronę mądrego ratowania planety. Przede wszystkim musimy wrócić do zdrowego odżywiania, w tym także ziół. Mają one ogromną moc, łączą bowiem w sobie świat materialny i duchowy. Potrafią więc od początku zestroić to, co zostało rozstrojone w niezwykle subtelnych i delikatnych energiach człowieka. Nie wolno też upierać się przy jedynie słusznej metodzie, która polega na zwalczaniu wszelkich chorób za pomocą syntetycznych tabletek, a gdy nie pomoże pigułka, pozostaje jeszcze operacja, a na końcu przeszczep. Nie należy też traktować choroby jako Bożego dopustu. Wszak jest ona wynikiem naszych błędów popełnionych na własnym organizmie. Trzeba więc tak mądrze zadbać o swoje ciało, by zdrowie zaczęło powracać.


Maści przeciwnowotworowe


Mój ojciec przed wojną uczył się ziołolecznictwa w szkole rolniczej. Mogę sobie tylko wyobrazić, jakich miał nauczycieli, skoro zaszczepili w nim tak wielką miłość do przyrody. Kochał zwierzęta i rośliny, Ziemię Podlaską, na której się urodził. Ziemia to Matka Rodzicielka – powtarzał – i trzeba o nią dbać, pielęgnować ją, żeby wydawała zdrowe plony. Jego ziemia nie znała żadnych środków syntetycznych ochrony roślin, nie znała nawozów sztucznych, a chwasty wyrywało się ręcznie. To była ciężka praca, ale dawała ogromne zadowolenie, bo plony były przednie, a pożywienie zdrowe, życiodajne.


Na takiej zdrowej ziemi rosły również urokliwe, cenne zioła. Zrywaliśmy te lecznicze roślinki, a później suszyliśmy w zielarni. Mój dom rodzinny pachniał więc zawsze ziołami. A ojciec przygotowywał z nich różne ziołowe winka, syropki, miksturki, maści. Te ziołowe eliksiry służyły nie tylko nam, lecz również ratowały zdrowie, a nieraz nawet życie sąsiadom.


Doskonale pamiętam, jak tato w cudowny sposób wyleczył rozlewający się, olbrzymi guz na ręku pewnej kobiety. Gdy na nic się nie zdały fachowe zalecenia i groziła amputacja ręki, zrozpaczona chora zwróciła się o pomoc do mojego ojca. On zaś zaordynował wówczas maść z tulipana przeciw guzkom nowotworowym.


A oto przepis na nią: Cebulki (bez korzeni), liście, łodygi, kwiaty z dwóch żółtych tulipanów, garść liści babki lancetowatej, 5 liści szczawiu końskiego (kobylaku) – wszystko dokładnie umyć, osączyć, drobno pokroić, wsypać do słoika, wlać pół litra oleju lnianego, postawić na słońcu. Latem eliksir może stać na balkonie, od jesieni do wiosny na parapecie. Energia słońca wzmocni jego działanie. Nie przecedzać, odlewać tylko tyle, ile w danej chwili potrzebujemy.


Wspomniana przeze mnie kobieta kilka razy dziennie przemywała rozlewający się guz mocnym wywarem z krwawnika, a następnie smarowała maścią z tulipana. Natomiast do wewnątrz ojciec zalecił jej popijanie herbatki ziołowej, która wspaniale oczyszcza krew.


A oto przepis na nią: Bierzemy 50 g ziela bratka polnego i 50 g liścia orzecha włoskiego. Zioła te mieszamy w następującej proporcji: 4 łyżki ziół należy wsypać do garnka, następnie wlać do niego 5 szklanek wody, całość zagotować, naciągać przez 15 minut, później przecedzić i pić ciepłe w ciągu dnia , najlepiej łykami.


Po tygodniu takiej kuracji guz zaczął się zmniejszać, a po miesiącu stan chorej był już na tyle dobry, że wykopywała ona ziemniaki motyką.


Od tamtej pory minęło ponad 40 lat, a kobieta, którą ojciec uratował, jest już staruszką. Gdy spotkałam ją po wielu latach, z rozrzewnieniem opowiadała mi, że zawdzięcza zdrowie mojemu ojcu. Przede wszystkim jednak ziołom, które oczyściły krew, odbudowały jej zdrową strukturę, zaś zdrowa krew zaczęła najpierw zbierać zanieczyszczenia, a później budować zdrowe ciało. Wszystko odbyło się według mądrych praw Natury.


Taki ziołowy olej mój ojciec stosował na wszystkie niegojące się rany, brodawki, kurzajki, zgrubienia na skórze, guzki.


A teraz o innej maści, która w wielu przypadkach likwiduje mięśniaki, pomaga przy torbielach, rozprawia się z różnymi guzkami, naroślami.


Aby ją zastosować, cebulki (bez korzeni), liście, łodygi, kwiaty z 10 żółtych tulipanów należy przekręcić przez maszynkę do mięsa. Następnie ususzyć, później zaś spalić 20 młodych gałązek dębu wraz z liśćmi. Otrzymany popiół powinniśmy połączyć z miazgą tulipanową i zakonserwować wódką – trzeba dolać tyle, żeby otrzymać konsystencję maści.


W tamtych czasach na wsi nikt nie badał guzków, trudno więc obecnie stwierdzić, czy były one złośliwe czy łagodne. Pewne natomiast jest, że tak przygotowana maść miała cudowne działanie, gdyż guzki znikały i nawet najstarszy człowiek na wsi nie pamięta, żeby ktoś z ich powodu umarł.


Chińska maść z tulipana


Po wielu latach, gdy już byłam studentką, kupiłam ojcu w Warszawie książkę ziołoleczniczą. Czytał ją bardzo starannie i jakież było jego zdziwienie, gdy zauważył w nowej książce przepis na maść z tulipana. Dowiedział się również, że maść tę stosowali chińscy żołnierze. Służyła im ona do usuwania odłamków z rany i innych części metalowych tkwiących w ciele. Oznacza to, że chińska maść z tulipana przeszła długą drogę. Traktowana jako cudowne lekarstwo na guzki przedostawała się z rąk do rąk, z kraju do kraju, z kontynentu na kontynent, aż dotarła do Polski. Tu została nieco zmodyfikowana i dostosowana do rodzimych chorób oraz warunków.


A oto kolejny tego typu przepis, który warto wypróbować: Korę z brzozy ususzyć i spalić na popiół. Cebulkę (bez korzeni) i część naziemną żółtego, nierozwiniętego tulipana utrzeć na miazgę. Połączyć z popiołem w proporcji 1:1, przełożyć do słoika i zakonserwować wódką. Lek powinien mieć konsystencję pasty. Może być przechowywany przez kilkanaście lat.


Chińczycy do tej maści stosowali korę brzozową. Brzoza to drzewo miłości, jest jak kochająca matka, swoim ciepłem i dobrą energią leczy ludzkie choroby.


Dlaczego zaś Polacy dodali do tego dąb? Bo ten ma siłę olbrzyma, inteligencję króla. Dąb to drzewo królewskie. W Europie z jego młodych gałązek sporządzano winko przeciwnowotworowe.


Eliksiry zdrowia, o jakich mowa, uczyniły wiele dobrego dla ludzkości. Warto więc o nich wiedzieć i je stosować, szczególnie zaś wtedy, gdy guzki są niezłośliwe. Należy wówczas smarować je maścią, nie czekając bezradnie, aż staną się złośliwe. Ważne również, że można to robić, pozostając jednocześnie pod kontrolą lekarską.


Bardzo często badanie wykrywa guzek, który jest niezłośliwy. Lekarz wtedy radzi poczekać, kontrolować, czy nie rośnie. Gdy jednak się powiększy, może być już za późno. Dlatego nie wolno bezczynnie czekać na operację, lecz stosować wspomnianą maść o cudownym działaniu. No i oczywiście leczyć cały organizm, bo guzek sam z siebie się nie utworzył.


Moje doświadczenia z maścią


Maść z tulipana polecam chorym od wielu lat. Przepis podany przeze mnie w książce Choroby, które możesz wyleczyć sam jest przekazywany coraz dalej wszystkim potrzebującym. Każdej wiosny, gdy tylko zakwitają żółte tulipany, ludzie przystępują do wykonywania z nich mikstury, by na wszelki wypadek mieć ją w domu.


Tak też było w przypadku pani Małgosi z Krakowa. O guzku dowiedziała się w październiku. Postanowiła nie poddawać się, a przede wszystkim nie bać się choroby. Któregoś dnia przed lustrem wykrzyczała chorobie: Albo ty, albo ja. I przystąpiła do opracowania programu działania. Bój o życie prowadziła wspólnie z lekarzem, ale za punkt wyjścia posłużył jej mój program opisany w książce Prosta droga do zdrowia. Przyszedł wreszcie czas, aby pomyśleć o sobie i o potrzebach własnego ciała. Kobieta uzmysłowiła sobie, że organizm od wielu już lat nie domagał i tylko kolejne tabletki jakoś pozwalały jej codziennie wstać i pokonywać życiowe problemy. Przede wszystkim był on bardzo wychłodzony. Dlatego chora rozpoczęła kurację od przestawienia się na pożywienie energetyczne, tak by rozgrzało i wzmocniło organizm. Doszła do tego herbatka oczyszczająca krew.


Po miesiącu kuracji, kiedy guzek nawet nie drgnął, pani Małgorzata przypomniała sobie o tulipanowej maści, która stała w piwnicy od kilku lat (zrobiona ot tak, na wszelki wypadek). Teraz właśnie nadszedł ten najgorszy wszelki wypadek. Najpierw dwa razy dziennie robiła ciepłe okłady z mocnego wywaru ze skrzypu na chore miejsce, a później smarowała je maścią. W ciągu trzech pierwszych dni czuła się tak, jakby była poddawana chemioterapii – pojawiły się nudności, a później nawet wymioty. W ciągu następnych kilku dni jednak guzek zaczął się zmniejszać, przy czym jego rozpad następował od podstawy, sam zaś czubek utrzymywał się jeszcze przez długi czas.


Ktoś może zapytać w tym miejscu: skąd nudności? Można otóż wywnioskować, że tulipanowa maść zadziałała na wzór chemioterapii, czyli zaczęła swoją mocą rozbijać chore, zwyrodniałe komórki. Uwolnione z nich toksyny przedostawały się do krwiobiegu, w efekcie czego nastąpiło chwilowe samozatrucie organizmu. Trwało ono dotąd, dopóki nerki i wątroba nie uporały się z oczyszczeniem krwi.


Dlatego właśnie tak ważne jest w czasie kuracji zdrowe odżywianie i odpowiednio dobrane herbatki ziołowe. Chodzi bowiem o to, by poszczególne narządy podjęły prawidłową pracę. Dobrze więc się stało, że pani Małgosia rozpoczęła walkę z nowotworem od energetycznego pożywienia, które wzmocniło wątrobę i ziół, które poprawiły pracę nerek. Gdy organizm stał się bardziej wydolny, chora zastosowała maść, a ta zadziałała z całą swoją mocą.


Wiele elementów złożyło się na to, że pani Małgosia jest dziś zdrowa. Sprawił to dobry, mądry lekarz, który cały czas towarzyszył jej w zmaganiu z chorobą, zdrowe pożywienie, odpowiednie zioła oraz cudowna maść z tulipana.


I jeszcze jedno. Pani Małgosia gdzieś przeczytała tę oto radę: Nie zgadzaj się na to, że jesteś chory. Nigdy nie mów ludziom, że jesteś chory. Zmobilizuj organizm do walki z chorobą i nie rozpaczaj! Ułożyła więc plan działania, po czym systematycznie, dzień po dniu, wdrażała go w życie i nigdy nie upadała na duchu. Dodatkowo zaś w widocznym miejscu powiesiła sobie karteczkę z hasłem zaczerpniętym z mojej książki: Należy zdawać sobie sprawę, że choroba nieuleczalna dla tabletek, wcale nie oznacza nieuleczalnej dla ziół i zdrowego odżywiania. Zatem pozwólmy uzdrawiać przyrodzie.


Osoba o jakiej mowa, jest w tej chwili zdrową kobietą. Jednocześnie choroba otworzyła jej drzwi do lepszego i piękniejszego świata. Dzięki niej zrozumiała, że stanowi cząstkę przyrody i podlega tym samym prawom, co ona. Nigdy już nie przejdzie obojętnie obok drzewa i kwiatka, gdyż dzięki nim jej ciało stało się zdrowe. Wie też doskonale, co oznaczają słowa św Franciszka z Asyżu: Uniżone sługi Pana Boga. Drzewa i zioła bowiem zostały stworzone po to, by służyły człowiekowi. Fenomen Natury polega na tym, że nasze ciało zbudowane jest z tego samego budulca co rośliny, drzewa, zaś ich soki, które łudząco przypominają krew, oczyszczają organizm, wzmacniają go, a tym samym przydają życiodajnej energii nawet człowiekowi, który w oczach oficjalnej, tabletkowo-chemicznej medycyny uznany jest za przypadek już nieuleczalny.


Dlaczego zaś pani Małgosia nie zdecydowała się na chemioterapię? Ponieważ wspólnie z lekarzem doszła do wniosku, że bardzo słabiutki, delikatny organizm po prostu jej nie przetrzyma. Wybrała Naturę, dzięki czemu ocaliła życie i stała się innym człowiekiem.


Z kurdybankiem na odsiecz Wiedniowi


To taka nasza polska roślinka. Nie było jeszcze majeranku, nie było kminku ani kopru włoskiego, a ludzie już znali kurdybanek. Stosowali go w kuchni jako przyprawę. Popijali również sporządzane zeń herbatki, winka czy lecznicze nalewki, bo wzmacniały system odpornościowy, chroniły więc przed przeziębieniami, ale także przed innymi ciężkimi chorobami. Oczyszczały również wątrobę i dodawały siły nerkom.


Sławę kurdybankowi przyniósł jednak nie prosty lud, ale sam król Jan III Sobieski. Pewnego razu wracając z polowania, spotkał na polnej dróżce wieśniaczkę. Pozdrowił ją, uchylając kapelusza, gdy zaś zauważył, że trzyma w dłoni śliczną roślinę, zapytał o jej nazwę. – To kurdybanek – odpowiedziała kobieta. – Nazrywałam go, bo mojego synka zmogła paskudna choroba, a na wsi mówią, że to ziele z najgorszego wyleczy. – Hm, kurdybanek – mruknął hetman, podkręcając wąsa. – Kurdybanek – powtarzał, ciekawie przyglądając się połyskującym w słońcu listkom, niezwykle podobnym do znanej mu pelargonii. Po czym swoim zwyczajem wziął szczepkę i posadził u siebie w ogrodzie, a gdy jechał na odsiecz Wiedniowi, miał już cały transport kurdybanka. Rycerze popijali z niego herbatkę, by nie chorować i móc bezpiecznie dotrzeć do celu. I nie tylko tam dotarli, lecz walczyli z niespożytą siłą i energią.


Również dziś musimy nieźle powalczyć o swoje zdrowie. Choroby atakują, a systemy odpornościowe są niestety słabe. Kurdybanek okazuje się w tej walce najodpowiedniejszą bronią, a jest go w Polsce pod dostatkiem. Można go spotkać wszędzie tam, gdzie rosną inne rośliny. Wszak to towarzyska i przyjazna słowiańska dusza.


Słowiczy głos


W wierszu o słowiku Julian Tuwim napisał: Piórka głupstwo, bo odrosną, ale głos majątek. To prawda, że głos jest prawdziwym majątkiem. Dlatego ludzie od wieków stosowali różne zioła sprawiające, że gardło było zdrowe, a głos śliczny.


W Polsce wielką popularnością cieszyła się wesoła, roztańczona roślinka zwana ślazem. Rozgłos zapewniła jej niezapomniana Helena Modrzejewska. Ta niezwykła, niezależna kobieta o arystokratycznych, wręcz królewskich manierach podbiła serca nie tylko Polaków. Pokochali ją również szczerze przedstawiciele innych narodów, przede wszystkim Amerykanie.


Mówiono, że Modrzejewska wzięła głosem Amerykę. To właśnie on – dźwięczny wręcz, jak mówiono, słowiczy – otwierał serca publiczności, docierał do głębokich pokładów ludzkich dusz.


Niestety i ten słowiczy głos z czasem zaczął słabnąć – przepracowane struny głosowe domagały się odpoczynku. Wtedy zaprzyjaźniony z aktorką Henryk Sienkiewicz podarował jej znany wśród ludu polskiego przepis na syrop, który w cudowny sposób uzdrawiał gardło. Nie było czasu na zastanawianie – syrop sporządzono. Ku zdziwieniu chorej okazał się tak pyszny, że popijała go systematycznie przez kilka dni, aż głos znów nabrał odpowiedniej barwy i mocy.


Tym cudownym kwiatkiem okazał się polski ślaz. Roślinka niewielka, przypominająca wyglądem baletnicę w ślicznej, zielonej sukni, przetykanej różowo-fioletowymi wesołymi kwiatkami.


Dziś ślaz naprawia nadwyrężone struny głosowe nauczycieli, aktorów i śpiewaków, ale także czyni cuda w przypadku wszystkich, którym dokucza nieustanna chrypka, angina czy trudny do wyleczenia kaszel. Można popijać herbatkę z tego pięknego kwiatka, ale bardziej skuteczny okazuje się właśnie syrop – ten sam, który polskiej aktorce przywrócił w cudowny sposób głos.


Przepis na syrop H. Modrzejewskiej: 8 łyżek suszonego lub 2 garście zielonego, drobno pokrojonego ślazu należy wsypać do garnka, dodać 2 łyżki macierzanki, 1 łyżkę szałwi, 1 łyżkę rumianku. Wlać 1,5 litra wody i zagotować. Ogrzewać na małym ogniu około 15 minut, a później przecedzić. Do wywaru dodać 1 litr miodu, całość zagotować i rozlać do butelek. Stosować przy wszelkich problemach z gardłem 3 razy dziennie po 2 łyżki, przy czym syrop najlepiej rozcieńczyć ciepłą wodą. W stanach ostrych można stosować 1 łyżkę co godzinę aż do momentu, gdy stan zdrowia się poprawi.


Kontakt ze Stefanią Korżawską: tel. 0662-010-371, mail: skorzawska@02.pl , strona internet.: www.stefaniakorzawska.pl


--------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów