Coral Castle według Machowa

Autor tekstu: Waldemar Majewski



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 4 z 2008 roku.


----------------------------------------------


Wśród współczesnych badaczy Koralowego Zamku pojawił się profesjonalista, z zawodu pilot śmigłowca o nieprzeciętnej wiedzy i przenikliwości, który po obejrzeniu niektórych eksponatów, jakie zostawił po sobie twórca koralowego cudu, stwierdził, że odkrył jego tajemnicę.


Rosjanin Aleksander Wasiljewicz Machow urodził się w 1944 r. w Kazachstanie. Jest inżynierem lotnictwa, absolwentem dwóch uczelni lotniczych, specjalistą w zakresie sprzętu lotniczego i silników.


Machow pracował jako inżynier pokładowy w Aerofłocie w Omsku, a następnie naczelny inżynier lotnictwa do spraw wyposażenia lotniczego. Będąc uczestnikiem wojny afgańskiej, ma za sobą 136 lotów bojowych w składzie załóg śmigłowców. W latach 1994 – 1999 pełnił funkcję pracownika naukowego Akademii Wojsk Pogranicza, gdzie uzyskał doktorat w zakresie systemów namierzania samolotów patrolowych.


Praktycznie wszystkie prace Machowa opublikowane na jego stronie internetowej wiążą się z problematyką wiru jako naturalnego zjawiska przyrodniczego oraz towarzyszących mu tzw. pól torsyjnych (notabene, pomimo wielu dowodów, wciąż kwestionowanych przez naukę akademicką). Właśnie zrozumienie istoty wiru stanowi, zdaniem kazachskiego inżyniera, klucz do uzyskania antygrawitacji, do odpowiedzi na pytanie, jak zbudowano piramidy w Egipcie, w Mezoameryce i w jaki sposób powstał Koralowy Zamek Edwarda Leedskalnina.


Warto, choćby pobieżnie, zapoznać się z publikacją badacza, który napisał ją po wnikliwej analizie pamiątek pozostałych po budowniczym Coral Castle.


(…) Można długo błądzić, poszukując konkretnego sposobu lewitacji, którym posługiwał się Ed – pisze Machow.

(…) Jestem przekonany, że zmiana miejsca budowy była związana nie tylko z koniecznością dysponowania wielkim placem. Ed szukał odosobnienia. Chciał pozbyć się wścibskich oczu sąsiadów. A – jak się przekonamy – miał co ukrywać.


Powróćmy jednak do naszych dociekań, które przybrały konkretną formę, gdy ujrzałem aparat w kształcie misy o niezwykłej konstrukcji. Znajduje się on w muzeum zamkowym, gdzie wyeksponowano narzędzia naszego „romantycznego budowniczego”. Są tu dłuta, młotki oraz łańcuchowy wielokrążek-wciągarka – słowem: wszelkie narzędzia niezbędne w pracy kamieniarza. Ale cóż to? W lewym dalekim rogu pokoju dostrzegłem coś niespotykanego. (…) Nagle serce mi zamarło. – To właśnie to! – generator torsyjny Eda! Do tego napis pod jedną z fotografii głosi: „Pozostałości po motorze (generatorze? – przyp. A.W.) Eda”.


Ale jakie gabaryty! Waga! Bardzo wymowne. Nie mniej niż sto kilogramów. Ileż metalowych elementów składa się na tę konstrukcję, przy czym zalano je solidnie betonem, tworząc zębatą misę. Z boku widać jakby rurę wydechową z siatką na kołnierzu, wmurowaną wraz z misą w masywną podstawę z betonu. W konstrukcji misy wykorzystano resztki zdezelowanego samochodu i ciągnika, które swego czasu Ed ściągnął ze złomowiska. Widoczna jest także część obwodu koła, wieniec koła zębatego i nakrętki śrub o przekroju kwadratowym, zespalające konstrukcję. Wewnątrz widnieje metalowy mechanizm obrotowy z ruchomą korbą, kołem zapadkowym, kabłąkiem mocującym, natomiast na obwodzie zewnętrznym 24 kolce metalowe, złożone z 5 podwójnych pionowych elementów każdy: 24x5x2= 240. Łącznie aż 240 niewiadomych elementów!


Ale myślą wybiegam dalej. Jeżeli jest to generator torsyjny, to nie sposób obyć się tu bez stałych magnesów! A znając zamiłowanie Eda do zjawisk magnetycznych, wyciągamy jednoznaczny wniosek – tak, to jest 240 płaskich magnesów stałych!


Magnesy zostały równomiernie rozmieszczone na okręgu i zalane betonem, zaś otrzymany blok magnetyczny umieszczono pomiędzy dwoma kołami zębatymi. Zaciśnięto go między nimi za pomocą 8 śrub z nakrętkami, przechodzącymi na wskroś warstwy betonu. Wszystkie 24 kolce magnetyczne są od siebie odizolowane. Jedne z ich końców wychodzą poza granice zewnętrznej powierzchni misy, niemal stykając się ze sobą. Z późniejszego materiału zdjęciowego wynika, że w konstrukcji wykorzystano 120 magnesów w kształcie litery U, a ściślej V, wcześniej stosowanych w samochodach marki „Ford”.


Już od dawna zajmuję się urządzeniami działającymi na zasadzie wiru. Dlatego, gdy patrzyłem na wizerunek tego aparatu, przemknęła mi myśl, która była szybsza od innych – nagle uświadomiłem sobie, że wszystko to jest przecież oczywiste. Tajemnica w jednej chwili przestała być tajemnicą (…).


Jeżeli ów generator waży 100 - 150 kg i ma służyć napromieniowaniu kamiennej bryły, to powinien znajdować się albo pod kamieniem, albo nad nim. (…) A teraz kolejny logiczny wniosek: Ed jest cherlakiem, słabeuszem, a pracować może tylko w pojedynkę, częstokroć po nocach, zazdrośnie strzegąc swej tajemnicy. Jak wobec tego dostarczyć generator na brzeg zatoki i podnieść go na kamienny blok? A trzeba jeszcze zamocować aparat na kamiennej bryle, przy czym do dyspozycji jest tylko dwoje rąk. Logika podpowiada jedno wyjście: ten aparat nie powinien nic ważyć.


Mało tego – musi jeszcze sam się unosić. A to dopiero! Wychodzi na to, że Ed skonstruował coś więcej niż generator torsyjny, skonstruował aparat latający!


Aleksander Machow na podstawie zdjęć ocenia, że widoczna na zdjęciach stalowa rura umocowana obok misy z magnesami i zakończona przesłoną z nawierconymi otworkami – to tłumik płomienia, stanowiącego część systemu jonizacji. Zewnętrznym źródłem systemu jonizacji miałaby być tzw. lut-lampa, którą Ed wykorzystywał do nagrzewania klinów podczas odłupywania kamiennych bloków. Dolny odcinek rury służył do zamocowania palnika lampy. Płynna regulacja płomienia pozwalała z kolei na regulację stopnia jonizacji w aparacie, a w efekcie zmianę siły nośnej aparatu latającego. Czy wobec tego można zaryzykować stwierdzenie, że aparat Leedskalnina pełnił rolę latającego dźwigu?


Aparat Eda – spekuluje Machow – z pewnym zapasem mógł podnieść tylko swój własny ciężar. Oczywista natomiast wydaje się jego druga zasadnicza funkcja – wytworzenie strumienia torsyjnego, mającego na celu napromieniowanie ładunku. Wówczas, poza tym co niezbędne, nie potrzeba mocnych lin do mocowania kamieni. Wystarczy dość mocny zwykły sznurek lub łańcuchy zdolne do utrzymania aparatu na powierzchni ładunku.


Machow szczegółowo analizuje sposób przemieszczania się kamiennych bloków do punktu docelowego i dochodzi do wniosku, że dziwaczna platforma Leedskalnina to w istocie aparat latający o szczególnym przeznaczeniu, spełniający kilka funkcji. Jego zdaniem było to urządzenie: po pierwsze, wytwarzające strumień torsyjny (wirowy) służący do napromieniowania kamiennych bloków i pozbawienia ich ciężaru. Po drugie – wykorzystane do podnoszenia właściwej konstrukcji zaopatrzonej w ładunek pozbawiony ciężaru. Po trzecie – stosowane do przemieszczania ładunków w poziomie w różnych kierunkach.


Duże zainteresowanie wywołuje jeszcze jedna kwestia: w jaki sposób kamienie tracą na wadze? Jaki jest mechanizm ich lewitacji lub kosztem czego powstaje siła podnoszenia?


Zgodnie z opinią rosyjskiego inżyniera generator powoduje przenikanie kamiennej bryły przez strumień promieniowania torsyjnego, który można sobie wyobrazić jako snop bardzo cienkich, cylindrycznych nici wirowych. Jeśli każda z tych nici przechodzi przez jeden z węzłów siatki krystalicznej kamienia, węzeł siatki ulega wzbudzeniu, lecz nic więcej się nie dzieje – lewitacja nie zachodzi.


Ażeby powstał efekt unoszenia, konieczne jest, aby przenikający wszystko strumień wirowy pojedynczej nici torsyjnej natknął się na przeszkodę – coś w rodzaju powierzchni, od której może się odbić i która jest podstawowym elementem urządzenia opartego na zasadzie wiru. Taką przeszkodę stwarza zjawisko rezonansu akustycznego.


Jeśli spełnimy warunki jego powstawania, każdy strumień w węźle zacznie rozpływać się po liniach radialno-spiralnych po powierzchni odbicia, a w każdym węźle powstanie oddzielny mikrowir. Jednocześnie zmienia się konfiguracja promieniowania, a z nici cylindrycznej tworzy się wir, który przybiera typową formę lejka lub kielicha z nóżką podstawy. W efekcie dochodzi do zakrzywienia przestrzeni eteru wewnątrz kamienia, a to, jak wiadomo, skutkuje wytworzeniem różnicy ciśnienia eteru i siły unoszenia. Oddziaływanie wszystkich wytworzonych wirów nakłada się na siebie i w rezultacie prowadzi do zaniku ciężaru całego kamiennego bloku.


We współczesnej fizyce opisano efekt wzajemnego oddziaływania fal akustycznych i elektronów przewodzących w metalach półprzewodników. Efekt ten powstaje jako rezultat oddziaływania na elektrony i jony siatki jednolitego pola elektromagnetycznego, spowodowanego ruchem jonów. Przy tym dla fali dźwiękowej podłużnej pole to ma charakter elektrostatyczny: w przypadku fali dźwiękowej poprzecznej na elektrony i jony działa wirowe pole elektryczne.


Teraz wystarczyłoby, ażeby ktoś ze współczesnych badaczy powiązał przedstawiony efekt ze strukturą krystaliczną kamieni i przeanalizował częstotliwości związane harmonicznie z polem magnetycznym Ziemi. Dla dźwięków w zakresie fal niskiej frekwencji – w punkcie rezonansu akustycznego; dla promieniowania torsyjnego – w zakresie fal gigahercowych. Wtedy zasada pracy aparatu Eda stanie się jasna.


Nie wiadomo, za pomocą jakiej pieśni czy modlitwy budowniczy Koralowego Zamku wywoływał zjawisko akustycznego rezonansu, pobudzając kamienie do lewitacji. Mogło to być jedno słowo, ale powtarzane w odpowiednim tempie i z odpowiednią częstotliwością.


Nie ma niczego nowego pod Słońcem – wszystko wynaleziono przed nami – snuje dalej swoje rozważania Machow. – Tak samo Ludzkość nie odkrywa niczego nowego, tylko jedna cywilizacja ponownie odkrywa to, do czego doszła już wcześniejsza.


Poruszając kwestię wiedzy teoretycznej twórcy Koralowego Zamku, Machow zauważa, iż trzeba zadać pytanie: jakie było źródło informacji kamieniarza na temat konstrukcji lewitatora? Być może tajemnica ta została mu przez kogoś celowo powierzona, albo jest to sekret przekazywany z pokolenia na pokolenie przez mistrzów sztuki kamieniarskiej. Zastosowanie stałych magnesów mogłoby temu przeczyć, jakkolwiek wiadomo także, iż magnesy miały zastosowanie już w starożytności.


Możemy zgodzić się lub odrzucić odkrycie tajemnicy Koralowego Zamku w wydaniu Aleksandra Machowa, nie stawiamy tu zatem kropki nad „i”. Dla badaczy istotną wskazówką wydają się niektóre uwagi zamieszczone przez twórcę Coral Castle w jego pracach, pozornie oczywiste i zrozumiałe, a jednak nie w pełni docenione. I tak np. współczesna nauka bardzo mało uwagi poświęca tzw. stałym magnesom, przeznaczając większość lekcji fizyki na studiowanie elektromagnetyzmu. Twórca Koralowego Zamku wytyka naukowcom w tym kontekście nieuzasadnione nadużywanie określenia prąd elektryczny, podczas gdy jego zdaniem bliższe prawdy byłoby pojęcie prąd magnetyczny, choć i to zdaje się nie oddawać rzeczywistych zjawisk przyrodniczych. W jednej ze swych prac Leedskalnin pisze znamienne słowa: odpowiednie ustawienie magnesów pozwala uzyskać nieograniczoną moc...


Słowa te można różnie rozumieć, lecz zawsze nasuwa się ta sama myśl: odtworzenie konstrukcji generatora torsyjnego łotewskiego wynalazcy-romantyka to jedynie kwestia czasu. Tak przynajmniej uważa Aleksander Machow.


-----------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów