W ślepej uliczce

Autor tekstu: Marek Rymuszko



Przedruk z miesięcznika „Nieznany Świat” nr 4 z 2008 roku.


-------------------------------


Eksperymenty neurofizjologów, świadczące rzekomo o tym, że przebywanie poza ciałem stanowi iluzję i jest rezultatem zaburzeń pracy mózgu, wbrew twierdzeniom ich autorów w rzeczywistości nie są w stanie niczego udowodnić. Wskutek konsekwentnego lekceważenia przez naukę sfery ludzkiej duchowości tak naprawdę są one przykładem odkryć pozornych, które w obliczu kolejnych pojawiających się pytań grzęzną w zaułku bez wyjścia.


Przed kilkoma miesiącami – w ślad za periodykiem Science – światowa, w tym także polska prasa triumfalnie doniosła o wynikach eksperymentów przeprowadzonych przez dwa zespoły naukowców: brytyjskiego University College w Londynie oraz Ecole Politechnique Federale w szwajcarskiej Lozannie nad zjawiskiem OBE (out-of body experience), czyli przebywania poza ciałem. Ich rezultaty, jak z zachwytem obwieszczono, wskazują, iż mamy tu jedynie do czynienia z iluzją, swego rodzaju wirtualną rzeczywistością stanowiącą efekt nieprawidłowej interpretacji przez mózg bodźców wzrokowych.


Skąd taki wniosek? Odwołajmy się do dwóch publikacji na ten temat, zamieszczonych w polskich gazetach: Rzeczpospolitej oraz Dzienniku, w których notabene ujawniły się interesujące skądinąd niuanse werbalne, odnoszące się do oceny wspomnianego zjawiska.


Na początek cytaty z Rzepy (Poza ciałem, lecz wewnątrz umysłu, autor Piotr Kościelniak, nr z 24 sierpnia ub. r.) informującej na wstępie, iż wrażenie przebywania poza ciałem jest najczęściej następstwem użycia narkotyków, udaru mózgu lub napadu epileptycznego, niekiedy zaś stanu bliskiego śmierci, a przy okazji serwującej nonsensy w rodzaju stwierdzenia, iż parapsycholodzy i paranaukowcy wolą tłumaczyć ów fenomen m. in. telepatią (sic!).


To nie powstrzymało jednak dr. Ehrssona, który postanowił przeprowadzić badania z wykorzystaniem sprzętu do wirtualnej rzeczywistości. Naukowcy posadzili zdrowych, świadomych uczestników eksperymentu na krześle na środku pokoju i założyli im okulary. Obraz na wyświetlaczach pochodził z kamer umieszczonych za plecami ludzi – widzieli oni zatem trójwymiarowy obraz swoich pleców … Aby jeszcze udoskonalić iluzję, dr Ehrsson dotykał plastikowym prętem klatki piersiowej ludzi – zarówno tej prawdziwej, jak i wirtualnej. Badani potwierdzili później, że czuli wyraźnie dotyk – choć tylko widzieli przez kamery pręt zbliżający się do „wirtualnego ja”.


I dalej:


Aby sprawdzić, czy uczestnicy nie oszukują, zespół dr. Ehrssona wykonał prosty test. Jeden z naukowców wziął młotek i … zamachnął się nim tak, jakby chciał uderzyć „wirtualne ciało” pod kamerami. Pomiary przewodnictwa elektrycznego skóry wykazały gwałtowne emocje uczestników – naprawdę się przestraszyli. Według naukowców to dowód na to, że utożsamiali się z wirtualnym ciałem.


Eksperyment sugeruje, że perspektywa pierwszej osoby jest niezwykle istotna dla doświadczenia swojego ciała. Innymi słowy czujemy, że jesteśmy tam, gdzie są nasze oczy – tłumaczy dr Ehrsson.


Wirtualną rzeczywistością – czytamy nadal – posłużył się również drugi zespół, kierowany przez Szwajcara Olafa Blanke. Eksperyment miał podobny przebieg z taką różnicą, że obrazy pokazywane badanym były przerabiane przez komputer.


Rezultaty tych testów – to już własne dywagacje Rzeczpospolitej – raczej nie zachwycają zwolenników parapsychologii. Ehrsson i Blanke uważają, że doświadczenia pozacielesne są wynikiem zaburzeń w kojarzeniu bodźców wzrokowych oraz pochodzących z innych zmysłów. Pokrywa się to z wcześniejszymi wynikami Blankego, któremu powiodło się wywołanie OBE przez elektryczną stymulację obszaru ciemieniowo-skroniowego odpowiedzialnego m. in. za integrację czucia, ruchu oraz wzroku.


Upośledzenie pracy mózgu uniemożliwiające poprawną interpretację bodźców zmysłowych może być odpowiedzialne za część przypadków doświadczeń poza ciałem – mówi dr Ehrsson.


Nieco inaczej referuje cały problem Dziennik Polska. Świat. Europa (wydanie opatrzone tą samą datą, artykuł Małgorzaty Minty Duch może wyjść z ciała):


W czasie studiów często zastanawiałem się, co by się stało, gdyby nasze oczy znajdowały się kilka metrów od ciała, np. w innej części pokoju, i gdybyśmy patrzyli na siebie z zewnątrz – opowiada dr Henrik Ehrsson, neurolog z University College London. – Czy nasze „ja” znajdowałoby się tam, gdzie punkt widzenia, czy też zostałoby w ciele?


Odpowiedzi na to pytanie dostarczył eksperyment, w którym wzięło udział kilkanaście kobiet i mężczyzn w wieku 19 – 32 lat. Aby przenieść ich „ja” poza ciało, brytyjski uczony posłużył się prostym trikiem. Dał ochotnikom gogle do wirtualnej rzeczywistości, czyli okulary, które zamiast szkieł mają panoramiczne ekrany wypełniające całe pole widzenia. Następnie dwa metry za plecami badanych ustawił kamery. Kamera znajdująca się po lewej stronie przekazywała obraz do lewego monitora gogli, a ta po prawej – do prawego. W ten sposób ochotnicy widzieli własne plecy – tak jakby znajdowali się kilka kroków …od siebie.


Dzięki odpowiedniemu ustawieniu sprzętu obraz widziany przez uczestników eksperymentu był trójwymiarowy. To, na ile wydawał się realny, miało pokazać doświadczenie. W jego pierwszej części badacz dotykał drewnianą pałeczką klatki piersiowej ochotnika (ochotnik tego nie widział), a jednocześnie machał identyczną pałeczką przed obiektywem kamery. W ten sposób uczestnik badania czuł dotknięcie pałeczki i jednocześnie widział ją … dwa metry przed sobą. – to musiało być dziwne, ale jednocześnie fascynujące przeżycie – zauważa dr Ehrsson. – Wielu ochotników chichotało i mówiło: „Ale to jest pokręcone!”.


Potwierdziły to wyniki ankiet, które po przeprowadzeniu eksperymentu wypełniali badani. Większość z nich przyznała, że na chwilę ich „ja” uległo rozszczepieniu. Mieli wrażenie, że ich organizm znajdował się dwa metry od ich świadomości. Bardziej własne wydawało im się ciało, które tak naprawdę nie istniało (jego „oczami” były kamery), niż to, którego plecy widzieli.


I dalej:


Podobne rezultaty dała druga część doświadczenia. W jej trakcie uczeni wymachiwali przed obiektywem kamer młotkiem, jakby chcieli uderzyć w wirtualną klatkę piersiową ochotników. – W trakcie próby mierzyliśmy parametry fizjologiczne badanych – wyjaśnia Ehrsson. – Okazało się, że gdy młotek zbliżał się do obiektywu kamery, uczestnicy mieli wrażenie, że zaraz coś ich uderzy. Odczuwali wówczas silny niepokój, tak jakby faktycznie coś im zagrażało. Większość z nich myślała, że ich ciało znajduje się na trasie narzędzia. A przecież tak naprawdę było ono dwa metry dalej!


Dzięki stworzeniu iluzji rozszczepienia udało nam się zbadać podstawy mechanizmów, które odpowiadają za poczucie znajdowania się we własnym ciele – mówi dr Ehrsson. – Nowatorskie badania wykazały, jak ogromne znaczenie ma obraz docierający do naszych oczu. Podczas eksperymentu ochotnicy mieli bowiem wrażenie, że są w tym miejscu, z którego patrzą.


Po raz pierwszy udało nam się wywołać takie doznanie u zdrowych osób w warunkach laboratoryjnych. Jest to ważny krok do zrozumienia zaburzeń odpowiadających za doświadczanie pozacielesności przez pacjentów neurologicznych – podkreśla dr Ehrsson. Zdaniem badaczy u chorych musi dochodzić do błędnej integracji spostrzeżeń różnych zmysłów, np. wzroku i propriocepcji, czyli czucia części ciała i ich ułożenia.

Podsumujmy: cała rzecz, zdaniem autorów eksperymentów oraz sekundujących im publicystów, jest z jednej strony, efektem iluzji, z drugiej zaś, zaburzeń pracy mózgu tzw. pacjentów neurologicznych. Innymi słowy taki np. Darek Sugier, polski OBE – wędrowiec numer jeden, który dokonał ponad trzech tysięcy wyjść poza ciało, autor książki Miłość i wolność. Poza ciałem, podobnie jak inni tego typu podróżnicy, ma coś nie w porządku z głową, z czego można go skutecznie wyleczyć. Natomiast odkrycie dr. Henrika Ehrssona z Londynu i jego angielskich tudzież szwajcarskich kolegów przede wszystkim otwiera nowe perspektywy w sferze zdalnego sterowania (np. operacjami chirurgicznymi) czy gier i zabaw komputerowych.


I znów powtórzmy – tak jak czyniliśmy to już niejednokrotnie w podobnych przypadkach – jakież to wszystko banalnie proste! Nie ma żadnego rzeczywistego opuszczenia ciała, są tylko złudzenie i wirtualna rzeczywistość. Tyle, że to nieprawda, a zrelacjonowane przez Science doświadczenia w istocie niczego nie dowodzą: ani tego, że wyjścia poza ciało są faktem, ani tego, iż stanowią one efekt iluzji.


Argumenty? Proszę bardzo.


W eksperymentach Ehrssona, tak jak i innych, brali udział, co z naciskiem podkreślono, ludzie zdrowi, z dobrze rozwiniętym zmysłem wzroku. Trzeba jednak w tym momencie zadać pytanie: a co z niewidomymi od urodzenia, którzy również doświadczali fenomenu OBE oraz stanu bliskiego śmierci, obserwując w ich trakcie z zewnątrz nie tylko swoje ciało, lecz rejestrując także rzeczywiste obrazy z bliższego i dalszego otoczenia, których nigdy wcześniej nie mieli możności oglądać? Co z nimi?


Co – dalej – z ludźmi, którzy przenosili się na większe odległości, jak ów człowiek obserwujący – po opuszczeniu ciała w trakcie szpitalnego zabiegu – przebieg groźnego wypadku samochodowego, do jakiego doszło w tym samym czasie w pobliżu kliniki, gdzie poddawano go operacji (przypadek sygnalizowany w wydanej przez Nieznany Świat książce Polskie życie po życiu. Relacje ludzi uratowanych ze stanu śmierci klinicznej, ostatnie, czwarte wydanie z 2004 roku)? Co z pacjentem amerykańskiego kardiologa Michaela Saboma, który również po „wyfrunięciu” z ciała w trakcie szpitalnej operacji, swobodnie przemieszczając się w przestrzeni, ujrzał leżący na jednym z pobliskich dachów czerwony damski pantofel, a gdy po powrocie do przytomności opowiedział o tym lekarzom, w efekcie czego pofatygowano się na wskazane przez niego miejsce, istotnie znaleziono tam bucik w takim właśnie kolorze? Czy to również była iluzja i zaburzenia pracy mózgu? Wszak – zauważmy – wspomnianym ludziom, w przeciwieństwie do uczestników eksperymentu, nie zakładano na oczy gogli z wyświetlaczami, ani nie umieszczano za ich plecami kamer. Nie szturchano ich również plastikowym prętem i nie straszono młotkiem.


To doprawdy zastanawiające, że naukowców w rodzaju doktora Ehrssona, redaktorów Science i powielających ich tezy publicystów takie przypadki w ogóle nie interesują. Chciałoby się rzec: wielka szkoda, skoro sygnalizowane sytuacje generują wysoce kłopotliwe fakty i okoliczności, których eksperymenty nie uwzględniały, gdyż całkowicie, do cna, burzyłoby to końcowe wnioski doświadczeń.


A przecież ważkie pytania nasuwają się tu same przez się. Oto i one: skoro z doznaniem OBE mamy do czynienia również (i z reguły) w sytuacji, gdy kamery są nieobecne, gdzie znajduje się wówczas źródło ludzkiego wzroku? Tu, gdzie mamy swoje cielesne oczy, czy w innym miejscu? I czy nie warto pochylić się nad interpretacją takich właśnie przypadków? Wszak wynika z nich jednoznacznie, że uczestnicy tego rodzaju wydarzeń obserwowali rzeczywistość, której – pozbawieni kamer i trójwymiarowych okularów – nie mieli prawa zobaczyć.


W jednym z opisywanych przez nas wydarzeń szpitalna pacjentka po opuszczeniu ciała zaglądała do innych izolatek. Stało się to w momencie, gdy – z punktu widzenia medycznego – chora była nieprzytomna i spoczywała na łóżku podłączona do urządzeń tłoczących tlen i monitorujących pracę jej serca. Skąd więc wiedziała, że sąsiednia izolatka jest pusta, w jaki sposób dowiedziała się, ze w kolejnym szpitalnym pomieszczeniu leży chłopiec, a na ścianie nad nim przyklejono kolorowe rysunki? Wszak cielesnymi oczami nie mogła tego zobaczyć. Wniosek wydaje się oczywisty: że w tym momencie jej zmysł wzroku najwyraźniej oderwał się od ciała.


Natychmiast zresztą pojawiają się kolejne pytania: Gdzie jest w takich przypadkach „kamera”, za pomocą której wspomniani ludzie byli w stanie dostrzec to, co działo się za ścianą? W jaki sposób i jaką swoją częścią przeniknęli tę przeszkodę? Jakie okulary im w tym pomogły?


Zamiast więc ekscytowania się pozornymi odkryciami, zajmijmy się rzetelną analizą i badaniem zjawiska, którego nie da się zamknąć w kadrze technicznego urządzenia, czy też wygenerować za pomocą młotka, jakim wywija uzbrojony we własne kartezjańskie okulary utytułowany neurofizjolog. Konsekwencją takiego podejścia musi być jednak uznanie za pełnoprawną część rzeczywistości, w jakiej funkcjonujemy, pierwiastka duchowego (niech go sobie niektórzy nazwą, jak chcą: świadomością, nadświadomością, podświadomością itp. – nie o to chodzi). Wówczas bowiem może okazać się, że mózg Darka Sugiera i jemu podobnych pracuje absolutnie normalnie, a po to by wykazać, że jest inaczej, nie wystarczy nałożyć delikwentowi na oczy trójwymiarowe okulary i wymachiwać przed ich obiektywami chirurgicznym młotkiem.


----------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów