Zabrnęliśmy w ślepy zaułek

Autor tekstu: lek. med. Tomasz Kokoszczyński



Przedruk z miesięcznika "Nieznany Świat" nr 3 z 2010 roku.


-------------------------------


Dehumanizacja obecnej medycyny nie jest efektem niewrażliwości lekarzy. Jest dysfunkcją systemową, wynikającą z milczącego przyjęcia paradygmatu człowieka jako maszyny i walki z chorobami.


Nie ma już dziś wątpliwości, że nauka jest bardzo bliska zrozumienia praw natury, co w perspektywie pomoże wyeliminować trapiące nas choroby. Ten optymistyczny scenariusz pojawił się wiele lat temu wraz z ważnym dla medycyny odkryciem mikroorganizmów, a co za tym idzie, rozwojem antyseptyki, szczepieniami i antybiotykami. Tymczasem mimo znacznych postępów medycyny i przeznaczanych na nią ogromnych środków, niektóre choroby nie tylko nie ustępują, ale wręcz przybierają rozmiary epidemii. Dotyczy to w głównej mierze chorób określanych dziś jako cywilizacyjne.


Czy medycyna, która zapewnia nam dłuższe życie w przypadku mniejszych dolegliwości, nie staje się pułapką dla swoich pacjentów? Okazuje się, że większość chorób przewlekłych nigdy nie zostaje wyleczonych, a jedynie jest utrzymywana w ryzach poprzez ciągłe przyjmowanie leków. Czy rzeczywiście tak musi wyglądać zdrowe życie? Duża część lekarzy, zapatrzonych w dowody wynikające z określonych badań medycznych, wydaje się nad tym nie tylko nie zastanawiać, ale odrzucać czy wręcz piętnować jakiekolwiek alternatywne sposoby myślenia i działania dotyczące zdrowia. Taka postawa zamyka drogę próbom innego zrozumienia i postępowania w dziedzinie, o której mówimy.


Epidemia chorób cywilizacyjnych


Osiągnięcia medycyny w poznaniu wielu mechanizmów chorobowych, a przez to w poprawie ogólnego stanu zdrowotnego są nie do podważenia. Bez nich na pewno nie żyłoby się nam tak dobrze, a dzięki nim wielu z nas ma szansę wydłużyć swoje życie. To prawda, że przypadłości o ostrym przebiegu przestały być tak groźne. Jednak ogromnym problemem stały się choroby cywilizacyjne, takie jak: cukrzyca, depresja, nadciśnienie, otyłość czy ostatnio uznana przez WHO również za nią grzybica. Lekarze obserwują znaczący wzrost liczby pacjentów z chorobami przewlekłymi, a statystyki potwierdzają wzrost spowodowanej nimi umieralności.


Szacuje się, że aktualnie dostępne są wyniki ponad jednego miliona randomizowanych badań klinicznych, a co tydzień publikowanych jest ok. 7 300 nowych doniesień naukowych, przy czym liczba ta stale rośnie”.

Nigdy nie uda się stworzyć standardów, a tym bardziej wytycznych, dla wszystkich problemów zdrowotnych i w stopniu tak szczegółowym, by stały się one „medyczną książką kucharską”. Jest to praktycznie niemożliwe z wielu powodów, m. in. dlatego, że opracowywanie i aktualizacja wytycznych są procesami wieloetapowymi, kosztownymi i wymagają wielodyscyplinarnego zespołu specjalistów. Z tych powodów wytyczne dotyczą tylko najistotniejszych społecznie problemów zdrowotnych”

Nie wolno zapominać, że żadnego kraju nie stać na stosowanie wszędzie i w każdym przypadku najbardziej wyszukanych technologii.”                                      Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia


Można by to podsumować używając oksymoronu, podobnie jak uczynił to prof. Wiesław Jędrzejczak w programie telewizyjnym poświęconym homeopatii: Jesteśmy ofiarami własnego sukcesu. I rzeczywiście – wydłuża się życie, a wraz z nim rośnie zachorowalność (wykrywamy i odnotowujemy coraz więcej chorób). Jednocześnie coraz więcej osób, w tym również młodszych, naprawdę choruje. Co więcej – mimo postępów medycyny nic nie zapowiada, by ta tendencja miała się odwrócić. Wręcz przeciwnie, przewiduje się np. narastanie epidemii cukrzycy. Warto więc zastanowić się, dlaczego tak się dzieje i czy rzeczywiście medycyna gwarantuje nam prawdziwe zdrowie, czy tylko pomaga przetrwać i redukować dolegliwości?


Pułapki polipragmazji


Nowoczesna medycyna praktycznie nie mogłaby istnieć bez nowoczesnych farmaceutyków. Stosowane są one coraz chętniej przez lekarzy, a i sami pacjenci chcą, by zapisywać im coraz to nowe leki na kolejne dolegliwości. W efekcie ich spożycie systematycznie rośnie. Powstaje coraz więcej standardów leczenia poszczególnych dysfunkcji, które w przypadku konkretnego pacjenta mogą wzajemnie nakładać się na siebie. Prowadzi to do zaawansowanej polipragmazji – każdy z leczących zetknął się już z pacjentami zażywającymi po 20 (sic!) i więcej leków w ciągu dnia.


Niestety, wzajemne interakcje leków są przebadane w niewielkim zakresie, a wszystkie farmaceutyki chemiczne mają działania uboczne. Trafnym podsumowaniem wydaje się tutaj humorystyczny komentarz dr. Bogusława Habrata z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie o stosowaniu leków w monoterapii: „Dobry lekarz wie, jak dany lek działa i jakie ma działania uboczne, osoby z tytułami akademickimi wiedzą, jakie mogą zachodzić interakcje pomiędzy dwoma lekami, najwybitniejsi z farmakologów i klinicystów wiedzą, jak (wzajemnie) działają trzy leki, jak działają cztery leki prawdopodobnie wie tylko Pan Bóg, a to jak działa na siebie pięć i więcej leków, prawdopodobnie pozostaje również poza wiedzą Pana Boga”.


Trudno oczekiwać, aby rozliczne medykamenty stosowano w optymalnych dawkach, skoro wśród ekspertów nie ma pełnej zgodności nawet co do dawkowania aspiryny, tak powszechnie używanej u chorych z podejrzeniem zawału mięśnia sercowego. A przecież już niskie jej dawki zwiększają ryzyko powikłań polekowych.


Czy zatem podawanie pacjentowi leków dla jego zdrowia jest naprawdę zawsze zgodne ze starą medyczną zasadą, aby przede wszystkim nie szkodzić (Primum non nocere)?


W dobie narastającej epidemii chorób przewlekłych medycyna akceptuje konieczność podawania tak dużych ilości lekarstw. Zwróćmy jednak uwagę, że choroba przewlekła stała się obecnie synonimem choroby nieuleczalnej. Jeśli popatrzymy na ogólnoświatowe statystyki dotyczące zdrowia, okazuje się, że wcale nie stajemy się zdrowsi, tylko chorujemy inaczej. Wprawdzie maleje żniwo zbierane przez choroby zakaźne, ustawicznie rośnie natomiast liczba chorób cywilizacyjnych i pogarsza się pula genowa populacji. Coraz częściej pojawia się depresja, która – według danych WHO – stanowi obecnie czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny, a za kilkanaście lat, być może już w roku 2020, ma być drugim.


Medycyna rzeczywiście czyni postępy, ale ich cena jest coraz wyższa i na korzystanie z nich stać coraz mniejszą grupę ludzi. Jak mówi neurolog prof. Teofan Domżał, medycyna nie jest zainteresowana leczeniem bólu u ludzi starszych, a wiele skutecznych leków nie jest refundowanych. Z powodu kosztów związanych z opieką medyczną co roku na świecie 150 milionów osób przeżywa załamanie finansowe, a 100 milionów ulega zubożeniu. Jednocześnie pojawia się coraz więcej sygnałów o złym traktowaniu zniedołężniałych starych osób. Czy naprawdę świadczy o zdrowiu ustawiczne branie coraz większych ilości lekarstw? Czy nie uczciwsze byłoby nazwanie takiego działania protezowaniem funkcji organizmu, a nie jego rzeczywistym leczeniem?


Protezy oczywiście nie są niczym złym i częstokroć poprawiają komfort życia, a niekiedy wręcz umożliwiają prawie normalne funkcjonowanie. Nigdy jednak nie prowadzą do wyzdrowienia. Może się więc okazać, że takie leczenie przypomina kredyt zaciągnięty z Banku Natury, który przychodzi spłacać w późniejszym wieku.


Kredyt z Banku Natury: czy chory jest zdrowy?


Wierzymy, że dzięki leczeniu żyjemy lepiej, odczuwamy mniej dolegliwości. Gdy weźmiemy kredyt z banku również mamy doraźnie jakby mniej problemów. Ale kredyt trzeba zwrócić, a wielu się to nie udaje. Może prowadzić to do zapaści całego systemu, dla każdego z nas zaś takim systemem jest własny organizm. Owszem, kredyt może być doskonałym wsparciem i pomostem do zasobności, ale to my sami musimy ją wypracować.


Problemy zaczynają się zupełnie niewinnie – np. od leczenia bólu, czego przykładem może być migrena transformowana, a jak wyjaśnia prof. Andrzej Szczudlik – kierownik Kliniki Neurologii CM UJ: Najczęściej jako przyczynę przekształcenia migreny w codzienne bóle głowy wskazuje się nadużywanie leków przeciwbólowych.


Każdy praktykujący lekarz spotyka w swojej praktyce pacjentów wpadających w takie właśnie błędne koło leczenia. Mało kto natomiast zastanawia się, jak bardzo zostało wypaczone rozumienie roli bólu, który przecież ma za zadanie informować organizm o nieprawidłowościach. Gdy pojawia się, należy pomyśleć z jakiego dzieje się to powodu, poszukać przyczyn i skorygować swoje postępowanie, a nie tylko automatycznie go likwidować.


Zatrważające jest to, że w przeważającej większości przypadków nie docieramy do rzeczywistego źródła chorób przewlekłych, a jedynie zwalczamy ich objawy. W jaki sposób mogło dojść do przeoczenia tak fundamentalnej kwestii leżącej u podstaw medycyny?


Popatrzmy na zagadnienie z perspektywy historii. Podstawowym praktycznym celem medycyny jest zwalczanie cierpienia – oczywiście o ile nie skraca ono długości życia (a najlepiej, gdy ją wydłuża). Od początku ze zrozumiałych przyczyn nowoczesna medycyna służyła człowiekowi do łagodzenia bólu i innych dolegliwości, jak to realistycznie przedstawia na kartach swoich książek Jürgen Thorwald.


Na przestrzeni dziejów tworzono i praktykowano różne metody leczenia. Wiele z nich związało się albo ze zwykłym oszukiwaniem, albo z życzeniowym myśleniem ich twórców. Często też bardziej one szkodziły niż pomagały i nie była od tego wolna żadna gałąź medycyny. Obecnie medycyna korzysta z licznych badań, odkrywających coraz bardziej skuteczne sposoby walki z chorobami. Skoncentrujmy się przez chwilę na niektórych z nich.


Wielu lekarzy powtarza jak mantrę trzy literki: EBM, EBM, EBM... (Evidence Based Medicine – medycyna oparta na dowodach). Tymczasem na internetowej stronie British Medical Journal (BMJ), poświęconej dowodom klinicznym, dowiadujemy się, że z 2500 powszechnie stosowanych sposobów terapii jedynie 13 % może wylegitymować się potwierdzoną skutecznością, 23 % jest prawdopodobnie skuteczne, 8 % mieści się pomiędzy skutecznym a szkodliwym, 6 % jest mało prawdopodobne, by było skuteczne, 4 % okazuje się prawdopodobnie nieefektywne lub szkodliwe, zaś 46 % nie ma potwierdzonej skuteczności (! – przyp. red. ).


Jedną z powszechnie stosowanych metod leczniczych jest popularne obniżanie gorączki. Tymczasem w piśmie JAMA we wstępie do pracy przeglądowej Leczenie przeciwgorączkowe; Przesłanki fizjologiczne, zastosowanie diagnostyczne i konsekwencje kliniczne czytamy, że Począwszy od starożytności stosowano różne metody leczenia gorączki. Zaskakujący jest fakt, że przeprowadzono niewiele badań klinicznych w celu upewnienia się co do fizjologicznych konsekwencji leczenia przeciwgorączkowego oraz uzasadnienia przesłanek stojących za takim leczeniem. Co ważniejsze, nie ustalono jednoznacznie, czy korzyści z leczenia przeciwgorączkowego przewyższają ryzyko z nim związane. Co więcej – ostatnio pojawiły się przesłanki, że paracetamol, jeden z leków przeciwgorączkowych, podawany w pierwszym roku życia może przyczyniać się do astmy w późniejszym wieku.


Wydaje się, że prostym rozwiązaniem mogłoby być zwiększenie liczby badań. Jak trudno jednak dogłębnie przebadać i statystycznie definitywnie potwierdzić wpływ wszystkich czynników na zdrowie, pokazuje największe dotychczas studium, mające potwierdzić lub wykluczyć – wydawałoby się prosty – związek guzów mózgu z pracą w zakładach lotniczych. Badanie to, pomimo 7 lat dociekań i 12 milionów dolarów poniesionych na nie kosztów, nie przyniosło dotychczas jednoznacznych konkluzji.


Problem nie wydaje się tkwić w zbyt małej liczbie danych z badań – ich liczba rośnie przecież z roku na rok. Paradoksem jest fakt, że im więcej wiemy, tym coraz więcej i coraz bardziej szczegółowych badań powinniśmy przeprowadzać. Każda nowa odpowiedź przynosi kolejne pytania i wątpliwości, jakby zachodził tu jakiś błąd systemowy, a nie metodologiczny (związany z niedoskonałością metod badawczych). Im precyzyjniej potrafimy określić działanie danego leku, tym więcej wątpliwości nasuwa się co do jego powszechnego stosowania. Co było złotym standardem postępowania jednego dnia, chwieje się nazajutrz. Drobny, ale jakże znamienny przykład: profilaktyczne stosowanie aspiryny u pacjentów z chorobą sercowo-naczyniową nie jest skuteczne u osób nieodpowiadających na leczenie aspiryną. Okazuje się więc, że skuteczne, nowoczesne leczenie wymaga coraz większej indywidualizacji.


Coraz bardziej istotną rolę w doborze leków zaczyna również odgrywać genetyka, jak choćby przy niedawnym odkryciu przez polskich naukowców metody leczenia raka piersi cisplatyną – lekiem znanym od 30 lat, który przy tej chorobie okazuje się jednak niezwykle skuteczny tylko u pacjentek z genem BRCA1. Każde kolejne odkrycie odsłania przed nami coraz to nowe, rozległe obszary badawcze. Łudzono się, że poznanie ludzkiego genomu w ramach Human Genom Project pozwoli ostatecznie poznać tajemnice wielu chorób. Analiza uzyskanych danych zajmie jednak wiele lat, a to dopiero początek badań, które muszą być kontynuowane w obszarze genomiki (w uproszczeniu: całościowego badania genomu) czy proteomiki (w uproszczeniu: dynamiki składu białkowego komórek). Jednak i to nie wystarcza do właściwego poznania (a co za tym idzie: leczenia) chorób. Innym wielkim obszarem badań nad ich molekularnym podłożem staje się bowiem epigenetyka (w uproszczeniu: dziedziczność pozagenowa). Oznacza to dalszy wzrost nakładów na badania.


Lecznicze właściwości rozwiniętych komórek macierzystych mogą okazać się trudniejsze do wykorzystania, ponieważ w poszczególnych organach nie mają one jednolitej struktury, lecz różne ich typy współdziałają ze sobą – uważa laureat nagrody Nobla, prof. Mario Capecchi z University of Utah w USA.


W 11 guzach piersi i 11 guzach jelita zidentyfikowano 189 genów, których nie wiązano do tej pory z rakiem. Odkrycie to zaskoczyło nawet samych badaczy. – Oczekiwaliśmy znalezienia kilkunastu genów, ale nie 200 – powiedział Tobias Sjöblom, kierownik pracy.


Oczywiście genetyczne badania nad nowotworami pozwalają coraz skuteczniej kontrolować wiele z nich, ale sami onkolodzy przyznają, że nie mają wglądu w całość tej łamigłówki, a do coraz bardziej rosnącej listy chorób przewlekłych, dołącza w istocie coraz więcej nowotworów.


Również kontrola całego systemu genetycznego jest ciągle sprawą niewyjaśnioną. Dziś wiemy, że jeden gen może czasem dawać 10, czasem 500, a czasem nawet pięć tysięcy białek. I to jest niesłychanie ważne. Bo (…) niedawno okazało się, że mamy niewiele więcej genów niż muszka owocowa albo robak. Ale przecież ewidentnie jesteśmy bardziej skomplikowani. Dzieje się tak właśnie dzięki temu, że na jeden gen przypada u nas dużo więcej białek – tłumaczy Joan Steitz, jedna z najlepszych na świecie specjalistów od RNA.


Podobnie dzieje się w każdym obszarze nowoczesnej medycyny – im więcej wiemy, tym bardziej toniemy w szczegółach. Taka heterogeniczność badań może wprowadzić coraz bardziej znaczące odchylenia od opartych na nich metaanaliz, bez nich zaś trudno objąć narastający potop informacji. Przykładem tego jest zakwestionowanie skuteczności zmniejszania ryzyka wystąpienia naczyniowych powikłań nadciśnienia tętniczego przez stosowane od ponad 30 lat betablokery. Badania pokazują również, jak znaczne konsekwencje mogą mieć zmiany równowagi wewnętrznego środowiska bakteryjnego, skutkujące niekiedy nawracającymi infekcjami uszu czy otyłością. Trudno zaś chyba zaprzeczyć, że współczesna medycyna może jatrogennie wpływać na taką równowagę. W dobie rosnącej liczby badań coraz bardziej powszechny staje się również problem etyki informacji naukowej.


Przyczyn chorób cywilizacyjnych zazwyczaj szukamy na zewnątrz: w diecie, zarazkach, zanieczyszczeniu środowiska czy w ogólnie pojmowanym rozwoju cywilizacji. Jednocześnie zdajemy się nie dostrzegać, ile na każdego z nas statystycznie przypada złożonych chemicznie lekarstw, które są dawkowane w o wiele większych stężeniach, niż wnikające do organizmu zanieczyszczenia. Trudno sobie wyobrazić, że leki działające z założenia na układ immunologiczny nie wpływają na ściśle z nim powiązany układ nerwowy.


Wydaje się, że chorobą przewlekłą, którą na pewno potrafimy leczyć, jest choroba wrzodowa wywołana przez Helicobacter pylori. I rzeczywiście – odkąd odkryto jej przyczynę, przestała ona być najważniejszym problemem gastroenterologów i ich pacjentów. Jednak skądinąd dowiadujemy się, że dzieci zainfekowane silnie zakaźnym szczepem Helicobacter pylori rzadziej chorują na astmę oskrzelową, a w wieku dorosłym także na pyłkowicę i inne typy alergii wziewnej – tak twierdzą uczeni z Uniwersytetu w Nowym Jorku na łamach Archives of Internal Medicine (2007). Heliobacter pylori żyje w układzie pokarmowym człowieka od wielu tysięcy lat. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że pozbycie się bakterii wiąże się z konsekwencjami dla organizmu – uważa szef zespołu naukowego, prof. Martin J. Blaser.


Rosną koszty badań, a tym samym leczenia opartego na naukowych wytycznych. Mimo że pojawia się coraz więcej nowoczesnych procedur, w praktyce – wskutek tego, że są one coraz droższe – najlepsze z nich okazują się dostępne tylko dla nielicznych. Pieniędzy przestaje również starczać na drogie, powszechnie stosowane terapie. Prof. Cezary Szczylik, onkolog z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, określa takie niedostateczne finansowanie leczenia jako eksterminację chorych. Co prawda niektóre procedury mogą stanieć, ale generalnie wszystko wskazuje na to, że opieka medyczna będzie coraz droższa.


Kwestia finansowania ochrony zdrowia i związanych z nią badań dotyka nawet najbogatsze kraje. Amerykański Narodowy Instytut Raka, który sponsoruje udział pacjentów w testach klinicznych nowych leków, odnotował w 2009 r. 12-procentowy spadek dofinansowania z budżetu federalnego. – Będziemy musieli zamknąć 95 badań w II i III fazie, związanych z poszukiwaniem kuracji w raku mózgu, czerniaku i nowotworów u dzieci – ostrzega wiceprezes Amerykańskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej, dr Allen Lichter.


Człowiek– maszyna?


Mechaniczny model choroby nie bierze pod uwagę faktu, że organizm ludzki nie jest jedynie skomplikowaną „maszyną fizyko-chemiczną”, lecz „maszyną żyjącą”. I to stanowi jego zasadnicze ograniczenie. Mechaniczny model koncentruje się na prawidłowych i nieprawidłowych funkcjach istniejącej już „maszyny”, nie uwzględniając przy tym, że ludzka „maszyna” jest organizmem biologicznym, który zaczyna swoje istnienie jako zygota, osiąga formę dojrzałą, a później nieustannie odtwarza się na nowo w ciągu naszego życia aż do momentu, gdy zaczyna się proces degeneracji i organizm w końcu umiera. Każde istotne zakłócenie w owych skomplikowanych procesach może być źródłem choroby – czytamy w książce Racjonalna diagnoza i leczenie. Wprowadzenie do medycyny wiarygodnej, czyli Evidence Based-Medicine (H. R. Wulff, P. C. Gotzsche).


Działania współczesnej medycyny wynikają z założenia, że człowiek jest mechanizmem. Popatrzmy jednak, jak w praktyce medycyna postępuje z ludźmi. Przypomina to sytuację, kiedy popsuje się nam samochód. Jedziemy wówczas do warsztatu, gdzie usterka jest diagnozowana, po czym zepsuta część zostaje naprawiona lub wymieniona i maszyna służy nam dalej.


Organizmy żywe – w odróżnieniu od maszyn – nie tylko ustawicznie utrzymują stan dynamicznej równowagi (homeostazę), ale są w stanie same się regulować i naprawiać. Co więcej, takie choroby jak zespół nabytego braku odporności immunologicznej (AIDS), przedwczesne starzenie się (progeria) czy inne podobnie ciężkie zaburzenia uświadamiają nam, jak naprawdę niewiele możemy zrobić w przypadku braku współdziałania ze strony organizmu. Mimo to medycyna w dużej mierze lekceważy to współdziałanie, ignoruje działania organizmu i przeciwstawia im swoje lekarstwa. Na ból i stan zapalny podawane są np. niesteroidowe leki przeciwzapalne, a w trudniejszych sytuacjach (coraz częściej, niestety) steroidy, które jeszcze skuteczniej tłumią reakcję zapalną. W innych przypadkach np. blokuje się czy pobudza określone receptory, tak aby organizm nie mógł kontynuować swoich działań. Wywołuje to reakcje obronne organizmu, które często postrzegamy w postaci objawów ubocznych.


Medycyna, stosująca wiele naukowych metod, praktycznie nie wypracowała naukowych podstaw teoretycznych dla kierunku swoich działań, a jedynie mechaniczne modele. Obecna wiedza medyczna opiera się na fragmentarycznych badaniach funkcjonowania mechanizmów części systemu, jakim jest organizm, z czego nie wynika całościowa harmonijna równowaga i rozwój decydujące o zdrowiu. Dzięki współczesnej medycynie żyjemy dłużej, a choroby mają łagodniejszy przebieg, ale czy nie wywiera ona długofalowego wpływu na stan psychiczny całej populacji?


To, czego praktycznie się nie zauważa


Historia benzodiazepin – najczęściej używanych leków psychotropowych, które były zażywane przez miliony Amerykanów przez dziesiątki lat – pokazuje, że dopiero po długim czasie ich stosowania zaczęto brać pod uwagę niekorzystne zmiany stanu psychiki leczonych nimi osób. Leki te, nadal chętnie przepisywane, nie tylko nie rozwiązują przyczyn problemów, lecz przeciwnie – silnie uzależniają. Bezpośrednio po ich odstawieniu często dochodzi do nawrotu objawów, w których miały pomóc. Długotrwałe przyjmowanie tych leków może stwarzać nowe problemy, prowadzić do pogorszenia punkcji poznawczych i przyczyniać się do depresji. Czy to jest cel, jaki my, lekarze, chcieliśmy osiągnąć?


Tak oto w naszych rozważaniach dotarliśmy do medycznego tabu, jakim jest psychika i jej wpływ na ciało. Od czasów doświadczeń Roberta Adera, twórcy pojęcia psychoneuroimmunologia, który w 1975 roku udowodnił, że organizm poprzez wcześniejsze uwarunkowanie sam może zmieniać stan układu odpornościowego po podaniu obojętnego bodźca zapachowego, nikt już chyba nie kwestionuje wpływu psychiki na fizjologię organizmu. Nawet mniej wrażliwi emocjonalnie mężczyźni z pewnością niejednokrotnie przekonali się na własnej skórze, jak wyraźnie widoczne zmiany fizjologiczne może wywołać sama myśl. Kobiety, ze swej natury wrażliwsze, raczej przekonywane do tego być nie muszą.


Medycyna jednak w praktyce konsekwentnie pomija kwestie wpływu stanu psychiki na organizm. Przewertujmy książki i pisma medyczne skierowane do lekarzy. W znikomym stopniu poruszają one tę tematykę, a jeśli już, to raczej na zasadzie opisania odpowiednich mechanizmów psychoneuroimmunologicznych, niż uczenia praktycznego stosowania tej wiedzy. Podobnie jest na konferencjach medycznych. Proszę przejrzeć program dowolnej z nich i przekonać się, jak bardzo przedmiotowo traktowany jest tam pacjent i jego dolegliwości. Człowiek został przez medycynę mechanicznie rozczłonkowany na obszary poszczególnych specjalności, rozdrobniony na coraz więcej odhumanizowanych detali. Proszę spróbować zapytać któregokolwiek przedstawiciela firmy produkującej inne leki niż psychiatryczne, jaki mają one wpływ na stan psychiki. W znakomitej większości przypadków nie będzie umiał (chciał?) odpowiedzieć.


W tym miejscu należałoby zadać pytanie, czy są jakiekolwiek leki, które takiego wpływu nie mają. Wykazano bezsprzecznie, jak zwykłe antybiotyki oddziałują na układ nerwowy, ale nie powiązano tego faktu z wpływem na psychikę! Próby medycznie akceptowanego zajmowania się stanem emocjonalnym pacjenta są marginalizowane i dotyczą często źle rokujących, terminalnych sytuacji, jak może mieć to miejsce w przypadku psychoonkologii.


Dehumanizacja obecnej medycyny nie jest efektem niewrażliwości lekarzy. Jest dysfunkcją systemową – wynika z milczącego przyjęcia paradygmatu – człowieka jako maszyny i walki z chorobami. Wraz z rozwojem medycyny w obecnej postaci taki stan może się tylko pogłębiać – często wbrew woli uprawiających ją osób, które po prostu zostają wkręcone w tę medyczną maszynerię. Lekarze, objęci obowiązkiem ustawicznego doskonalenia zawodowego, zalani niemożliwym do przetrawienia potopem szczegółowych informacji z frontu badań, w znakomitej większości nie są już w stanie zainteresować się chociażby wpływem medytacji na obniżenie ciśnienia krwi. Czy ogólne niezadowolenie z systemów opieki zdrowotnej nie powinno skłaniać do przemyślenia zasad, na których są one oparte, do zweryfikowania obowiązującej definicji zdrowia wyznaczającej kierunki ich działania?


Co to właściwie jest zdrowie?


Na pierwszy rzut oka pytanie to, może wydawać się tylko akademickim rozważaniem, jednak od tego, jak rozumiemy pewne pojęcia, zależą nasze działania – w tym przypadku postępowanie medyczne.


Zdrowie jest obecnie definiowane jako brak dolegliwości. Fizyczny, psychiczny i społeczny dobrostan, zawarty w przyjętej przez WHO w 1948 roku definicji, sprowadza się w praktyce do tego, co robimy dla odzyskania zdrowia, gdy zachorujemy. Przede wszystkim walczymy z chorobami, zwalczamy ból i inne dolegliwości. Proszę wsłuchać się w język reklam promujących produkty zdrowotne, w to, jak wypowiadają się lekarze, czy wreszcie jak odczuwają swe dolegliwości pacjenci.


Przeciwstawiając się chorobie, a ściślej mówiąc jej objawom, w końcu przeciwstawiamy się wysiłkom organizmu, jak gdyby przyjmując, że niedoskonały organizm postradał zmysły i działa przeciwko samemu sobie. Przeciwko nam samym.


Organizm rzeczywiście wydaje się nie widzieć np. zbyt wysokiego ciśnienia krwi, które sam produkuje, nie dostrzega, że jego własne przeciwciała są skierowane w akcie autoagresji przeciwko jego własnym komórkom. Chorobę przewlekłą utożsamiamy z objawami, które są wynikiem wypaczonego postrzegania rzeczywistości, a ponieważ objawy te pod wpływem leczenia przeważnie łagodnieją, wydajemy się nie mieć powodu do zastanawiania się nad istotą zaburzeń leżących u jej podłoża.


Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się zepsujesz.


Czy o zdrowiu powinniśmy rzeczywiście myśleć dopiero wówczas, gdy go zabraknie i pojawią się nieprzyjemne dolegliwości? Objawy chorób przewlekłych są wynikiem zaburzonej samoregulacji, a to właśnie od poprawy tej samoregulacji zależy zdrowienie organizmu. Spróbujmy zatem przedefiniować samo pojęcie zdrowia:


Zdrowie to dążenie do coraz bardziej adekwatnego reagowania, albo inaczej: Zdrowie to harmonijny rozwój.


Podstawą adekwatnego reagowania organizmu jest sprawnie działająca samoregulacja oparta na sprzężeniach zwrotnych. Organizm powinien realnie ocenić wpływające na niego czynniki i mieć możliwość wydajnego odpowiadania na nie. To bardziej proces niż stan. Całościowo adekwatna (odpowiednia) reakcja obejmuje płaszczyzny: fizyczną, psychiczną oraz społeczną. Im reakcja jest bardziej adekwatna, tym bardziej okazuje się całościowa i zharmonizowana. Zauważmy, że reakcja całościowo adekwatna nie zawsze musi być wycinkowo najlepsza (np. pobicie rekordu Guinnessa częstokroć przecież szkodzi zdrowiu).


Reakcja adekwatna zmierza również do tego, by organizm się rozwijał, stawał się bardziej harmonijny (pozostający w zgodzie ze sobą, jak i z otoczeniem), obejmując proces dążenia do coraz lepszej autokorekty błędów. Istotą autokorekty jest prawidłowo działające sprzężenie zwrotne, umożliwiające dostrzeganie i wpływanie na zaburzenia, tak by reakcja również długofalowo była coraz bardziej adekwatna. Mówiąc inaczej, całą rzecz można określić jako rozwój, czyli dążenie układu żywego do koherencji (harmonii, spójności – braku sprzeczności). Może się to wiązać z przejściowym pogorszeniem jego funkcjonowania na jednym z poziomów (dekoherencją) po to, by uzyskać harmonię na poziomie wyższym (np. niegroźna ostra choroba może być niekiedy sposobem na głębszą korektę całego, powiązanego układu psychoneuroimmunologicznego). Im bardziej organizm staje się zharmonizowany – tym bardziej jest zdrowy.


Nie tylko intuicyjnie czujemy, co to oznacza, ale i z łatwością możemy znaleźć przykłady takiego zdrowego, adekwatnego reagowania, badać je, mierzyć i porównywać.


Może warto by spojrzeć w tym kontekście inaczej na choroby, tak jak to zrobił dr Jackie Swartz ze szwedzkiego szpitala w Järna. Przeprowadził on badania dzieci w mieście, które objęła epidemia odry. Okazało się, że dzieci z alergią na mleko dwa dni po zachorowaniu nagle nabrały na nie wielkiej ochoty. Mieliśmy inne przykłady – opisuje Swartz. – Dzieci po przejściu choroby zaczynały chodzić, nie korzystały z pieluszek, przesypiały po raz pierwszy bez budzenia się całą noc lub też zanikały u nich wysypki uczuleniowe. Swartz pyta więc: Czy naprawdę jest się zdrowszym, jeżeli się nie choruje? Sądzę, że normalne choroby dziecięce, takie jak odra, różyczka, świnka, tak naprawdę wzmacniają system immunologiczny organizmu. Warto w tym miejscu zauważyć, że pozytywny wpływ chorób zakaźnych na przestrojenie ogólnej odporności organizmu odnotowywał już w swoich czasach twórca homeopatii Samuel Hahnemann.


Organizm o większej dojrzałości reaguje bardziej adekwatnie na otoczenie i wykorzystuje to do własnego rozwoju. Szkoda, że takie obserwacje giną w zalewie standaryzowanych badań randomizowanych.


Choroby przewlekłe – efekt błędnej interpretacji


Organizm jest przeogromnym, samoregulującym się systemem, pozostającym w dynamicznej równowadze, którą nazywamy homeostazą. Wzorce tej równowagi są zawarte wewnątrz organizmu i jeśli okazują się błędne, mamy do czynienia z chorobą, czyli ze stanem nieprawidłowo przywracanej równowagi. Żeby temu przeciwdziałać, podaje się lekarstwa, które działają przeciwnie do odchylenia, sztucznie wymuszając nową równowagę. Niestety, jak np. w nadciśnieniu – leki te często powinny być stosowane praktycznie do końca życia. Z punktu widzenia zmodyfikowanej definicji zdrowia takie działania nie tylko nie pomagają, ale wręcz przeszkadzają w autokorekcie, utrwalając stan choroby.


Zgodnie z prawem przekory dotyczącym układów chemicznych – a organizm jest z pewnością wielkim układem biochemicznym – będzie on zawsze działał przeciwnie do czynników zaburzających jego homeostazę (tu: lekarstw). Podobnie przy walce z otyłością, przegrywanej przez coraz większą liczbę osób, mamy do czynienia z efektem jo-jo. Dieta koryguje wagę, ale wcale nie musi korygować emocji wynikających z błędnego postrzegania rzeczywistości. A przecież wypaczenie postrzegania stanowi domenę naszej psychiki. Wykazano wielokrotnie, że jednym z głównych czynników, który uaktywnia mechanizmy obronne prowadzące do takiego wypaczenia jest lęk. Mechanizm rozwoju błędnego postrzegania rzeczywistości opisuje w swojej książce Konieczne kłamstwa psycholog, wieloletni redaktor naczelny Psychology Today, Daniel Goleman. By nie czuć ciągłego lęku, świadomość odcina się od pamięci – wypieramy i negujemy to, co jest częścią nas samych, a co z kolei zaburza nasz odbiór świata. A na tym właśnie polega nieprawidłowe reagowanie ustroju na otoczenie. Dochodzi do błędnej interpretacji otaczającej rzeczywistości, niedostrzegania pewnych jej obszarów, czego wynikiem jest nieadekwatność reakcji organizmu. Czyż osoby zestresowane nie reagują gorzej choćby na proces leczenia?


Badania pokazują, że wystarczy wspomnienie stresującej sytuacji wywołującej złość, aby zmienił się wyrzut krwi. Zmiany stanu fizjologii pod wpływem emocji uwidaczniają się w szczególnie dramatyczny sposób u osób cierpiących na zespół wstrząsu pourazowego (PTSD), jednak w jakimś stopniu dotyczy to każdego z nas.


Patrząc na choroby z tego punktu widzenia, dostrzeżemy, że tak częsta współcześnie alergia wiąże się z nadmierną reaktywnością organizmu, podobnie jak choroby z autoimmunoagresji, zaś depresja to z kolei nieumiejętność utrzymania równowagi neurohormonalnej. Na próżno jednak w opracowaniach wyjaśniających patogenezę tych dolegliwości szukalibyśmy wytłumaczenia, co rzeczywiście steruje wszystkimi tymi mechanizmami. Zdecydowanie może na nie wpływać stres, ale odczuwanie najmniejszego nawet stresu rozpoczyna się w psychice. Tyle mówi się o walce ze stresem, a przecież walka raczej stres pogłębia. Również prosty relaks nie pomoże w uporaniu się z głęboko wkodowanym, niewspółmiernym reagowaniem na psychiczne napięcie.


Dezintegracja pozytywna


W rzeczywistym przetworzeniu głębokich lęków i uwolnieniu się od nich może być pomocna rozwinięta przez polskiego psychiatrę, prof. Kazimierza Dąbrowskiego teoria dezintegracji pozytywnej. Mówi ona, że zdrowie psychiczne zdobywa się dynamicznie, w trakcie przechodzenia przez etapy dezintegracji i kształtowania się psychiki, co profesor określił jako jej rozwój. Jest to spójne z większością form psychoterapii. A leki? Przecież można wziąć lekarstwa i poczuć się dobrze. One poprawią nam pamięć i koncentrację, mogą też usunąć zmęczenie. Tylko czy to jest rzeczywiście zdrowie? I czy człowiek wskutek tego nie staje się bardziej maszyną?


Zauważmy, że osobami działającymi bez głębszej refleksji, na ogół zadowolonych z siebie i usatysfakcjonowanymi swoim życiem wewnętrznym (niewidzącymi potrzeby zmian), a przy tym nielękającymi się ani przeszłości ani przyszłości są … psychopaci. Choć spełniają oni obowiązujące w medycynie kryteria zdrowia psychicznego, okazują się ludźmi nieczułymi i niewrażliwymi, nieprzejawiającymi fizjologicznych komponentów strachu. Czy mamy powody, aby zaprzeczyć tezie, że w małej skali leki chemiczne działające w podobnym kierunku – znieczulając i odcinając organizm od wrażliwości na samego siebie – nie mogą dodatkowo, poza innymi czynnikami, utrwalać takiej postawy?


W koncepcji prof. Dąbrowskiego psychopata odpowiada najniższemu stopniowi rozwoju – integracji pierwotnej. Czy mamy pewność, że leki chemiczne nie przyczyniają się do zatrzymywania pacjentów na tym, bardzo niezdrowym społecznie, poziomie? Wątpliwości o dbałość w tej kwestii może budzić już sam charakter nadużyć związanych z ich reklamą.


Radosne może być życie staruszka


Badania stulatków dostarczają argumentu wiążącego adekwatne, harmonijne reagowanie na poziomie psychicznym, ze zdrowiem fizycznym i dojrzałością emocjonalną. Obecnie również wśród lekarzy panuje przekonanie, że człowiek stary musi musi być schorowany, niedołężny i ulegać demencji. Takich ludzi często spotykamy w szpitalach i poradniach. Do innych wniosków doszli autorzy przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych systematycznych badań osób długowiecznych (zob. The New England Centenarian Study – NECS oraz książkę Dożyć do 100 – Wyd. Moderski i S-ka, Poznań 1999). Wyniki zaskoczyły samych badaczy i dały naukowe podstawy twierdzeniu, iż to że stajesz się coraz starszy, nie musi oznaczać, iż będziesz coraz bardziej chory.


Stulatkowie nie zawdzięczają więc zdrowia lekom i operacjom. (…) W rodzinach stulatków zachorowalność na raka jest niesłychanie niska i wskazuje na pewien rodzaj „odporności”, której dotąd nie zdołaliśmy zbadać. (…) Stulatkowie są grupą ludzi odpornych na raka, choroby serca i, co wykazały nasze badania, również na chorobę Alzheimera. Były na to także inne dowody. Z relacji rodzin naszych pacjentów wynikało, że większość stulatków rzadko chorowała, a 95 % z nich było zdrowych jeszcze po ukończeniu 90 lat – czytamy we wspomnianych źródłach.


Jest oczywiście prawdą, że ogólna liczba osób dożywających tak sędziwego wieku wzrasta, ale nie można tego jednoznacznie przypisywać osiągnięciom medycyny. Niebagatelny wpływ na to ma rozwój higieny i poprawa sytuacji społecznej. Jak wynika z trzyletniej analizy, dokonanej przez WHO, jeśli chodzi o długość życia i stan zdrowia, większą rolę odgrywają czynniki społeczne niż genetyczne. Widać tu wyraźnie, że również adekwatne reagowanie w sytuacjach społecznych nierozerwalnie wiąże się ze zdrowiem.


Czy rzeczywiście zdrowie osób, o jakich mowa, zależy wyłącznie od ich niewątpliwych predyspozycji genetycznych? Wyróżniającą i wspólną cechą osobowości badanych stulatków był niski poziom „neurotyczności”, który określa wszystko to, co nazywamy negatywnymi emocjami lub niezdrowymi uczuciami, takimi jak gniew, strach, poczucie winy i smutek, a poza tym depresja, niepokój, wrogość, impulsywność i lęk przed kontaktami z ludźmi. Osoby te wydają się potwierdzać słuszność porzekadła: W zdrowym ciele zdrowy duch. A może to właśnie ten zdrowy duch jest tym, co przyczynia się do zdrowia ciała?


Siła placebo


Czy ten duch nie jest właśnie tym, co określamy mianem placebo? Przecież fizycznie nie ma czegoś takiego jak placebo czy nocebo. Nie jest to żadna tabletka, zastrzyk, ani operacja, mimo że za pomocą takich narzędzi i metod wykazano jego efekty. To jedynie termin określający wewnętrzny wpływ organizmu na siebie, wzbudzony mniej lub bardziej udawanym bodźcem.


Każdy z nas znalazł się z pewnością w przykrej sytuacji, gdy nie doznawszy bezpośredniego urazu, fizycznie odczuł stres. Również odwrotna sytuacja nie jest nam obca, jednak o wiele łatwiej zestresować się, niż zrelaksować. Jeszcze trudniej uzyskujemy stan skoncentrowanej harmonii radości, określany jako przepływ, czy uskrzydlenie. To jeden z powodów, dla których nie potwierdzono działania placebo w niektórych metaanalizach – nie umiemy bowiem świadomie wykorzystywać naszej mocy wpływania na własny organizm.


Placebo działa, ale działania te przejawiają dużą różnorodność zależną od uwarunkowań kulturowych i zmienności indywidualnej. Jedne czynniki wpływają na większą grupę ludzi silniej, inne słabiej (np. zielone tabletki mogą działać bardziej uspokajająco, a brązowe trawiennie). W rzeczywistości bowiem to nie placebo działa, lecz znaczenie, jakie mu nadajemy, to zaś z kolei w istotny sposób zależy od stanu psychiki, mniej lub bardziej prawidłowo postrzegającej rzeczywistość i możliwości jej wpływania na ciało.


Większość chorych nie ma żadnej praktycznej wiedzy o panowaniu nad własnym umysłem i emocjami, bez trudu potrafi się za to stresować i zamartwiać. Niekiedy może zdarzyć się wyjątkowo pozytywna reakcja typu placebo, jak np. legendarne wyleczenie chorego z wrodzonej erytrodermii ichtiotycznej Brocqa, nieuleczalnej choroby, która nigdy więcej nie pojawiła się u tego pacjenta. Takie przypadki zalicza się automatycznie do pogardzanej przez badaczy kazuistyki, a z drugiej strony dzięki tego rodzaju uzdrowieniom niejeden healer zyskał rozgłos.


Zastanawiające jest, jak mało uwagi poświęca się rzeczywistej mocy kryjącej się za naszymi myślami. To zupełnie tak, jakby np. przypadki ciąży urojonej były jedynie urojeniami, a nie fizjologicznymi zmianami stanu pacjentek. Wprawdzie niby wierzymy, że to działa, ale w istocie marginalizujemy możliwość wpływania pacjentów na samych siebie (a więc ich samoleczenia), tylko dlatego, że sami tego nie potrafimy. Jeśli lekarze nawet uznają siłę placebo, fakt ten nie ma przełożenia na praktykę. W większości przypadków nie mają pojęcia i nigdy się nie uczyli, jak można wykorzystać siły drzemiące w organizmie.


Zastępuje to standardowe podawanie lekarstw, co tłumaczy się faktem, iż na temat wpływu psychiki brak jednoznacznych badań. To po części prawda, bo naukowcy ugrzęźli w swoich badaniach i stracili z oczu istotę zjawiska. Bada się głównie osoby chore i jeśli przyjmiemy, że psychika może przyczyniać się do choroby, są one tymi, które w tej sferze sobie nie poradziły. I tak koło się zamyka. Osób zdrowych, bez problemów, nie bada się z punktu widzenia wpływu ich psychiki na zdrowie. Czasami tylko ktoś przebada zdrowie stulatków, jednak nawet wtedy zapracowani lekarze nie mają siły wyciągnąć z tego praktycznych wniosków.


W ocenie wpływu psychiki na organizm najczęściej nie uwzględnia się głębokości emocjonalnych zaburzeń. Łzy człowieka, który przed kilkudziesięciu laty był fotografem w obozie koncentracyjnym, są z pewnością wyrazem głębiej zakorzenionych emocji, niż łzy dziecka, które niechcący przestraszył pies sąsiadów. Nie można równoważnie traktować emocji oddziałujących na organizm od kilkudziesięciu lat i tych, które pojawiły się niedawno u dziecka, a tak się właśnie robi. Zakłada się, że psychika może co najwyżej przyczynić się do odwracalnych zaburzeń psychosomatycznych – tak, jakby utrwalenie wspomnianego stanu rzeczy, wpływające na ekspresję genów, nie mogło być podłożem chorób przewlekłych. I odwrotnie – jeśli już psychika ma leczyć, żąda się, by robiła to natychmiast, niezależnie od utrwalonego stanu emocji i ugruntowanych zmian fizycznych. Ignoruje się przy tym kwestię, że aby doszło do głębokich zmian psychiki, potrzeba dużo wysiłku i wytrwałości, a wraz z wiekiem takie zmiany coraz trudniej uzyskać.


Źródło: Strona internetowa www.homeopatia.home.pl Tekst oryginalny autor zaopatrzył w przypisy, które tu, z powodów technicznych, zostały usunięte.

Tytuł pochodzi od redakcji.

---------------------------------------------



Powrót do strony tytułowej


Powrót do listy artykułów