Bardzo dziwne ślady

Autor tekstu: Ryszard Winer



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 10 z 2008 roku.


-------------------------------


Nadal nie wiadomo, kto przed tysiącami lat nauczył ludzi przeprowadzania skomplikowanych operacji, w tym zwłaszcza trepanacji czaszek.

Nareszcie coś mocnego o Obcych. Po przeczytaniu artykułu Kamila Ratynieckiego Zagrożenie? (nr 10 z 2007 r.), w którym znalazł się fragment o sprawozdaniach z podróży ludzi na planetę Serpię, oraz wobec prawdopodobnych wątpliwości niektórych czytelników odnośnie jej prawdziwości – nie wytrzymałem, by nie wtrącić przysłowiowych trzech groszy.


Jeżeli czytając tekst Zagrożenie?, ktoś zastanawiał się, czy podróż ludzi na Serpię w 1965 r. i ich powrót 13 lat później miały miejsce, powinien wiedzieć, że budowa ludzkiego oka (ukształtowanego drogą ewolucji) dostosowana jest jedynie do długości światła widzialnego Słońca, a więc wąskiego pasma promieniowania elektromagnetycznego wysyłanego przez naszą gwiazdę. Na nic by się więc ono nie zdało nawet najlepszym astronautom, gdyby kiedyś mieli szansę dolecieć do innego układu słonecznego (choćby na pokładzie obcego statku). Po prostu niczego by nie widzieli niezależnie od tego, czy znaleźliby się w pobliżu obcej gwiazdy, czy na powierzchni krążącej tam planety.


Już to – relacje o tym, co ludzie zobaczyli na Serpi z układu gwiezdnego Zeta Reticuli, a więc i sama podróż – czyni niewiarygodnymi.


Jak w obliczu wspomnianego ograniczenia mają przebiegać przyszłe wyprawy na planety leżące w innych układach słonecznych? Dostrzegając problem naukowcy z NASA proponują również sposób (procedury) zaradzenia temu problemowi poprzez wykorzystanie narządów wzroku oraz mózgów istot żyjących na innych planetach (na straconych pozycjach znalazły się więc planety niezamieszkałe przez żadne żywe stworzenia) po poddaniu ich zabiegom podobnym do tego, jaki w 1975 roku dwóch amerykańskich naukowców Michael G. Mladejovsky i Wiliam H. Dobelle z Uniwersytetu Utah przeprowadziło na mózgu niejakiego pana Craiga – mężczyzny ociemniałego w wyniku nieszczęśliwego wypadku z dubeltówką.


Jak ów zabieg wyglądał? Mladejovsky przygotował cienką płytkę teflonową z wbitymi w nią 64 elektrodami. Operację rozpoczął zespół neurochirurgów, który wycinając piłą otwór, otworzył czaszkę Craigowi. Następnie lekarze rozchylili półkule mózgu, aby stworzyć dostęp do ośrodków wzrokowych. Według wskazówek Dobellego założyli płytkę teflonową z elektrodami i rozchylone półkule mózgu po usunięciu instrumentów powróciły na swoje miejsce, powodując w ten sposób stabilizację płytki. Następnie wywiercono mały otwór w okolicy potylicy, aby wyprowadzić tędy przewody elektrod. Wiązkę przewodów przeprowadzono potem między kością czaszki i skórą w okolicy prawego ucha. W tym miejscu umocowano również wtyczkę do tych elektrod. Tym samym naukowcy stworzyli bezpośrednie połączenie z mózgiem człowieka.


Następnie Mladejovsky zainstalował we wtyczce nad uchem Craiga specjalny łącznik i uruchomił swój komputer. Pacjent siedział przed ciemnozielonym ekranem, na którym Dobelle nakleił pas tkaniny. Obok niewidomego ustawiono kamerę video, która przekazała obraz ekranu z pasem do komputera o olbrzymiej mocy obliczeniowej wypełniającego całe laboratorium. Miał on zadanie uprościć impulsy z kamery i przekazać je mózgowi w postaci fali zrozumiałej dla jego komórek.


To, czego nikt się nie spodziewał, stało się faktem: Craig zobaczył białą linię utworzoną przez świetliki i mógł nawet rozróżnić, czy biegnie ona poziomo, czy też pionowo lub skośnie. Szybko udało się też ustawić owe świetliki w kształt liter alfabetu dla niewidomych.


On miał kota i piłkę – tak ociemniały odczytał punkty świetlne w swoim mózgu. Gdy Mladejovsky przyspieszał tempo wyświetlania tekstu, pacjent podążał za nim bez wysiłku. Jego mózg czytał obrazy szybciej, niż kiedykolwiek czyniły to ręce czytającego pismo Braille'a.


Naukowcom nie udało się jednak stworzyć w mózgu Craiga obrazów, które mogłyby dostarczać informacji na temat otaczającej go rzeczywistości, gdyż należałoby tu użyć większej liczby elektrod (ponad 500). Niestety, w tym celu niezbędna jest ich dalsza miniaturyzacja.


Odrębnym zagadnieniem będzie znalezienie na odległej planecie kogoś, kto dobrowolnie zgodziłby się poddać podobnej operacji. Właśnie dlatego – moim zdaniem – z góry skazuje to nasze wyprawy na planety znajdujące się w innych układach słonecznych na rozwiązania siłowe.


A teraz pomyślmy, jak owe utrudnienie działa w drugą stronę. Po pierwsze, z istniejących opisów i relacji na temat załogantów UFO wynika, że nie mają oni problemów z widzeniem w ziemskiej przestrzeni, co wskazywałoby że pochodzą z naszego, a nie innych układów słonecznych.


Po drugie, opisana przeszkoda stanowi znakomite kryterium do poszukiwania śladów wizyty na Ziemi prawdziwych Obcych. Przypuśćmy, że przybyli do nas goście z innej planety i chcą się na niej rozejrzeć. Co (i komu) robią? W wielu mitologiach uwagę zwraca szczególna rola ptaków, zwłaszcza sokołów – których znakomity wzrok i barwne widzenie są wzorcowe – w usługiwaniu bogom. Jednak ptaki mają małe mózgi i zdominowały głównie środowisko powietrzne. Co innego np. małpy. Może dlatego w historii małp pojawia się pewien tajemniczy moment: mianowicie 40 mln lat temu przodkowie grupy naczelnych Starego Świata, do których zalicza się także człowiek, w wyniku mutacji genu jednej z istniejących opsyn odzyskali trzecią. Dzięki temu uzyskali barwne widzenie. Niemniej nawet ludzkiemu oku daleko do bogactwa wrażeń wzrokowych ptaków.


Barwne widzenie u kręgowców uwarunkowane jest obecnością czopków w siatkówce. Ptaki, a także jaszczurki, żółwie oraz wiele ryb posiadają czopki czterech rodzajów, zawierające odmienne barwniki wzrokowe (opsyny), podczas gdy większość ssaków – zaledwie dwie. Protoplaści ssaków mieli komplet czopków, ale ponieważ wiedli nocny tryb życia i kolor nie był dla ich przetrwania tak istotny, utracili dwa rodzaje opsyn. Do dziś większość ssaków ma tak właśnie zbudowany narząd wzroku, co sprawia, że ich postrzeganie barw jest ograniczone. Naukowcy zastanawiają się, jak do takiej mutacji mogło dojść.


A teraz coś z bliższych nam czasów. W oczy rzucił mi się pewien znamienny szczegół: na wizerunkach, albo w pisemnych przekazach głowy większości bogów, począwszy od Chin (P'an-ku), przez Egipt (Ptah – Patek) do Meksyku (Huitzilopochli), zdobi jeden prosty lub dwa zakrzywione rogi wystające z boku głowy! Identyczne lub podobne ozdoby znajdowały się na głowach także innych postaci: Kaina i Mojżesza, babilońskiego Marduka, egipskiej Hathor, celtyckiego Cernunnosa, greckiego Pana, Dionizosa i jego satyrów oraz rzymskiego Jowisza. Dziwne wybrzuszenie widoczne jest także na posągach przedstawiających Buddę, a imię Konfucjusza, chińskiego mędrca z IV wieku p. n. e., wywodzi się od guzowatego i pagórkowatego kształtu jego czaszki. Kiedy w IV wieku p. n. e. Aleksander Wielki ogłosił się synem Zeusa, nakazał, by jego podobizny na monetach przedstawiały go z rogami na głowie. Do tego rogatego towarzystwa zaliczyłbym również Minotaura z kreteńskiego labiryntu.


Zakładając, że nie chodzi o żadną sztuczną ozdobę głowy ani naturalną narośl (która wprawdzie jest możliwa, ale bardzo rządka w naturze) i nie są to również ludowe diabły, należałoby znaleźć inne uzasadnienie dla istnienia wspomnianych „rogów”. Być może po prostu jest to aparatura Obcych, a ściślej: jej zewnętrzny element – antena nadajnika sygnałów zbieranych przez elektrody tkwiące w mózgu.


Ponieważ nie dysponujemy i nigdy nie będziemy dysponować doczesnymi szczątkami żadnej z wymienionych postaci, pozostaje pośrednia droga sprawdzenia tej hipotezy. Od połowy XIX wieku podczas wykopalisk w rozmaitych częściach Europy (południowa Francja, Anglia, Dania i Portugalia), Azji Mniejszej (Palestyna, Kaukaz), Północnej Afryki (Maroko) i Ameryki Południowej (Peru) naukowcy znajdowali czaszki z otworami po celowych zabiegach trepanacyjnych (samo słowo trepanacja zapisane zostało w starogreckich księgach medycznych z IV wieku p. n. e.!). Łącznie naliczono kilkaset takich artefaktów, przy czym większość pochodziła już z epoki kamiennej i miała usunięte sklepienie czaszkowe. Dlatego jako pierwsi głos zabrali antropolodzy, którzy sformułowali pogląd o otwieraniu czaszek zmarłym obdarzonym szczególnymi zdolnościami, dla zdobycia kostnych płytek jako amuletów. Jednak hipoteza ta szybko upadła, gdy francuski lekarz i antropolog, Paul Broca udowodnił, że operacje przeprowadzano na żywych, gdyż kości wokół wycięć (okrągłych i kwadratowych) w wielu przypadkach były zregenerowane, a nowa kostnina powoli zamykała otwory, co jest możliwe tylko u żyjących ludzi.


Dalsze eksperymenty praktyczne z udziałem oryginalnych, datowanych na początki ery nowożytnej, prymitywnych, metalowych narzędzi chirurgicznych (łyżki i dłuta) pozwoliło na rekonstrukcję dawnych metod. Otwarcie czaszki dorosłego osobnika w celu wycięcia z niej fragmentu kości nie trwało dłużej niż 30 – 45 minut. Większe problemy przy tego typu operacjach sprawiało starożytnym chirurgom tamowanie krwawienia i aseptyka (bakterie). Jak wykazały jednak dalsze dokładne badania, około 70 % pacjentów przeżywało wspomniane zabiegi.


Stosunkowo wiele czaszek noszących ślady trepanacji odnaleziono w zespołowych grobach kultury Seine-Oise-Marne z Basenu Paryskiego, datowanej na 2400 – 1600 p. n. e., oraz w grobowcu Cimetiere des Anglais w Vaureal (departament Val-de-Marne). Okrągłe otwory znajdują się z boku czerepów, a ich krawędzie wykazują cechy zagojenia, co wskazuje, że operowani po przeprowadzeniu zabiegu nadal żyli.


Faktem jest, że przyczyną większości dawnych trepanacji były pęknięcia kości i wgniecenia w głąb mózgu od ran zadanych maczugami na polu walki. Stłuczenia i odłamki powodowały krwiaki, a te z kolei ucisk na mózg i paraliż różnych części ciała lub jego dysfunkcje, co bez takiej chirurgicznej interwencji kończyło się wówczas najczęściej śmiercią, rzadziej – kalectwem. W opisanych przypadkach natomiast niewyjaśniona pozostaje kwestia, kto nauczył ludzi przeprowadzania tak skomplikowanych operacji, jeżeli weźmie się pod uwagę bardzo niski ogólny poziom wiedzy, w tym także medycznej.


Ale nie wszystkim otworom znalezionym w czaszkach towarzyszyły pęknięcia i wgniecenia kości. Uważam, że ten właśnie fakt stanowi zagadkę wymagającą wyjaśnienia.


Wewnątrz wielu odnalezionych na terenie Ameryki Południowej oraz Afryki czaszek, które poddano trepanacji, znajdowały się złote igły i zadziwiające przewody. Ekwadorski archeolog i badacz dawnych cywilizacji Inków, Azteków i Majów, Carlo Crespi połączył owe znaleziska z opowieściami o Indianach kierowanych boskimi siłami a także czarownikach-jasnowidzach i stwierdził, że szamani zaginionych cywilizacji indiańskich nie tylko doskonale znali budowę mózgu (wiedzieli, że siedliskiem osobowości człowieka są płaty czołowe), ale też potrafili jego funkcjami odpowiednio manipulować (za pomocą akupunktury mózgu niejako wyposażać człowieka w nadzwyczajne umiejętności). Ponadto w taki właśnie sposób łączyli oni różne ośrodki tego najważniejszego w ludzkim ciele organu złotymi igłami i przewodami, by mógł później odbierać i nadawać różnego rodzaju fale krążące w eterze, do których normalnie nie mamy dostępu. Mogli zatem sztucznie tworzyć jasnowidzów, telepatów czy wodzów potrafiących nawiązywać łączność na ogromne odległości.


Całkiem współcześnie, przez przypadek stało się to również udziałem pewnego amerykańskiego żołnierza, którego po zranieniu głowy odesłano do cywila z kilkunastoma tkwiącymi w niej mikroskopijnymi metalowymi odłamkami. Kiedy powrócił do zdrowia, okazało się, że bezpośrednio – bez radioodbiornika – odbiera kilka nadawanych na różnych częstotliwościach audycji.


W posiadanie tej wiedzy szamani indiańscy weszli w tajemniczy sposób. Niewykluczone, że ich nauczycielami byli przybysze z innych światów, którzy chcieli zyskać wgląd w to, co dzieje się na Ziemi.


-----------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów